Klaszcząc jedną ręką

By pl

Już starożytni Grecy głosili, że sport to zdrowie. Większość z nas doznało terroru aktywności fizycznej we wczesnych latach edukacji, niektórzy podczas gier zespołowych, inni w czasie gimnastyki korekcyjnej, gdzie ćwiczyli chwytność swoich stópek na woreczkach z grochem. Już na początku studiów pojawiała się tendencja do trwonienia tężyzny fizycznej na rzecz innych uciech. Później o wiele łatwiej o zwinny nadgarstek niż gibkie uda. A nadgarstek można ćwiczyć na wiele różnych sposobów.

Jednoręki bandyta w swojej wersji archetypicznej miał rączkę. Obecnie ma tylko przyciski i ewentualnie dotykowy ekran, co nie czyni go nawet trochę mniej bandytą. Nie spotkałam ani jednego bandyty z rączką, więc podejrzewam, że tego typu automaty wyszły już dawno z użytku. A szkoda, bo można sobie było na nich wytrenować mocny prawy prosty. W grze w jednorękiego bandytę nie ma większej filozofii. Jedną ręką walisz w guzik, drugą palisz szluga albo drapiesz się za uszkiem. Przy okazji pertraktujesz ze swoim bogiem o łut szczęścia. Portal jednoreki-bandyta.com zachęca: „gra w automaty nie wymaga od gracza wielkich umiejętności w przeciwieństwie do gry poker”.

No, bo nie wymaga. To jak jedzenie kanapki z serem. I wszystko cacy, dopóki nie zobaczysz na własne oczy nałogowca. Jest to rodzaj koncentracji, z której powinny się urodzić wszystkie wyskrobane dzieci. Przelatujące na ekranie gry symbole, czy to arbuzy czy piłki plażowe, to jedyna rzeczywistość, która się liczy. Świat na zewnątrz to fikcja. Nałogowiec pochodzi z różnych klas społecznych i absolutnie nie ma tu reguły. Może nosić czapkę z daszkiem NY albo sweter, który pamięta czasy prezydentury Lecha Wałęsy, może mieć aparycję osiedlowego dresa, rasowego biznesmena albo pani domu wracającej z reklamówkami z targu i żującej krówkę. Nigdy się nie poznasz. Co prawda, granica uzależnienia jest cienka jak bielizna Britney, ale dla mnie to jeden pies. Lekki obłęd w oczach i brak kontaktu z rzeczywistością. Proste. Ci, co twierdzą, że gra na automacie to tylko dodatek do piwa, prędko przekonują się, że to piwo jest dodatkiem do gry. Z nałogu w nałóg łatwo jest przepełznąć, zwłaszcza jeśli oba można zaspokoić w tej lokalnej mordowni. Wyruszyłam więc na mały risercz, żeby zobaczyć, czy i na mnie to działa.

Do kasyna Olympic wchodzę z głową schowaną w kołnierz i z kłującym kacem w lewej skroni. Ale już od samego wejścia nie ma mowy o anonimowości. Zabierają mi dowód, wklepują dane w system: „O, Pani pierwszy raz?”. „Yhy”. „Tu pani podpisze, tutaj proszę pakiet startowy”.  Posłusznie podpisuję jakiś świstek, otwieram wręczoną mi kopertę, wyjmuję breloczek z logo kasyna, jakieś vouchery. Ogólnie na bonusy się nie wypinam. „Na pierwsze wejście dostaje Pani drink gratis, co ma być? Whiskey z colą? Wódka z sokiem?”. Na hasło „drink za darmo" z miejsca się prostuję i wypinam swoją godność. Jest światowo, ale naprawdę nie wiem, jak się w to gra. „To proste. Tu się ustawia stawkę, tu ilość linii, kredyt w zależności, ile Pani wrzuci i wystarczy naciskać, o tu”.

Siadam przy maszynie, która nazywa się Betti the Yetti. Betti to postawna Murzynka z owłosioną klatą i dużą stopą. Przy każdym automacie, a w kasynie jest ich na pewno ponad piętnaście, stoi wypolerowana popielniczka. Pod wysokimi krzesłami wykładzina w kolorze łososia powypalana jest od spadającego z papierosów popiołu. Sufit mocno zdobiony, kurtynki ciężkie i niewpuszczające słońca. W tle leci jakieś radio. W pakiecie startowym kupony opiewają na darmowe koktajle – dwa przy drugiej wizycie, trzy przy trzeciej i tak dalej, do piątego razu, kiedy to przysługuje ci butelka wina. Możesz też zrobić urodziny w kasynie, dostaniesz za darmo tort, powitalne drinki dla gości i możliwość gry na Rosyjskiej Ruletce i Black Jacku bez pieniędzy, dla czystej przyjemności. W kasynie są sami panowie. Ten w swetrze jest najsmutniejszy, chyba dużo przegrał. Łypie z mieszanką podejrzliwości i desperacji popijając sok pomarańczowy. Inny zaszył się przy rosyjskiej ruletce i co jakiś czas rzuca kaskadą kurew i chujów. Gram bez przekonania, naciskając po dwa razy, choć w zupełności wystarczy raz, ale i tak przyszłam tu z założeniem, że przegram trochę kasy. Aż tu nagle zamiast dziesięciu złotych, którymi nakarmiłam maszynę, mam pięćdziesiąt z groszami. Zblazowana barmanka, która jest tam też od tego, żeby obsługiwać nowicjuszy, pyta nosowym głosem: „Jak Pani idzie?” Otóż idzie świetnie. Skoro wygrałam już tyle może wygram więcej. Z coraz większym przekonaniem (i siłą) łupię w przycisk. Czas mija gładko, jak po klindze noża. Po godzinie jest po wszystkim. Przegrałam. Nie wychodzę jednak z poczuciem porażki. Wiem, że zawsze mogę wrócić i się odegrać, jestem przecież bardzo mile widziana. I mam vouchery na dużo darmowych drinków.

„To są smutne historie. Chujowe, naprawdę”, opowiada Anka, która przesiedziała parę miesięcy w ośrodku uzależnień. „Hazardzistów było kilku, ale liczył się tylko jeden. Zawsze powtarzał, że ma 44 lata, jak Chrystus... Chrystus miał w sumie 33, nie? Nieważne. W każdym razie wszystkie na niego leciały. Na imię miał Tadeusz i był uzależniony od alkoholu, narkotyków, seksu i hazardu. Czyli w sumie od wszystkiego. Był w chuj społeczny, grał nam na gitarze i freestajlował do historyjek zasłyszanych na terapii. Serio był w tym dobry. Czy się wyleczył? A skąd mam wiedzieć?”.

lndn_268

Znany jest przypadek pewnego mężczyzny, który żeby obstawiać u bukmachera i łupać w jednorękiego jeździł po całej Polsce i w godzinach sumy niedzielnej okradał plebanie. Kradzieże to standard, a ilość maszyn, na których można przepuścić całą gotówkę, rośnie z roku na rok. W 2008 było ich ok 86 tys., w 2009 już 115 tys. Wcale nietrudno je znaleźć, jeśli wiesz, czego szukasz. Na każdym większym osiedlu jest przynajmniej jeden lokal z dwoma lub trzema automatami, można je też spotkać w pubach typu mordownie czy nawet sklepach spożywczych. Te pseudo-kasyna, czynne najczęściej 24 godziny na dobę, żeby krypto-hazardziści mogli się wymknąć w nocy i zagrać, zazwyczaj nawet nie serwują alkoholu. To zbędna atrakcja. Wystarczą znajome piknięcia i plumknięcia oraz latające na ekranie owoce. Na forum na stronie hazardzisci.org pewne słowa pojawiają się jak refren: miłość, długi, manipulacja, nadzieja. Prawie jak w popowej piosence, chociaż argumenty finansowe to raczej specjalność 50 Centa.

Podobno każdy uzależniony to prawdziwy freestyler wśród manipulatorów, który aby utrzymać status quo w swoim życiu potrafi posunąć się do najgrubszej ściemy. Partnerów nałogowców nazywa się współuzależnionymi, z racji tego, że to na nich, jako drugich w kolejności, odbija się nałóg. Na forum udziela się kilka żon, ukazując paradoksy sytuacji leczącego się hazardzisty. Pomimo, że tonie w długach, jakiekolwiek zarobkowe wyjazdy za granicę, podobnie jak i inne drastyczne zmiany w życiu, są silnie odradzane. Uzależniony musi pojawiać się na mitingach i maglować temat swojego uzależnienia i jego konsekwencji w zasadzie do końca życia. Co prawda, pierwsze tygodnie bez grania wywołują stan zwany w slangu różową chmurką, kiedy to świeżo wyleczony unosi się na fali euforii i satysfakcji, po czym zawsze spada na ziemię prosto w rozpostarte ramiona przyziemnych faktów. W dużym skrócie, ciąg dalszy nie jest kolorowy: wyrzuty sumienia, zadłużenie, epizody załamania i powroty do nałogu, ponowne leczenie, rozwody, etc. To są ludzie o złamanym życiu i to o nich traktuje niejedna piosenka.

We Wrocławiu mitingi dla anonimowych hazardzistów są dwa razy w tygodniu – w poniedziałki i czwartki. Na maila, którego im wysłałam udając uzależnioną studentkę polonistyki, otrzymałam następującą odpowiedź (imię zostało zmienione):

Witam

Uzależnić się można od wielu rzeczy. Z pewnością w tej grupie są również automaty do gry.

Na mitingu wystarczy być. Niektórzy przez kilka lat nie zabierają głosu. Jesteśmy lekarzami i pacjentami jednocześnie.

Mamy ten sam problem. Nikt nie jest lepszy ani gorszy. Na mitingu może być … To jest tajemnica. Nie mówimy kto był, a kogo nie było. To jest anonimowość.

Jeżeli przychodzimy z jakąś sprawą, to zostaje to na grupie i nie wędruje dalej.

Na mitingu wystarczy być – w nim jest siła do powstawania i trwania w abstynencji bez gry.

Pozdrawiam

Marek, hazardzista

Moja druga wizyta w salonie gier miała inny charakter. Usiadłam przy jedynym wolnym automacie, gdzie jackpot był najniższy, bo tego samego dnia na tej maszynie jakiś koleś wygrał 850 złotych, po czym z wdziękiem przejebałam 15 zeta. Wszystko przy muzyce disco polo: „Dlaczego dlaczeeeego uciekłaś odeee mnieeee?”. Podobno na jednorękiego bandytę jest też matematyczny sposób – należy zaufać rachunkowi prawdopodobieństwa, grać bez drastycznego podbijania stawki i ilości linii, metodycznie, na niskim poziomie ryzyka. Problem jest taki, że trudno być metodycznym. Emocje biorą górę i pojawia się rzucająca coraz większy cień na rozsądek ułuda farta, która w dniu, w którym horoskop wróży ci powodzenie w finansach, każe zainwestować szczęśliwe gwiazdy w jednorękiego bandytę. A ten, chociaż je jak bernardyn, bardzo rzadko się wypróżnia.

Tekst: Agata Kalinowska

Foto: Dawid Misiorny

Comments