Quantcast
Fot. Karol Grygoruk

Odwiedziłem miejsce, w którym się płaci za strach

Paweł Mączewski

Paweł Mączewski

W jednym z warszawskich budynków jest takie miejsce, które istnieje tylko po to, by straszyć ludzi. Wchodząc tam stajesz się bohaterem własnego horroru

Fot. Karol Grygoruk

W Polsce jest obecnie ponad 270 firm posiadających przeszło 740 pokoi, oferujących atrakcje typu Escape Room. Gracze wybierają tam sobie scenariusze zabawy, w zależności od tego, w jakie postaci chcą się wcielać i czego mają dotyczyć zagadki. Co też ważne, często muszą je odgadywać w ściśle określonym czasie, by wydostać się z zamkniętych pomieszczeń.

„Margines Społeczny", „Wiedźman" czy „Kac Szczecin" – to tylko niektóre z wyróżniających się nazw Escape Roomów w Polsce, jako że ich przeważająca większość bazuje na prostych hasłach typu „Labirynt" lub „Kolekcjoner"; na ratunek przychodzą też znane tytuły filmów, do których można nawiązać w grze.

Ostatnio w Polsce zrobiło się nieco głośniej o tej atrakcji, kiedy media obiegła informacja o 23-latku z Łodzi, podejrzanym o zamordowanie swojej babci, bo ta nie chciała się zgodzić na przerobienie jej mieszkania na „pokój zagadek".

Zawsze postrzegałem tę gałąź rozrywki, jako typowy LARP, tyle że bez pasji geeków, jaką czują do styropianowych mieczy i kartonowych smoków. Nie sądziłem więc, że kiedykolwiek trafię w takie miejsce. Wszystko zaczęło się od mojego tekstu o horrorach, gdzie padło kilka tytułów – moim zdaniem – wartych uwagi i czasu widza (nie ma za co!). Niedługo po publikacji odezwał się do mnie człowiek o imieniu Gustaw. Napisał w mailu, że prowadzi miejsce o nazwie Fear Zone – Strefa Strachu, i jak nie jestem lamus, to się sprawdzę w jego lochach 10 metrów pod ziemią (to nie jest dokładny cytat – ale właściwie do tego sprowadzała się moja decyzja podjęcia próby).


Fot. Karol Grygoruk

To, co mnie zaintrygowało w wyzwaniu, to charakter podróży przez zamknięte pomieszczenia, różniący się od typowego Escape Roomu; nikt mi nie wmawia, że gdzieś popełniono morderstwo i muszę znaleźć winnego – nie, moim zadaniem jest poskromić swoją wyobraźnię, na temat tego, co kryje się w ciemnościach korytarzy. Pozwolić się przekonać, że samemu znalazłem się w horrorze i że jest przejebane.

Oczywiście zgodziłem się na propozycje Gustawa, zabierając jednak ze sobą jeszcze dwie osoby z redakcji – Kasię i Maćka, byśmy po wszystkim, mogli porównać swoje doświadczenia.

Nikt z nas do końca nie wiedział, czego należy się spodziewać. Wszakże Strefa Strachu Gustawa w niczym nie miała przypominać sztampowych kolejek w wesołych miasteczkach, w których grzecznie trzymasz się wagonika i czekasz, aż coś na ciebie wyskoczy. Tutaj kluczem zabawy jest interakcja z „duchem" – albo się złamiesz i się poddasz, albo dotrzesz do końca labiryntu.

Strefa Strachu znajduje się w budynku przy ulicy Dowcip, to nie żart — według Gustawa, wcześniej budynek należal do telekomunikacji, a w czasach PRL-u, podsłuchiwano w nim rozmowy obywateli. Możliwe też, że to tylko miejska legenda. Dotarliśmy tam w deszczowy wieczór, przy wejściu do lochu wysłuchaliśmy regulaminu, z którego dowiedzieliśmy się m.in., że cokolwiek nas spotka w korytarzach, nie możemy się cofnąć. Jeżeli natomiast któreś z nas nie wytrzyma, musi podnieść ręce i powiedzieć „STOP". Każde z nas wydawało się jednak gotowym, dlatego weszliśmy do wnętrza Strefy Strachu, a to zapis naszych doświadczeń...


Fot. Karol Grygoruk

Katarzyna: Mam swoje fobie. Boję się ciemności i przez długi czas nie mogłam oglądać horrorów z duchami i wątkami religijnymi. Chociaż nie praktykuję swojego katolicyzmu, podświadomie ciągle się pilnuję, żeby nie wkurzyć czymś jakiegoś demona. O Strefie Strachu koledzy z redakcji nie powiedzieli mi zbyt wiele, więc raczej spodziewałam się czegoś w stylu wyskakujących szkieletów. W dzieciństwie byłam właśnie na takiej niestrasznej kolejce w „tunelu strachu". Więc kiedy czytano nam regulamin przed wejściem do Fear Zone, jeszcze śmiałam się trochę pod nosem. Ewidentnie nie byłam jednak przygotowana na to, co mnie spotka w środku. Bodźce wzrokowo-dźwiękowe, zapach i cały klimat miejsca, w którym się znaleźliśmy, sprawił, że serce zaczęło mi walić zdecydowanie szybciej, niż powinno. Szybko obrałam strategię skulenia się i schowania za najbliższym z kolegów. Naszym zadaniem było jednak przemieszczanie się do następnych pomieszczeń. Niestety po kilku krokach, byłam już tak zestresowana swoim strachem, że zmieniłam zdanie.


Od lewej: Gustaw. Fot. Karol Grygoruk

Przyznaję, że jestem control freakiem i Strefa Strachu mnie pokonała. Mój umysł i ciało jakimś cudem dały się przekonać, że to, co się dzieje, jest prawdziwe i moją naturalną reakcją była ucieczka. Chwilę zajęło, zanim reszta uznała, że nie ma mowy, żebym dała się namówić na przejście dalej. Dałam sygnał, że rezygnuję, rozstaliśmy się i chłopcy poszli dalej sami. Klepię się po ramieniu, że to zrobiłam. Obraz z kamer, jaki później obserwowałam w jasnym i bezpiecznym pomieszczeniu, był wystarczająco niepokojący. Okazało się, że odpadłam zupełnie w przedbiegach strachu, chociaż dla wielu uczestników jest to ponoć newralgiczny punkt. Mogę tylko dodać: czapki z głów dla twórców za niesamowitą staranność w stworzeniu miejsca, które zupełnie oszukało moje zmysły.


Nie boimy się przestraszyć. Polub nasz nowy fanpage VICE Polska


Maciek: Ja natomiast mam swego rodzaju awersję do „zorganizowanej rozrywki": wszelkiej maści wyjść integracyjnych, wycieczek zbiorowych i generalnie miejsc, gdzie będzie się ode mnie oczekiwać dobrej zabawy. Unikam po prostu. Horror room (niebezpiecznie spokrewniony z escape roomem) brzmiał jednak jak kuriozalne rozwinięcie idei domu strachów, czyli drugiej najlepszej rzeczy w wesołych miasteczkach (po samochodzikach, rzecz jasna). Postawiłem na pełne zanurzenie i wczujkę, więc strofowałem Pawła, kiedy przypominał mi, że to tylko aktorzy. Nie, Pawle, przyszedłem tu się dobrze bawić, to są przecież prawdziwe potwory! Chcą nas zabić!

Każde nasze przeżycie wynika w dużej mierze z podejścia i przy odpowiedniej wkrętce można mieć radochę naprawdę wszędzie (jedne z najlepszych wakacji mojego życia to dwa tygodnie spędzone w mieście Piła, wiem co mówię). Było fajnie, choć momentami nieco sztampowo – no, ale jednak prawdziwej sztuki wymagałoby stworzenie horror roomu odwołującego się do rzeczy, które w życiu są naprawdę przerażające: zaległych mandatów, small talku w barach i nocnych rozważań o bezsensie własnego życia.


Maciek. Screeny udostępnione dzięki Strefie Strachu


Paweł / autor tekstu. Screeny udostępnione dzięki Strefie Strachu

Paweł: Minęło zaledwie kilka pierwszych minut i zostaliśmy z Maćkiem sami na polu bitwy. Kierowałem się do przodu ostrożnym krokiem, jedną ręką zakrywając twarz, drugą skanując po omacku przestrzeń przede mną – panował kompletny mrok. W pewnym momencie Maciek, stojący za mną i ściskający moje ramię powiedział „ktoś przed nami stoi". To właśnie siła Strefy, która każe ci patrzeć w ciemność, a ty nie wiesz, czy ona patrzy w ciebie. Gustaw zaprojektował swój loch w myśl hitchcockowskiej zasady, że trzeba zacząć od trzęsienia ziemi, by później napięcie tylko rosło. Nie dziwię się więc, że tak dużo osób po prostu wybiega z ostatniego pomieszczenia.

Paweł / autor tekstu. Screeny udostępnione dzięki Strefie Strachu

We wszystkim, co mnie spotkało w Strefie Strachu, nie poczułem tandety ani pójścia na łatwiznę – raczej ogrom pracy podyktowany pasją do horrorów. Po wszystkim, kiedy zapalono już światło i Gustaw oprowadził nas po miejscu, dowiedziałem się, że wszystko budowali w nim od zera; stawiali ściany ze starych cegieł, by zachować klimat, jeździli po szrotach i kolekcjonowali tam rzeczy, które mogłyby im się przydać. Gustaw nie chciał zdradzić, jak wiele osób pracuje teraz przy Strefie Strachu, wytłumaczył jednak, skąd wziął się pomysł na to miejsce:

Gustaw: Od zawsze lubiłem się bać. Jak miałem 10 lat, całe wakacje spędzałem na działce z babcią, na odludziu, gdzie w trakcie dwóch wojen zginęły dwie rodziny – katowałem się tam horrorami. Inspiracje do pracy czerpie głównie z filmów grozy. Tworząc Fear Zone oglądałem dziennie 4-5 horrorów i notowałem pomysły. Nie ma reguły, co mnie najbardziej straszy, najważniejsze, jeżeli mogę się wkręcić. Jestem fanem tych potworów, których nie widać, które stają się naszym dopowiedzeniem. Jak najbardziej wierzę w duchy i metafizykę, a czy wierzę w prawdziwe potwory? Myślę, że w każdym z nas jest jakiś potwór.

Możesz śledzić autora tekstu na jego profilu na Facebooku


Drużyna VICE Polska, która zmierzyła się ze Strefą Strachu / od lewej: Maciek, Kasia, Paweł