VICE guide to guys x AXE

Faceci opowiadają, czego boją się najbardziej

Fobia to coś, co zamenia supermana w kłębek paniki

tekst Maciek Piasecki
26 Sierpień 2016, 1:38am

Ilustracja: Kornel Nurzyński (NESSERart)

Przerażają mnie motyle i ćmy. Zawsze wydawało mi się to trochę głupie i wstydliwe. Pamiętam, kiedy moja była dziewczyna patrzyła na mnie z wyrzutem, gdy musiała wstawać z łóżka, bo po pokoju latał motyl, a ja kuliłem się pod kołdrą. Facet, który boi się motyli – pewnie nawet mimo jej otwartych poglądów, przez myśl musiało jej przejść coś podobnego. Dopiero gdy przypadkiem trafiłem na listę fobii na Wikipedii, poczułem się nieco pewniej: w końcu czym jest lęk przed motylami wobec ablutofobii (strach przed myciem się), cyjanofobii (strach przed kolorem niebieskim) czy bibliofobii (strach przed książkami)?

Od tego czasu fobie bardzo mnie interesowały, stanowiąc temat wielu towarzyskich rozmów (może trochę dlatego, że towarzyskie rozmowy prowadzę nocami, kiedy świecąca lampa przyciąga przedmiot mojej fobii). Wspólne analizowanie fobii zbliża, pokazując, że nikt z nas nie jest niezniszczalny, stanowi też miłą, nieoficjalną formę terapii grupowej. Istnieją też inne formy terapii – począwszy od rozwiązań farmakologicznych, coraz bardziej skoncentrowanych na konkretnych rejonach mózgu po techniki samopomocowe.

Mimo wszystko, wielu z nas nie decyduje się na leczenie, pozostając w pewnej zgodzie ze swoją fobią. Mniej lub bardziej skonkretyzowane lęki przypominają o sobie od czasu do czasu, dając do zrozumienia, że nawet jeśli czujemy się na co dzień niewzruszonymi supermenami, to gdzieś tam czai się kryptonit zdolny zamienić nas w załamany kłębek rozpaczy.

Postanowiłem zapytać znajomych facetów, co zamienia ich w taki kłębek i jak sobie z tym radzą.



RAZEM Z AXE SPRAWDZAMY, KIM SĄ DZISIEJSI FACECI W RUBRYCE VICE GUIDE TO GUYS


Antoni, boi się pająków

Gdy widzę większego osobnika gdzieś na mojej drodze, to obieram inną trasę. Kiedy pająk znajduje się w moim domu: jeśli jestem sam, staram się jak najszybciej opuścić mieszkanie. Natomiast gdy jestem z kimś, chowam się i czekam, aż ta osoba go wyniesie. Nie walczę ze swoją fobią, bo nie wiem jak. Raczej nikomu nie mówię o moim strachu, bo boję się, że (szczególnie chłopcy) mogą to wykorzystać.

Rok temu kiedy za kiblem zobaczyłem takiego dużego, uciekłem z łazienki. Zadzwoniłem do Janka (kolegi z zespołu), zapytać kiedy przyjdzie – bo ja nie mam jak się umyć przez to, że tam siedzi ten skurwiel. Janek i tak miał być, więc nie to że ściągałem przyjaciela specjalnie w tej sprawie. Okazało się, że może dotrzeć dopiero za godzinę – więc wziąłem jakiś spray, zapalniczkę i zajebałem w niego z dużej odległości.

Nie walczę ze swoją fobią, bo nie wiem jak. Raczej nikomu nie mówię o moim strachu, bo boję się, że (szczególnie chłopcy) mogą to wykorzystać

Po pierwszym strzale z miotacza poważnie ucierpiał tylko kibel. On wcale. Przy drugim spadł ze ściany na ziemię i się skulił. Uznałem, że sprawa jest zamknięta, Janek przyjdzie i wyniesie zwłoki, wyszedłem więc do kuchni zapalić papierosa.

Gdy Janek przyszedł, przyznał mi racje, że pająk jest bardzo duży. Wziął go przez papier na stół, żebyśmy mogli się mu przyjrzeć. Okazało się, że wciąż żył i miał się dobrze. Więc znowu uciekłem.

Do tej pory mam łazienkę w połowie osmoloną.

Michał, bał się wymiotów

Emetofobię miałem gdzieś tak do połowy szkoły średniej, ale największy wpływ na moje życie miała w podstawówce. Panicznie bałem się wymiotować, a jako dziecko robi się to dość często (w porównaniu z dorosłym życiem). Unikałem sytuacji, które mogły to sprowokować, czyli nie popijałem owoców zimną wodą (ale tak typu do kilku godzin po owocach), nie jadłem pomidorów ze skórką. Do tego dochodziły mniej spotykane sytuacje – po połknięciu włosa byłem przekonany, że to koniec (a dla mnie w tamtym czasie wymiotowanie to był KONIEC).

Mój znajomy wymiotował przez trzy dni. Tylko on się zatruł, ale za każdym razem, kiedy to robił, to było mi słabo

Kiedyś pojechaliśmy z klasą na obóz wędrowny, 2 tygodnie chodzenia z plecakiem po lasach i górach. Jedliśmy jakieś gówno, w rodzaju gołąbków ze słoika stojącego na słońcu w sklepie na wsi, więc o zatrucie nie było trudno. Mój znajomy wymiotował przez trzy dni. Tylko on się zatruł, ale za każdym razem, kiedy to robił, to było mi słabo. Nie jadłem przez to praktycznie do końca wyjazdu, schudłem jakieś 8 kg w tydzień (20 km dziennie na piechotę, z 15 kg plecakiem na plecach, bez jedzenia i w wieku 12 lat).

Odkąd pamiętam to miałem tego typu lęki, ale zwykle były mniej konkretne. Nie mówiłem nikomu o tym, ale też nie musiałem, bo jednak to było dość widoczne. Przeszło mi w momencie, kiedy odkryłem alkohol: tanie wina idą jakby w komplecie z wymiotowaniem – okazało się, że wymiotowanie po winie jest mniej nieprzyjemne, niż obudzenie się z okrutnym kacem.

Potem strach przed śmiercią przejął pałeczkę i tak już zostało.

Jan, boi się niektórych dźwięków

Staram się unikać przechodzenia pod mostami, zwłaszcza kolejowymi. Gdy jestem ze znajomymi nad Wisłą, czasem zdarza się, że chcemy pójść gdzieś dalej. Choć wolałbym przejść wtedy górą, zmuszam się, odczekuję, aż nic nie będzie jechało i jak najszybciej przebiegam pod spodem. Gdy jednak pociąg złapie mnie pod mostem, nie jestem w stanie nic zrobić: nie mogę się ruszyć, kulę się, zatykam uszy, i staram się nie wydawać żadnych dźwięków. W głowie pustka, mroczki przed oczami, pot, mrowienie w kościach i stawach.

Kiedy tłumaczę ludziom, nie wierzą mi, myślą, że się wygłupiam. Pytają, czy boję się, że most zawali mi się na głowę. Kiedyś myślałem, że mój lęk faktycznie bierze się z tego, ale nie: wiem, że most raczej wytrzyma i nie boję się pociągów – boję się huku, który im towarzyszy.

Rodzice powiedzieli mi, że skuliłem się na podłodze i prosiłem, żeby „to przestało". Nie mam pojęcia skąd mi się to wzięło

Problem leży nie tylko w mostach, ale też w innych dźwiękach, choć nie ma ich na co dzień aż tyle, żebym nie mógł normalnie funkcjonować. Ogólnie jestem wrażliwy na niektóre wysokie częstotliwości, szczególnie jeśli dźwięk jest też głośny. Byłem nawet kiedyś na badaniach, które wykazały, że słyszę trochę więcej wysokich dźwięków niż przeciętna osoba – trochę jak psy albo nietoperze, choć oczywiście w dużo mniejszym zakresie. Musiałem niestety przerwać badania, bo w pewnym momencie zaczęła mnie boleć głowa, potem stawy, aż wreszcie potężnie mnie zemdliło.

Pamiętam jeszcze jeden dziwny przypadek. Kiedyś oglądałem z rodzicami jakiś film dokumentalny o Zimnej Wojnie. W pewnym momencie z głośnika puszczono nagranie sygnału służącego do zagłuszania radia na terenie Bloku Wschodniego (pewnie Radia Wolna Europa). Pamiętam, że z sekundy na sekundę ogarnęła mnie kompletna groza, w głowie pojawiła się jedna myśl: „ŚMIERĆ" i chyba na chwilę odpłynąłem. Później rodzice powiedzieli mi, że skuliłem się na podłodze i prosiłem, żeby „to przestało". Nie mam pojęcia skąd mi się to wzięło.

Robert, boi się oceanu i latających owadów

Jako dziecko odwiedziłem z ojcem jego znajomych, mieszkających w starym drewnianym domostwie w Radości. Za oknem, pod stropem, zrodziło im się gniazdo szerszeni, do których w niezrozumiały już wtedy dla mnie sposób udało im się przyzwyczaić. Przez całą wizytę siedziałem w najbezpieczniejszym kącie domu, prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu sparaliżowany przez lęk.

Czuję się nieswojo, kiedy wokół mnie lata, na przykład, osa – pojawia się jakiś minimalny paraliż i panika. Nawet po tym, jak osa poleci sobie napastować kolejną niewinną osobę, przy każdym otarciu materiału o skórę wydaje mi się, że coś po mnie pełza. Z oceanem nie miewam do czynienia, więc nie zaburza on mojego życia codziennego. To zupełnie nieziemska groza.

Nie miałem jeszcze okazji nad nim lecieć, jedynie nad kanałem La Manche, ale wydaje mi się, że głód podróży wygrałby u mnie z lekką talassofobią. Na pewno bardziej bałbym się oceanicznego rejsu. Choć jestem mieszczuchem, to nie unikam przyrody. Trzymam przy biurku puszkę aerozolu Raid, na wypadek nagłej inwazji szerszeni albo innych bestii.

Trzymam przy biurku puszkę aerozolu Raid, na wypadek nagłej inwazji szerszeni albo innych bestii

Po kontaktach z przerażającymi owadami latającymi uspokajam się zazwyczaj po kilku minutach, zwyczajnie wmawiając sobie, że nie ma się czego bać i że to wcale nie jest tak odrażające, jak mi się wydaje.

Za młodu lubiłem czytać o eksploracji oceanu, Jacques'u Cousteau, akwalungach i batyskafach. W którymś momencie fascynacja musiała przerodzić się w trwogę. Z owadami było podobnie: poznając je przez książeczki i filmy przyrodnicze musiałem zorientować się, jak strasznie niepokojący jest poziom skomplikowania i precyzji tych małych zwierząt.

Wstręt do robali jest dość powszechny, dzielę go z wieloma znajomymi, mówi się o nim raczej otwarcie. O uprzedzeniu do ogromnych akwenów wspominam tylko przy okazji rozmów o kosmosie, maleńkości i ludzkim pojęciu. Co dziwne, niektórych bardziej od niezbadanych głębin na naszej planecie niepokoją czarne dziury i asteroidy.

Tomek, boi się robaków, braku pieniędzy i śmierci

Fobie mają spory wpływ na moje życie. Odczuwam spory dyskomfort będąc w otoczeniu przyrody. Myśl o robakach sprawia, że nie mogę się wyluzować. Najlepiej czuję się w otoczeniu betonu.

Miewam obsesyjne myśli na temat śmierci, którą widzę praktycznie wszędzie, zwłaszcza gdy przebywam z bliskimi i już totalnie gdy przebywam z dziećmi. Wszędzie widzę wypadki: gdy jestem w miejscach typu galeria handlowa, analizuję możliwe opcje ucieczki na wypadek katastrofy budowlanej, ataku terrorystycznego itp.

Miewam obsesyjne myśli na temat śmierci, którą widzę praktycznie wszędzie

Niechęć do owadów wzięła się z traumy z czasów dziecięcych kiedy to będąc małym gówniakiem obudziłem się pewnego ranka, a nad moją twarzą wisiał ogromny pająk. Co do lęku przed śmiercią podejrzewam, że wynika to z wychowania w nadopiekuńczej rodzinie która wszędzie widziała niebezpieczeństwo (narkomani, mafia, dresiarze)

Kiedy opowiadam o swoich lękach, ludzie zwykle się ze mnie śmieją.

Sam racjonalizuje swoje lęki i wtedy trochę mi lepiej. Bo przecież owady nic mi nie zrobią i w większości są pożyteczne, a wypadki śmiertelne i katastrofy budowlane zdarzają się stosunkowo rzadko.

Filip, boi się węży

Absolutnie nigdy nie będę mógł jechać na wakacje gdzieś, gdzie potencjalnie byłyby węże. Mówiąc szczerze, za każdym razem jak gdzieś mam jechać, sprawdzam czy można tam wpaść na węża, który sobie cziluje pod twoim łóżkiem.

Gdy widzę zdjęcie węża, nagranie, cokolwiek, zaczyna mi się robić gorąco, zaczyna mi szybko bić serce, pocę się, chcę mi się nawet trochę płakać. Absolutnie nie mam pojęcia, skąd się to wzięło, ale od kiedy pamietam, nie jestem w stanie oglądać National Geographic, bo MOŻE SIĘ TAM POJAWIĆ WĄŻ.

W podstawówce w zoo weszliśmy do działu gadów, a ja na kompletnej nieświadomce zarzygałem wszystko dookoła mnie i odzyskałem zdrowy umysł jakieś 20 minut po wyjściu.

Mój największy koszmar senny to węże, które potrafią szybko latać i się o mnie ocierają

Na obozie harcerskim wpadłem na zaskrońca i zemdlałem.

Czasem muszę wyjaśniać to komuś, kto nieświadomie mi wkleja zdjęcie węża, który robi coś „śmiesznego" na moim wallu. Czasem tłumaczę ludziom mającym węże w domu, że nie mogę mieć ich w znajomych, bo wklejają zdjęcia swoich pupilków. Śmieją się, ale raczej szanują i dają mi spokój.

Myśle, że jakby ktoś mnie męczył zdjęciami węży, po prostu bym tej osobie wypierdolił – myśle, że można to po mnie odczuć, gdy mówię o swojej fobii. To chyba jedyna rzecz, obok nienawiści do faszyzmu i miłości do mojej dziewczyny, którą traktuję na serio.

Nie staram się walczyć z moim strachem, absolutnie unikam węży i nie planuje robić z tym czegokolwiek. Mój największy koszmar senny to węże, które potrafią szybko latać i się o mnie ocierają.

Jędrzej, boi się niezabezpieczonych urwisk i jazdy na rowerze po mostach

Jako dziecko strasznie nie lubiłem wycieczek rowerowych na drugą stronę rzeki, ponieważ miałem przed oczami widmo urywającej się z powodu błędów budowlanych barierki, która wpada do rzeki i rowerka, pod którego koła wpada kamień materializujący się znikąd. Widziałem siebie lecącego w otchłań ścieku o niebezpiecznym dnie. Na szczęście wizja przemijała kiedy tylko wracałem na płaski ląd.

Dzisiaj skutkuje to jedynie tym, że wolę tramwaj od miejskiego roweru, z którego może spaść w każdej chwili łańcuch. Jeśli z kolei chodzi o niezabezpieczone urwiska, to po prostu staram się nie patrzeć w dół i nie podchodzić do ich krawędzi. Z tego powodu ominęło mnie wiele pięknych widoczków o zachodzie słońca, kiedy bałem się podejść bliżej.

Najskuteczniejszym sposobem na fobię jest po prostu przeczekanie sytuacji

Nie wiem skąd się to we mnie wzięło, nie mam żadnych traumatycznych przeżyć związanych z wysokością... No, chyba że to ma jakiś związek z tym, że we wczesnych latach mojego dzieciństwa ojciec lubił mną podrzucać – ale nic mi się nigdy nie stało.

Czasem wspominam ludziom o swojej fobii, zwykle kiedy jestem już nad jakąś przepaścią i boję się podejść dalej – albo oni sami się orientują, jak wtedy kiedy zacząłem panikować w Pradze na wieży Petrin, bo zaczęła się trząść od wiatru. Zwykle ignorują moją fobię, albo mają ze mnie lekką bekę. W końcu nie mam się czego bać, prawda?

Jeśli chodzi o zwalczanie fobii, to najskuteczniejszym sposobem jest po prostu przeczekanie sytuacji. Strach mnie nie paraliżuje, więc po prostu trwam w tym dyskomforcie i czekam. Jestem osobą, która stara się nie rozpamiętywać traum i nieprzyjemnych przeżyć.

Śledź autora na Twitterze