Spacer ze Zbiokiem.

By pl

Zbiok przy zbioku

Wiele osób kojarzy cię głównie poprzez twój artystyczny nickname, choć de facto – w przeciwieństwie do wielu streetartowców – wcale nie ukrywasz swojego prawdziwego imienia. Co oznacza i skąd wziął się ZBIOK?

Nie widzę powodu do ukrywania swojej tożsamości, Zbiok nie jest żadnym alter ego, jak w przypadku graficiarzy i pokrewnych. Moja ksywka nic nie oznacza, a używam jej, ponieważ wielu ludzi mnie przez nią kojarzy, tak się do mnie zwraca. Mam do niej sentyment, równie dobrze mógłbym podpisywać się nazwiskiem.

Kilka faktów z twojej biografii, które cenisz najbardziej to…

Chyba najbardziej cenię fakt, że nadal z pasją robię to, co robiłem przez ostatnią dekadę.

Jak określiłbyś swoją twórczość?

Jestem malarzem, ilustratorem zakorzenionym w estetyce miasta.

W jaki sposób ewoluował twój styl i techniki, w jakich tworzysz?

Trzynaście lat temu rozpoczęła się moja przygoda z klasycznym graffiti. Punktem zwrotnym w mojej twórczości były studia artystyczne, gdzie zrozumiałem, że można mówić o czymś więcej niż tylko o sobie.

Wystawiałeś się w wielu miejscach na świecie, m. in. w Niemczech, Francji, Austrii, Włoszech. Jak porównałbyś odbiór twoich działań w kraju i za granicą?

Zazwyczaj spotykam się z życzliwym odbiorem i miłymi ludźmi.

Zbiok 2

Miałeś okazję pracować z wieloma zagranicznymi artystami, jak choćby z popularnym u nas Blu. Współprace przeradzają się w przyjaźnie? Czy to za dużo powiedziane?

Specyfiką twórczości zakorzenionej w ulicy, w mieście są silne więzy towarzyskie. Ludzie, których widziałem pierwszy raz na oczy malując, łojąc browary i kopcąc śmieszne papierosy, do dziś są moimi bliskimi duszami, zawsze mile widzianymi  w moim domu. Mógłbym powiedzieć, że obcowanie z nieznanymi ludźmi jest ważniejsze od samego aktu tworzenia, który oczywiście jest wypadkową  naszego rytuału wzajemnego poznawania.

W wywiadzie dla „Arteonu” powiedziałeś, że „Światek artystyczny nie dorósł do uznania twórców ulicznych za artystów. Nadal są traktowani jako niedojrzali lub jako wybryk natury”. To się chyba jednak powoli zmienia?

Miasto, w przeciwieństwie do galerii, nie posiada kuratora, który jest despotą dokonującym wyboru, kto może się pokazać, a kto nie. Z tego powodu wartościowi twórcy stoją na tej samej pozycji, co zajarane dzieciaki. Nie jestem faszystą, cenię i celebruję demokratyczność przestrzeni miejskiej, ale odbiorca sztuki powinien mieć świadomość tego, co jest dobre, a co nie, dzięki umiejętnemu filtrowaniu wybranych treści. W Polsce ostatnio wiele się mówi i pisze o twórczości zakorzenionej w przestrzeni miejskiej, a wynikające z tego wnioski pokrywają się z moimi przemyśleniami. Właśnie wróciłem z Londynu i stwierdzam, że w naszym kraju, jeżeli chodzi o świadomość na temat „urban artu”, jest naprawdę dobrze w porównaniu do estetycznego naiwnego flaka doprawionego Banksym, którego zobaczyłem w Londynie. Nazywanie pewnej twórczości sztuką zobowiązuje, nie można robić z odbiorcy idioty. Nie trzeba mówić o wielkich rzeczach, można opowiadać o najmniejszych pierdołkach, ale trzeba to robić z finezją.

we are the future

Twoje płótna „wiszą” w Internecie. Czy czujesz się czasem napiętnowany w środowisku z powodu wystawiania swoich prac na sprzedaż?

Nie mam kominiary ani koszulki z Che Gevarą, nie biegam po nocy ze sprejem, nie jestem miejskim partyzantem. Nie mam poczucia wyprzedaży ulicznej estetyki, ponieważ obrazy i kolaże, które tworzę, traktuję jako jednorodną, wzajemnie uzupełniającą się część mojej kreacji. Możliwość utrzymywania się z własnej twórczości jest jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie można  osiągnąć w życiu, nie widzę w tym nic złego. Zupełnie inną kwestią jest to, czy ktoś jest zainteresowany kupnem moich prac.

Wielokrotnie wyróżniano cię i nagradzano. Wygrałeś między innymi dziewiątą edycję konkursu im. E. Gepperta organizowanego przez BWA oraz ASP we Wrocławiu, w którym główna nagroda wynosi trzydzieści tysięcy złotych. Sztuka to dochodowy interes? A może „autentycznemu” artyście nie wypada dobrze zarabiać?

Wyróżnienie w konkursie Gepperta jest moim pierwszym tak dużym sukcesem pod względem prestiżowym i finansowym. Wszystko spoko, ale chyba sama wiesz, ile to naprawdę znaczy dla osoby bez stałego dochodu i zatrudnienia. Pieniądze były i się zmyły. Wracając do poprzedniego pytania – jakby kolekcjonerzy chcieli kupować moją twórczość, to miałbym mniej powodów do zmartwień. Jakbym dobrze zarabiał, to może mógłbym się wypowiedzieć na temat autentyzmu, bo póki co, poza jednorazowymi strzałami, nie zarabiam. Podobno artysta głodny, to artysta płodny. Artysta głodny nie płodzi, ani nie maluje martwej natury z kotlecikiem, ziemniaczkami i surówką, tylko idzie ukraść jedzenie lub idzie do pracy i nie ma czasu na twórczość. W innym razie Etiopia byłaby stolicą kultury ludzkiej.

Mottem pracy nagrodzonej w „Geppercie” było „All the drugs in this world won't save us from ourselves”. Czerpałeś z własnych doświadczeń?

„Wszystkie narkotyki tego świata” traktuje o odurzaniu. Nie tym chemicznym, bądź bliższym natury, ale o używkach wytwarzanych w sercach i duszach, rozprowadzanych w mediach, zalegalizowanych przez naszą kulturę i historię. Pragnienie posiadania czegoś lub kogoś jest tak ludzkie, tak bardzo niszczycielskie i uzależniające. Narkotyki dają złudną nadzieję, lecz zawsze pozostaną iluzją, wytworem wyobraźni, która zakłada nam na nos różowe okulary. Religie, ideologie, pieniądze dają wirtualne poczucie szczęścia, prowadząc do patologicznej potrzeby zaspokojenia tej potrzeby. Praca powstała na podstawie obserwacji  i oczywiście własnych doświadczeń.

Uważny obserwator wypatrzy w twoim dorobku nawiązania do Minor Threat. Punk to dla ciebie już tylko młodzieńcza słabość, czy wciąż silny fundament?

Mój światopogląd jest w pewnym sensie ukształtowany przez punk jako ruch wolnościowy. Nie lubię sosu subkulturowego jako uczestnik, ale lubię jako artysta, który wykorzystuje obserwacje w swojej twórczości. Lubię wolność wypowiedzi oraz wyboru, nie przejmuję się za mocno normami społecznymi, ale nie jestem punkowcem, bo mam korporacyjny komputer, buty i wiele innych gadżetów. Jeżeli coś robisz w życiu, to przestań być przemądrzałym hipokrytą. Punk, jak wiele innych rzeczy, to moda. Czy, nosząc buty marki Vans zamiast Nike czy adidasa, jesteś bardziej święty, bo podczas przerwy w chińskiej fabryce pracownicy mogą sobie pojeździć na deskorolce? Nie sądzę.

Czym różnią się „urban art” i „street art”? Nie wszystkie działania w przestrzeni miejskiej mogą się mienić prawem sztuki?

Nie każdą wystawę w galerii sztuki można nazwać sztuką. Przestrzeń miejska i galeria są bardzo podobne, ale również kompletnie się różnią. Przede wszystkim są to przestrzenie ekspozycyjne – wchodząc, trzeba pamiętać o zasadach i problemach, które każda z nich stwarza. „Street art” to podobno sztuka ulicy. Nie wiem, za dużo nie widziałem, a przede wszystkim to się nie znam, bo mało pracuję na ulicy. Natomiast „urban art” jest grupą środków wyrazu artystycznego zakorzenionych w kulturze miejskiej, która wykorzystuje miasto oraz pochodne jako platformę ekspozycji. Nie będę polemizował z definicją sztuki, bo chyba każdy z nas ma inną. Sztuka do odbioru potrzebuje sanktuarium. Osobiście nie lubię, jak ktoś robi ze mnie i mojego intelektu idiotę, brutalnie i dosłownie wciskając swój kit.

Razem z Joanną Stembalską pełniłeś funkcje kuratora wystawy „Artyści zewnętrzni Out of sth” dwa lata temu we wrocławskiej galerii BWA. Skąd pomysł na zorganizowanie takiej indorowo-outdorowej imprezy?

Artyści zewnętrzni powstali w wyniku potrzeby zmiany postrzegania twórców zakorzenionych w estetyce miasta jako wesołych idiotów. Mieliśmy wrażenie, że ludzie namaszczeni etykietką graffiti nie są do końca traktowani poważnie.

Zbiok 3

Kim są „artyści zewnętrzni”?

Artyści zewnętrzni to słowo klucz. Są to malarze, ilustratorzy, designerzy, a także artyści konceptualni, których przygoda z tworzeniem zaczęła się na ulicy. Ich obecna twórczość niekoniecznie bywa związana z pracą na zewnątrz, ale fakt tworzenia w mieście ukształtował ich poczucie wrażliwości i estetyki. Osobiście uważam, że artyści zewnętrzni mogą być bardziej interesujący z powodu atutu, jakim jest umiejętność interpretowania przestrzeni miejskiej w kontekście sztuki.

Na filmach kręconych podczas prac nad wystawą widać wzburzonych mieszkańców Wrocławia – jedni z wściekłością reagują na powstające na ich domach murale, podczas gdy inni z filozoficzną zadumą konstatują nowy punkt na miejskiej mapie. Jak ty wspominasz tamte wydarzenia? Mocno dał wam się we znaki polski jad?

Tu chyba zadziałała magia ruchomego obrazu. Szczerze, nie jest z tym źle, a może już jestem znieczulony. My, Polacy, mamy jak zwykle kompleks niższości i zapewniam, że takiego typu reakcje nie są niczym nadzwyczajnym, porównując nas do innych krajów, w których miałem okazje malować.

Obama Petera Fussa, powiewający na plakacie nad wejściem do BWA, dostał kosę nożem. Czy któraś z Twoich prac kiedykolwiek ucierpiała? Liczysz się z tym, kiedy tworzysz w tkance miejskiej?

Tworząc w mieście, trzeba się liczyć z faktem, że to, co zostawisz po sobie, tak naprawdę nie jest twoje. To, że ktoś coś zamaluje, popisze lub domaluje fifola może być dużo ciekawsze, niż np. zaklejanie plexiglasem, jak w przypadku Banky;iego. Dla mnie moja twórczość to interakcja z zastaną przestrzenią, a więc niszczenie lub przerabianie jej traktuję jako część procesu.

Planujecie reaktywować inicjatywę „Out of sth” na większą skalę w Polsce? Podobno był plan zorganizowania biennale?

Planów zawsze jest sporo, niekoniecznie wszystko musi się udać. Out of Sth jest projektem skupiającym i prezentującym artystów miejskich. Założeniem projektu jest pokazywanie malarzy, grafików, designerów, projektantów mody czerpiących inspiracje z szeroko pojętego miasta oraz wykorzystujących miasto jako miejsce ekspozycji.

23 kwietnia ruszają pod szyldem „Out of Sth” cztery projekty w kooperacji z wrocławskimi galeriami BWA Awangarda i BWA Design, tzn. Breaking the Wall w dzielnicy Nadodrze, Mcity i niemiecki ilustrator Ths w Awangardzie oraz Hakobo w galerii Design. Serdecznie zapraszam, więcej info znaleźć można na www.outofsth.org.

out of sth

Wielu krytyków sprzeciwia się „wstawianiu” sztuki ulicy do galerii. Co ty o tym sądzisz?

Ja również jestem przeciwny wstawianiu sztuki ulicy do galerii, bo nie jest to sztuka ulicy, tylko sztuka w galerii, pomijając polemikę, czy jest to sztuką, czy nie. Artysta, jeżeli ma tylko możliwość, powinien pracować w galerii i poza nią lecz musi wiedzieć, jak umiejętnie obchodzić się z tymi środowiskami.

W jaki sposób „urban art” (vel „street art”) odzwierciedla współczesne demokratyczne tendencje uczestnictwa w kulturze i czy jest w nim miejsce na grass rootową ideologię?

„Urban” / „street art”, w kontekście przejmowania przestrzeni publicznej, jest dość blisko ruchu D.I.Y., dostarczając narzędzia oraz formaty do pracy u podstaw. Pamiętajmy, że twórczość inspirowana miastem jest niekiedy zbiorem odmiennych postaw oraz celów, więc nie można wyciągać jednoznacznych wniosków. Przestrzeń publiczna powinna być miejscem demokratycznej debaty, wolnej wymiany zdań. A czy tak jest? Niekoniecznie.

Czy twoje prace można odczytać w pewien heterogeniczny sposób, czy raczej każda praca kryje jedną myśl, nie zawsze spójną z twoim wcześniejszym dorobkiem?

Zazwyczaj moje prace dotyczą jednego konkretnego problemu, czasami konsekwentnie lub wręcz przeciwnie.

Studiowałeś na Akademii Sztuk Pięknych w Zielonej Górze, jednak obecnie rezydujesz wraz ze swoją dziewczyną Coxie we Wrocławiu. Miejsca i ludzie są dla ciebie ważni, czy sztuka rodzi się niezależnie od okoliczności?

Twórczość może się rodzić niezależnie od miejsca zamieszkania, lecz w moim przypadku element zależności występuje. Nie chodzi tu o Wrocław, który de facto jest dla mnie najbardziej interesującym polskim miastem, lecz o przestrzeń miasta, aglomeracje, gęstą zabudowę zmuszającą ludzi do wzajemnej interakcji, będącą ważnym elementem inspiracji twórczej. Wracając do Wrocławia – podoba mi się mentalność mieszkańców wynikająca ze złożonej historii tego miasta, odczuwam tu klimat podobny do najciekawszych europejskich aglomeracji.

Twój styl już stał się megarozpoznawalny. Nie boisz się finiszu à la enfant terrible Banksy, którym obecnie  mainstream wyciera sobie gębę?

Moja estetyka oraz sposób, w jaki poruszam interesujące mnie zagadnienia, jest dość skomplikowany dla szerszego odbiorcy. Działam w pewnej niszy i jest mi tu dobrze.

„Life ain’t no bag of sweets”? Jak wygląda twoja codzienna rzeczywistość?

Każdy ma w życiu przejebane, jedni mniej, drudzy bardziej. Moja codzienna rzeczywistość polega na szukaniu sposobu, aby znaleźć się w tej drugiej grupie.

Masz jakieś przyziemne zajawki?

Nie uważam, żeby moja główna zajawka była specjalnie górnolotna. Jestem normalnym, wkurwionym dzieciakiem, poza wyjątkami nie jestem specjalnie odchylony od normy.

Przejmujesz się tym, co o tobie mówią?

Skłamałbym, jeśli powiedziałbym, że nie. Nie jestem zimnym, wyrachowanym sukinsynem, ale staram się utrzymywać do tego zdrowy dystans.

Gdzie będzie Sławek za pięć lat?

Nie mam pojęcia, marzy mi się ucieczka z miasta. Może zostanę hipisem, będę sadził marchewkę i inne zieleniny…

Tekst i Foto: Sonia Mielnikiewicz

Tu znajdziecie bloga Sonii - fajna i kumata dziewucha no i robi dla nas dobrą robotę.

Comments