Sexszoping - czyli raport o ginących rzemiosłach
Mój znajomy pracował kiedyś w sex shopie i trochę się nudził. Dwóch klientów na godzinę to był całkiem niezły ruch, więc w trakcie swojej krótkiej kariery w tym biznesie przerobił klasykę światowego fantasy. Pewnego razu do sklepu zaszedł starszawy jegomość, klasyczny sexszopowy target i zażyczył sobie pochwy. Kolega wyciąga więc różne okazy, prezentuje, zachwala, poleca. „I co, wpadła panu któraś w oko?”. Jegomość kręci nosem: „A nie macie z włosami? W Pink Shopie nie mieli”.
„Są i z włosami” - mówi mi właściciel jednego z przydworcowych wrocławskich sex shopów - „Tych włosów to jest różna ilość w zależności od modelu. Ale włochate słabo schodzą”.
Najbardziej rozpoznawalnym wrocławskim sex shopem jest oczywiście sklep sieci Beate Uhse na ulicy Krupniczej, który został otwarty prawie 5 lat temu. To właśnie ten sklep zwabia większość wyemancypowanej damskiej klienteli, nastawionej bardziej na globalizację i aromatyczne wnętrza niż przesiąknięte swojskością klimaty lokalne. Do sex shopów na dworcu i w jego okolicach chadzają głównie panowie. „Typowy klient? Mężczyzna po 40. Takich przychodzi najwięcej. Sex shopy i dworzec to połączenie naturalne, jak ryż i Chinatown”. W okolicy PKP znajduje się ich znakomita większość. Najniebezpieczniejszą lokalizacją dla lansu i światowości jest nasyp – rezerwat mordowni i sklepów w starym stylu z pełną bajerą na kliencie i soundtrackiem przejeżdżającego pociągu. Idąc ulicą Bogusławskiego dochodzi się w końcu do Placu Zielińskiego, gdzie odbywa się handel wszelkim dżinsem i adidasem. Tych kilkaset metrów wzdłuż nasypu to otwarty obóz wiecznego mentalnego komunizmu. Wchodzę do jednego z sex shopów pod nasypem i zaszywam się w dziale DVD.
Puste opakowania stoją na półkach grzbietami do klienta i są posegregowane działami. Starsze panie, czyli klasyczny MILF, zajmują aż trzy półki, podobnie jak Grube Dziewczyny. Grubą Dziewczynę można sobie również kupić i nadmuchać, nazywa się Fatima Fong i oferuje „sprężyste sutki i tłuściutką pupcię". O upodobaniach do MILFów i grubych dam rzadko się rozmawia, ale ilość oferowanych tytułów mówi sama za siebie. „Starsze panie to głównie młodzi chłopcy kupują. Od kogoś się muszą uczyć, nie?” – opowiada jeden ze sprzedawców – „Żeby później nie było wstydu przed dziewczyną. Najbardziej intrygującą kategorią filmów porno jest kawior. Zajmuje najniższą półczynę. „Kawior? To przyszło z Zachodu. Jak otwieraliśmy biznes jakieś 15/16 lat temu to były tylko dwie kategorie – homo i hetero”. Filmy pod hasłem kawior to filmy o kupie i defekacji, fetyszu, który do mainstreamowej świadomości przeniknął wraz ze słynnym „2 girls 1 cup". Inne kategorie są raczej dość standardowe – duże penisy, duży biust, pissing, homo, bizzare, orgie, anal, S/M. Sprawdzając strony internetowe, dystrybuujące filmy porno dla wirtualnego klienta, natknęłam się na więcej opcji w mniej poprawnej politycznie wersji: pijane laski, owłosione cipki, duże pały, karły, ciężarne, kazirodztwo. Pornosy coraz bardziej łaszą się do klienteli oferując sprecyzowane atrakcje, ale nie zawsze można te atrakcje nazwać po imieniu. Mogłoby się wydawać, że Internet dzięki dyskrecji sprzedaży wysyłkowej i dużo bardziej rozbudowanej ofercie zmiecie sklepy z asortymentem erotycznym z powierzchni ziemi.
Tak naprawdę boom sex shopowego biznesu, jaki miał miejsce w drugiej połowie lat 90., faktycznie się skończył, ale sklepy nadal mają klientów. Na krajobraz typowego sex shopu składa się zazwyczaj bogata i chaotyczna zawartość, w zależności od powierzchni sklepu, upchnięta gęsto na półkach lub poukładana w bardziej logicznym systemie. Pomimo tego, że jest kolorowo i kiczowato bardziej daje się odczuć specyficzną aurę tych miejsc, przesiąkniętych papierosowym dymem i nudą. W przejściu podziemnym przy wrocławskim Dworcu PKP można by nakręcić kultowy horror klasy B. Sprzedawczynie z tamtejszych sex shopów poowijane są w swetry i szaliki, kobieta z którą rozmawiam ma jakieś czterdzieści kilka lat, fizjonomię rubasznej ciotki i fantazyjne tipsy, które w połączeniu z uciętymi w palcach zmechaconymi rękawiczkami mówią mi więcej o tym miejscu, niż ona sama.
Wystarcza mi jednak chwila, żeby się zorientować, że zna się na tym co robi. Z rozmów ze sprzedawcami wynikają proste rzeczy: sex shop to sklep jak każdy inny, nie ma w tej pracy nic zdrożnego. „Mogłabym równie dobrze pracować w warzywniaku i co? Ogórek też się kojarzy, kukurydza, banan. Sex to normalna dziedzina życia i więcej problemów mają ci, którzy się wstydzą o tym mówić”. Inny sprzedawca potwierdza: „Szukanie tutaj taniej sensacji mija się z celem. To jest biznes jak każdy inny, tylko Polska to taki cholerny zaścianek, do kościoła i po wódkę. Zasrany katoland."
A asortyment sex shopów jest na tyle różnorodny, że powinien trafić w zdecydowaną większość upodobań. Bardzo dużo schodzi tzw. śmiesznych gadżetów. Ludzie przychodzą kupować prezenty na wieczorki kawalerskie i panieńskie, na urodziny i inne okazje. Przychodzą też gówniarze, często nieletni, czasami żeby się pośmiać, czasami żeby kupić koledze dmuchaną lalkę na osiemnastkę. Dmuchane lalki są różnej płci i gabarytów, można nabyć zarówno Azjatkę, jak i Murzynkę. A nawet Murzyna. Z sufitu zwisa zdeformowana dmuchana laka z wielkimi cycami i małą główką, ze stojaka patrzy na mnie breloczek z gumowym cycem, jakieś smętne kolorowe kutasiki, pejcze, majtki w panterkę. Estetyczny miszmasz, który tak naprawdę pełen jest uroku, jeśli ktoś lubi i toleruje kicz. A ofertę trzeba wzbogacać, bo trzeba zarabiać. Ostatnio podobno bardzo popularne są różne wersje erotycznego flirtu towarzyskiego. Nieustającą popularnością cieszą się też wibratory żelowe, dmuchane lale i przede wszystkim pornosy. „95% tych filmów to Zachód. W Polsce kręci się bardzo mało i zazwyczaj nie do szerokiej dystrybucji”.
W rozmowach ze sprzedawcami nieustannie pojawia się motyw polskiego zaścianka. „Ludzie w tym kraju uwielbiają oceniać i klasyfikować. Na sprawy sexu reagują świętym oburzeniem, a później sami w domu gwałcą córki. Kiedy pytam o klientów o niecodziennych upodobaniach, pani za ladą uśmiecha się: „Jeśli ktoś kupuje hardkorowe rzeczy, to proszę mi uwierzyć, nie wstydzi się”. Powszechna opinia ciągle jednak nie sprzyja zakupom w sex shopach: „Cóż to za przyjemność grzebać gumą czy plastikiem w ............?”.
Bzdury. Materiały, z których zrobione są te sprzęty są bardzo dobrej jakości. Mamy wibratory z różnych tworzyw, ale wiadomo, że jak ktoś przyjdzie z dwudziestoma złotymi, to go nie stać. Najtańszy wibrator długości mniej 15 cm, nazywa się Lady Finger i kosztuje 12,90 zł. Zasilany jest na jedną baterię typu paluszek i można wybierać w trzech kolorach: czarnym, białym i złotym. Następne w hierarchii cenowej, najbardziej popularne jest typowe żelowe dildo w wielu opcjach kolorystycznych, wśród których króluje oczojebny róż, w cenie około 35 złotych i wyżej. Największy ma coś około metra, jest wyjątkowo gruby, żylasty i kończy się przyssawką. „Nie wierzę, że ktoś sobie to wkłada, kupują to chyba raczej do dekoracji, żeby przyczepić na oknie obok paprotki albo na śmieszny prezent”. Wśród wibratorów są też opcje mniej hałaśliwe, bo wiadomo, że nikt nie chce, żeby mu wibrator buczał jak pralka. Dalej znajduje się cały asortyment dla panów: sztuczne pochwy, pierścienie i różnego rodzaju obręcze na penisa opóźniające wytrysk, kulki analne. „Facet punkt G ma w odbycie” – zaznacza pan za ladą – „No, ale to ciągle jest tabu. Geje? Najczęściej przychodzą młodzi i biorą jakieś DVD. Najgorsze są lesbijki. Bo lesbijki to muszą sobie coś kupić, no, bo jak to? Ale jak przyjdą takie wybredne to cię zamęczą, a proszę pokazać to, a proszę pokazać tamto, a później nic nie kupią i pójdą do konkurencji. Czasami widzę, że przychodzą tylko mnie wkurwić”. Sekcja gejowskiego porno jest szczególnie rozbudowana. Gwoli ścisłości jeśli napotkacie w sex shopie dział „homo" to oznacza on filmy gejowskie. Lesbijskie w kategorii „homo" się nie mieszą, stoją po prostu pod banderą „lesbijki". W niektórych sklepach ciągle można kupić porno na VHS-ie, kosztuje ledwie parę złotych. Kiedy chodzę po salce z pornosami, robiąc zdjęcia słyszę zza lady: „Tych gejowskich lepiej pani nie fotografuje. Nie żeby mi tam przeszkadzało, ale jak to jest pismo dla młodzieży. to zaraz panią oskarżą o promowanie gejostwa. W takim kraju żyjemy, ciemnota i średniowiecze”.
Motyw masturbacji przed monitorem dorobił się jakże licznych egzemplifikacji w kulturze popularnej, ale czy przyszłoby wam do głowy, żeby zajść do sex shopu i zapłacić za specjalnie przeznaczoną do tego celu kabinę? Trzy salki na tyłach sklepu wyglądają smutno i ponuro, stolik, krzesełko, śmietnik i śnieżący się monitor z doczepionym pilotem. Obok złożone w staranną kupkę zielone ręczniki papierowe, a pod stoliczkiem śmietniczek. Na ścianach kilka numerów telefonów. „Justyna potrzebuję dużo kutasów pilne”, ale bez poetyckich rewelacji, skreślone raczej męską ręką. Zaglądając do śmietniczków czuję się trochę jak pianistka z filmu Haneky'ego, ale przysięgam, nie zabrałam nic na pamiątkę. Zmięte ręczniczki i chusteczki higieniczne przygniecione są puszkami po Tyskim, leży tam też kilka kiepów. Jest to jeden ze smutniejszych ekosystemów, jakie zdarzyło mi się ostatnio oglądać. Zdjęć zrobić nie mogłam.
Czy jest jeszcze jakieś tabu? Moja współlokatorka twierdzi, że tabu to np. wyciąganie tamponu jak ktoś je. A seks? Seks jest tak przegadany, że aż nudny. Przy okazji jest ciągle jednym z najbardziej sprzedających się tematów w życiu codziennym i kulturze popularnej. Wydaje się więc, że sklep z seksem w nazwie powinien zbijać fortunę, a ich właścicieli powinno stać na nie jeden dom z basenem, ale punkt ciężkości biznesu erotycznego leży na pewno gdzie indziej. Polski sex shop, to nie do końca sklep jak każdy inny. Ludzki wstyd i uprzedzenia nadal każą omijać tego typu przybytki szerokim łukiem, bo jeszcze zarazisz się AIDS (fon. EJC) albo, co gorsze, sprzedawca przejrzy cię na wylot i prychnie ci w twarz. To taka trochę szara strefa, gdzie kobiety przychodzą za rękę z panami i chowają twarz w szalik, bo jeszcze się wyda, że nie mają krocza Barbie. Prawda jest jednak taka, że obskurwiały sex shop oferuje ci mniej więcej to, co osiedlowy warzywniak: rzetelną obsługę, komunistyczną aurę, przystępne ceny i feerię barw. I coś dużo pewniejszego niż ogórek.
Tekst: Agata Kalinowska




Comments