podróże

Jak spędziłem dobę w romskiej wiosce

Pierwszy raz na twarzy Roma zobaczyłem wyraz dumy, kiedy opowiadał, jak karawany zatrzymywały się, bawiły stałych osadników, a kiedy jedni i drudzy mieli już siebie dość – Romowie odjeżdżali

tekst Daniel Arciszewski
18 Czerwiec 2015, 9:08am

11:45

Jest sobotnie przedpołudnie w Starej Lubowlej. 16-tysięczne miasto położone na słowackim Spiszu zakrywa mgła. Wokół szaro i pada deszcz. Bloki z wielkiej płyty wybijające się ponad mgłę przypominają pozatapiane arki komunistycznego dobrobytu. Mijam opustoszałe fabryki, odrapane azbestowe magazyny i rdzewiejące dworce autobusowe. Zamek patrzący na miasto z boku zdaje się kruszyć i kurczyć ze smutku widząc to wszystko. Wraz z granicą Polską skończył się festiwal przydrożnych kolorowych reklam, mogących przyprawić o odklejenie siatkówki. Tu ludzie jakby pogodzili się z tym, że za komuny było lepiej. Lepiej niczego nie zmieniać.

Wzdłuż obwodnicy miasta spacerują wielodzietne romskie rodziny targające wypchane reklamówki. Do romskiej osady zostało 6 kilometrów. Chcę kupić zapas papierosów – są tu tańsze niż w Polsce – za paczkę Cameli płaci się 2,80€ (12 zł). Docieram samochodem na rynek. Pod pomarańczowym kościółkiem młoda para robi sobie sesję zdjęciową. Pozornie spontaniczne pozy i wymuszone uśmiechy zdają się być okupione bardzo dużym wysiłkiem nowożeńców. To nie jest dzień do uśmiechu.

Szukam kantoru. Wszystko w soboty jest zamyka się albo o 12 albo o 16. Kantor powinien powinen być czynny do 16, lecz po kasjerze nie ma śladu. Wchodzę do lokalu obok.

12:00

W barach pije się od rana. Na zmęczonych życiem twarzach dominuje nastrój beznadziei. Starzy Słowacy, niepotrzebni na kurczącym się rynku pracy, zaznają spokojnej starości za niedomytymi kuflami. Zaskoczeni wizytą nietypowego gościa (wszyscy mają powyżej pięćdziesiątki i są już nieźle wstawieni) życzliwie pytają mnie, czego potrzebuję. Odpowiadam, że przyjechałem z Warszawy pisać artykuł o Romach i że chcę wymienić złotówki na euro. Za kuflami z piwem zawrzało. Mruczenie do siebie pod nosem. Ktoś w końcu krzyknął:

– Cygany? A weźcie sobie ich wszystkich!

W sali natychmiast ucichło. Kilka ludzi wypiło szybciej swą wódkę zapijaną browarem. Do mnie podszedł facet w dresie. Serdecznie się do mnie uśmiechnął, wyszedł z pijalni i otworzył kantor. Wydając kwit, zaprosił ponownie i życzył mi powodzenia. Wrócił z powrotem do kamratów.

Pod klatkami do bloków siedzą dzieciaki słuchające muzyki z telefonów komórkowych. Młodzi Słowacy i Romowie nigdy nie siedzą razem.

Wyjeżdżam zostawiając za sobą wilgotne, lepkie miasto, błądzące w etanolowym letargu.

12:25

Dojeżdżam do romskiej osady leżącej na końcu słowackiej wioski Kolačkov. Nad sczerniałymi, próchniejącymi domkami unosi się łuna opalanego drewna. Pomiędzy osadą a wioską przepływa niepozorny strumyczek, iskrzący ruchliwym srebrem. Dzieli on spokojną kotlinę na dwa światy: świat kryty strzechą i świat ocieplany styropianem.

Staję obok kładki obtoczonej dywanami, dziecięcymi ubrankami, częściami rozebranych pralek i maszyn rolniczych. Wokół samochodu natychmiast robi się tłoczno. Wpierw podbiegają pełne energii dzieci. Ich zachowanie jest całkowicie nieskrępowane, bezpretensjonalne, pierwotne. Twarze jakby nigdy nie przeżyły jednego dnia rozterki, smutku czy zmartwienia. Chcą natychmiast wszystko pokazać. Wszystkie naraz. Rozrywają cię na setki kawałków. Każde chce mieć gościa na wyłączność. Chłopaki chcą pokazać jak grają w futbol na błotnistym polu bez bramek (w modzie są fryzury na Christiano Ronaldo). Inni przyglądają się mojemu samochodowi – pytają się czy jest szybki i walczą (każde z osobna) o moją uwagę – a nuż da się przejechać?


Patrzymy z bliska. Polub fanpage VICE Polska, żeby być z nami na bieżąco


Dziewczynki są bardziej nieśmiałe (co nie znaczy, że nie roześmiane). Z początku chowają się rządkami za starszym rodzeństwem. Pytam o ich imiona. Powoli jedna wysuwa się przed drugą i przedstawiają się (Samanta, Kristina, Swietłana, Marina...). Natychmiast potem przekrzykują się kim by chciały zostać w przyszłości. Dotykają się po włosach, palcami je ścinają, poprawiają i kręcą – dużo fryzjerek. Inne śmiejąc się pozują wystawiając usta – to modelki. A ile wśród nich kucharek, sprzątaczek, łyżwiarek! Jedno wiem na pewno – wszystkie mogłyby zarobić na luksusowe życie w Kalifornii sprzedając swoje uśmiechy! Przez mostek – wyprzedzając starszych gapiów – wybiega Nikola. To piękna jedenastoletnia Cyganka, którą poznałem już w marcu. Jej uroda naprawdę poraża – gdyby tylko mieszkała w USA, bez przeszkód szybko zostałaby nastoletnią ulubienicą amerykańskiej telewizji – tak jak kiedyś Macaulay Culkin czy Dakota Fanning (z tą różnicą, że dużo lepiej wyjdzie z okresu dojrzewania). W tych stronach mówi się, że urodę – szczególnie oczy – dziedziczy się po tym rodzicu, który bardziej chciał mieć dziecko. Ale Wenus i Adonisa nigdzie w wiosce nie spotkałem.

U niej w domu wypiłem pierwszy cygański kompot z marynowanych jagód i porzeczek. U niej poznałem smak romskiej, osadniczej egzystencji – siedem osób (ósme w drodze) mieszka na powierzchni powierzchni 10 m2. To mniej więcej tyle, ile cztery kabiny do przymierzania ciuchów w H&M.

Po pięciu minutach zjawili się Jaro (ojciec Nikoli i pięciorga) i Emil – sołtys osady.

Wypakowujemy z naszego samochodu worki z ubraniami dla najmłodszych (dar warszawskiego Caritasu). W tym momencie placyk przed kładką zamienia się w istne pole walki. Obłęd ogarnął wszystkich dojrzałych osadników. Cała osada wybiegła z bojowymi okrzykami przed kładkę. Plastikowe worki zostają rozerwane podczas zaciekłej walki. Ubrania leżą w błocie. Niedługo. Kobiety i mężczyźni garściami chwytają każdy skrawek materiału odzieżowego, każdy bucik i niemowlęcą czapeczkę. Krzyki i piski w języku romani (nienawistne? wrogie? czy może porozumiewawcze, wydzielające co komu potrzeba?) przyprawiają mnie o zawrót głowy. Cała ta scena trwa około dwóch minut. Potem wszystko wróciło do normy. Jedynie strzępy worków Jana Niezbędnego i bardziej niż zwykle wydeptane błoto dają świadectwo temu, co tu się przed chwilą działo. Od teraz mam wolny wstęp do wioski.

13:00

Wchodzę do osady. Zapach palonego drewna ostro kłóci się o pierwszeństwo z nieznośnym smrodem ludzkich odchodów. Ścieki komunalne są tu zintegrowane z wąskimi przejściami między drewnianymi chatami. Trzeba uważać, żeby nie potknąć się o kamienne fundamenty tych konstrukcji. Osada położona jest na zboczu, toteż domy mocowane są na zawodnych drewnianych balach oraz blokach skalnych, które z każdym deszczem się osuwają (co chwila widać, jak Romowie z Kolačkova ciągną na taczce kamienie). Domy wyglądają tak niestabilnie, że ma się wrażenie, że jeden źle wyłożony dywan, jeden zły krok po wykładzinie, może spowodować osunięcie dobytku z urwiska. W progach domów patrzą się na mnie wzrokiem podejrzliwym i oceniającym romskie matki. Powstrzymują swoje dzieci przed zbadaniem rękoma powierzchni mojej kurtki, moich białych rąk na których mogłyby się pohuśtać.

Wchodzimy do miejsca, w którym mieszka Jaro i jego rodzina. Jaro dom zbudował sam. Dwanaście lat temu, gdy jego żona zaszła w pierwszą ciążę. Przy pomocy ścianek z dykty, rolowanych kurtynek antywłamaniowych i dużej ilości blachy falistej, uwił z myślą o przyszłym pokoleniu swoje gniazdko. Oprócz ścian i podłogi w domu znajduje się również mały piecyk kaflowy (który sprawia, że jest tu gorąco jak w saunie) pełniący jednocześnie funkcję patelni, dwa łóżka i blat kuchenny z nieczynnym kranem (dawno porządnie nie napadało) i szafkami pod sufitem. To wszystko. W takich warunkach dorasta pięcioro jego dzieci.

Jaro dopytuje się o pampersy. Niestety tych od Caritasu nie udało mi się uzyskać. Walczę ze sobą, by nie wyjąć dla niego paczki prezerwatyw z plecaka i nie dać mu krótkiego wykładu o anatomii człowieka. Ale on to wszystko wie. Emil – sołtys – mówi mi później, że rejestracja nowych rybiątek w rodzinie to najprostszy sposób na otrzymywanie większej zapomogi socjalnej od państwa. Za sprawą tej taktyki, od 1998 r. wioska rozrosła się trzykrotnie. A w 1973 były tu tylko dwie rodziny – trzy skromne, ale porządne chatki – pomagające Słowakom w pasaniu owiec i rąbaniu drewna.

Jaro jest dziś mniej rozmowny niż przed dwoma miesiącami, gdy go poznałem. Po pierwsze ma smutek (żałobę) po mamie, która zmarła przed dwoma tygodniami. Po drugie – stan serca jego najmłodszego dziecka pogorszył się i w Lubowlej powiedziano mu, że natychmiast trzeba operować.

– Ale nie ma nawet pieniędzy na leki, co dopiero na podróż do Bratysławy i operację? – skarży się.

Wreszcie jego żona, która w każdej chwili może rodzić (mam zaproszenie na chrzciny), często mdleje, ma gorączkę, a w nocy majaczy. Czy zadzwonił po karetkę? Tak, tu karetki i tak bywają po dwa razy dziennie. Dyspozytorzy czekają tylko aż uzbiera się koło pięciu zgłoszeń (albo jedno zagrażające życiu). Dali jej coś doraźnego w ambulansie i kazali uciekać.

Pytają czy nie jestem głodny, czy nie chcę się czegoś napić. Szczerze mówiąc – nie byłem, ale pomyślałem, że nie wypada odmówić gospodarzom. Dostałem oranżadkę w proszku rozpuszczoną deszczówką (woda lepsza niż ta w sklepach, przynajmniej tak mówią) i pieczonego placka z mąki ziemniaczanej. Jem siedząc na jednym z łóżek. Nie mogę postawić pełnej szklanki na krzywej podłodze, bo napój się wyleje. Tak więc z trudem przełykam ciecz i staram się nie myśleć o deszczowym piasku osadzającym się na podniebieniu.

Rozmawiamy z Jarem o różnych rzeczach – głównie o biedzie i dzieciach (co niejako idzie ze sobą w parze). 12-letnia Kristina jest prymuską – dostaje w szkole same jedynki (w słowackim systemie edukacji jedynka to najlepsza ocena). Pytam się, czy wyjedzie gdzieś na studia, do pracy? Zmieszane dziecko próbuje wtoczyć ten dziwny abstrakt do swojej głowy (czyli że może istnieć życie dla Roma poza Kolačkovem i Lubovlą?), ale Jaro szybko odpowiada za nią.

– Nie! Kto w Kolačkovie się urodził, ten w Kolačkovie umiera!

Twarz Kristiny wraca na ziemię, pokornieje. Pytam, dlaczego nie dać dziecku szansy na zobaczenie choć kawałka świata. Chce przecież zostać fryzjerką, a łysiejące głowy na północy Słowacji mogą jej się kiedyś znudzić. Poirytowany gospodarz chowa się za pojęciami tradycji – dźiuvlitko mageripen – czyli regułami skalań kobiecych. Kristina – tak jak wiele innych niezasymilowanych romskich dziewcząt – nie pójdzie do gimnazjum (słowackiego odpowiednika polskiego liceum czy technikum), bowiem dziewczęta w wieku dojrzewania nie mogą wychodzić z domu bez opiekuna, członka najbliższej rodziny. Przy odrobinie dobrej woli słowackich nauczycieli w szkołach podstawowych Romowie nauczą się czytać i pisać po słowacku. Może i mnożyć do stu. Jednak często i to się nie dzieje; nauczyciele bezradni wobec wagarowiczów i presji lokalnych romskich społeczeństw przepuszczają dzieci z klasy do klasy, bez zaliczenia podstawowego programu nauczania.

Jaro wyda swoje córki za mąż oraz sam dopilnuje budowy nowych kwater dla swojego klanu.

15:00

Dziecięcym okrzykom pod wejściem do mieszkania Jara nie ma końca. W końcu gospodarz nie wytrzymuje, otwiera chwiejące się w zawiasach drzwi i rzuca na dzieci gromkie przekleństwa w romani. Dwadzieścioro bosych stworzonek rozpływa się w powietrzu. Wychodzę jednak z mieszkania i daję się poprowadzić okrzykom malców. Chcą mi pokazać jak grają w piłkę nożną i bejsbol. Żywiołowość tych dzieci dawałaby więcej energii elektrycznej, niż wszystkie reaktory atomowe w Japonii.

Piłka nożna w wydaniu chłopaków przypomina pomieszanie zabaw w berka, kowbojów i Indian i curlingu. Dziewczyny chwalą się układem kamarea – romskim amse kadamse flore. Robię zdjęcia i wracam do Jara – niezadowolonego, że „zawracam sobie tymi bachorami głowę".

18:15

Moja obecność w osadzie przechodzi do porządku dziennego. Pod mieszkaniem Jara nie ma już gapiów. Mieszkańcy pogodzili się z faktem, że więcej odzieży już nie mam. Wychodząc od Jara muszę z ciężkim sercem odmawiać dzieciom dalszej gry w futbol – będziemy jechać do Jakuban (wsi położonej ok. 8 km od Kolačkova), by wziąć parę „koron" od bezdzietnego kuzynostwa Jara. Stamtąd ruszymy do Kauflandu, by kupić leki dla chorego na serce Marka oraz jakieś produkty spożywcze.

Jakubany to troszkę większa miejscowość od Kolačkowa. Główna szosa czasem się rozgałęzia, są nawet dwa sklepy. Jaro mówi, żeby skręcić za przystankiem (nowy przystanek wygląda jakby zaraz pod niego miał podjechać nie stary autobus marki Skoda, tylko co najmniej transgalaktyczny statek USS Enterprise). Jedziemy powoli wśród gęstych jednorodzinnych zabudowań. W miarę jak poruszamy się w górę, na domach jest coraz mniej tynku, a coraz więcej dywanów. Wjechaliśmy do romskiego getta wsi Jakubany.

Stare Skody Favorit rdzewieją, pozbawione silników i siedzeń. Budynki zdają się stać na „słowo honoru". Przysięgam, że wiele z tych ceglano-drewnianych konstrukcji nie spaja ani jeden kilogram betonu! Nie ma tu płotu, którego nie zasłoniłyby dywany i pranie. Wydaje mi się, że to pewnego rodzaju wyznacznik prestiżu: im więcej masz dywanów, ciuchów, talerzy satelitarnych – tym lepiej ci się powodzi.

Na uliczkach panuje atmosfera jak przed sobotnią dyskoteką na koloniach. 13-, 14-letnia młodzież dzieli na grupki według płci, dyskretnie na siebie zerkając. Chłopcy mają włosy nastroszone na żel i bluzy z napisem Lonsdale albo Puma. Dziewczyny są bardzo mocno umalowane brokatem, mają duże okulary przeciwsłoneczne, czerwone pasemka na włosach oraz długie, świecące w ciemności tipsy na paznokciach. Każda grupka ma jeden telefon komórkowy z którego gra muzyka disco. Starszyzna w tym czasie ogląda słowacką telewizję.

19:00

Wchodzimy do jednej z semi-murowanych posiadłości. Pod gankiem siedzą pokaleczone psy. Piszczące, z chorymi oczyma i poszarpanymi uszami, tłumią w sobie ładunek beznadziei całego slumsu.

Wita nas dwójka starszych Cyganów – rozhisteryzowana, tęga kobieta oraz jej wysuszony mąż. Telewizor rozkręcony na cały regulator. Na pustej ścianie naprzeciw amerykanki przykrytej dywanem, wisi zdjęcie wysuszonego pana trzymającego pęto kiełbasy i obejmującego jakiegoś kamrata. To musiał być jeden z najbardziej obfitych dni w życiu suchego pana. Kiełbasa i aparat wśród Romów nieczęsto chodzą ze sobą w parze.

Jaro wykłóca się o coś z kobietą. Po jednopokojowym mieszkaniu fruwają paragony. Starszy pan podnosi jedną z karteczek, podchodzi do szafki i wyciąga puste opakowanie po leku. Zasmucony stara się wytłumaczyć na migi, że jego żona choruje na nerwicę. Częstuje mnie tytoniem rozsypanym w głębokim talerzu. Odmawiam i zamiast tego częstuje go Camelem. Dziękuje mi dobrodusznym mrugnięciem oczu. Trzymając papierosa cały czas w ustach, ze spokojem człowieka wschodu szuka czegoś po szafkach. W końcu wyciąga poszarpane urzędowe pismo. Stwierdza ono, że podczas rutynowej wizyty u ginekologa jego żona została bez swej wiedzy poddana sterylizacji. Było to w lutym 1987 r. Pismo ma datę z r. 2001. Wolę nie wiedzieć, ile zdziwienia, łez, frustracji i smutku musiało przejść to małżeństwo by w końcu dowiedzieć się, że małżonce bezprawnie podwiązano jajowody. Dziś otrzymują od państwa wysoką rentę: 800€. Nie mając własnych dzieci, pieniądze rozdają krewnym (którzy coraz liczniej pojawiają się w chatce, by zobaczyć nietypowych gości).

W czasie gdy Jaro najprawdopodobniej targuje wysokość zadatku, ja staram się pozyskać sympatię wchodzących do pomieszczenia młodych Romów.

–Julia! Jakie piękne imię! A ty Erika, ty powinnaś grać w filmach! Cóż za wspaniałe dziecko! Czy to twój szczeniaczek? W Polsce takich ładnych nie mamy!

Młodzi czują się swobodnie, ale nadal podchodzą do mnie z pewną dozą nieufności. Opowiadają mi o tym, gdzie (jeśli w ogóle) pracują. Zaplecze w Lidlu, pomagier w magazynie, budowlaniec. Ale wszyscy przyznają, że wolą opiekować się starszymi z wioski. Prać, chodzić po drewno, wędrować w poszukiwaniu materiałów do prac konserwujących domostwa. Cóż poradzić, mówi Erny: młody dwudziestolatek o wyglądzie hiszpańskiego piłkarza. Do pracy trzeba by jeździć daleko. Tu w okolicy Słowacy mają trudności, by znaleźć robotę. No i zgadnij kogo chętniej biorą (chatka chichocze). A my tu mamy rodziny, ojców, dziadów, kto się nimi zaopiekuje? Jak wyjedziemy, to Słowacy wezmą i wszystko wyburzą, a to jest dom!

Nagle spod ziemi wyrasta niemłoda kobieta ubrana w tradycyjny cygański strój. Wraz z sobą przyniosła dziecko. Zapanowała cisza. Uśmiechnęła się do wszystkich wokół, uklękła i zaczęła modlić się ekstatycznie do obrazu z Jezusem, z którego wylatywały jakieś biało-czerwone światełka. Wszyscy słuchaliśmy jej w skupieniu. W końcu przestała i stojąc naprzeciwko mnie zrobiła znak krzyża. Chyba nigdy w życiu nie poczułem takich ciarek na plecach. Kobieta stała i uśmiechała się, a ja zrobiłem parę zdjęć zgromadzonym. Następnie bez słowa zaprowadziła mnie, Jara (trzymającego w ręku banknot 20-eurowy) i Nikolę do swojego domku. Patrząc się na mnie wypowiadała na zmianę dwa słowa – putnik, spat. Jaro powiedział, że ta kobieta chce, bym u niej nocował.

W każdym Romskim domku centralnym punktem mieszkania jest kaflowy piecyk – to on daje ciepło, pożywienie, podgrzewa wodę potrzebną do kąpieli i prania. Wszystkie łóżka są ustawione tak, aby w miarę możliwości wszyscy mieli do niego jednakową odległość.

U pani Luby z Jakuban było podobnie, ale jednak trochę inaczej. Po pierwsze – były dwa telewizory, magnetowid, lodówka i elektryczny czajnik. Dodatkowo była kawa, dużo wzorzystych kubków i bardzo wiele niedziałających zegarów naściennych. Czułem się tu troszkę jak w osiedlowym Hiltonie.

Atmosferę podniosłości potęgowały dewocjonalia porozwieszane na ścianach. W mieszkaniu nie było miejsca, które nie byłoby wsparciem dla obrazka Maryi. Pokój promieniuje chrześcijaństwem od każdej strony. Surową pustkę innych lokali zastępuje tu cerkiewny nastrój, nabity bojaźliwą religijnością oraz typowo romską filozofią „im więcej tych samych przedmiotów, tym lepiej".

21:30

Odwożę Jara i Nikolę do Kolačkova. Wokół osady chodzą ludzie w żółtych kamizelkach odblaskowych. Świecą mi latarkami prosto w oczy. Od czterech miesięcy romscy „policaje" (także zamieszkujący osadę) pilnują porządku wokół wioski. Samorząd tym posunięciem chce zmniejszyć liczbę kradzieży, napadów oraz niepożądanych skutków nadużywania alkoholu w obydwu społecznościach. Spisują Jara i Nikolę. Są już w wiosce – gdyby w nocy coś się stało, policja rano nie będzie ich napastować.

Na pożegnanie obiecuję im, że wrócę jutro. Jadę z powrotem do pani Luby.

22:00

Jakubański slums poszedł już spać. Tylko w nielicznych domach palą się światła.

22:03

Pragnę porozmawiać ze swą dobrodziejką udzielającą mi schronienia. Niestety, bariera językowa jest nie do przekroczenia. Starsza kobieta nie włada najlepiej Słowackim, nie ma więc mowy o wyciąganiu sensu z ogólnosłowiańskiej puli wyrazów.

Czterech ludzi od dawna śpi na jednym łóżku. Mi przypada wąska, nie rozkładana wersalka. Pościel czysta, pachnie szamponem. Nigdy nie spałem przykryty równie puszystą kołdrą. Wersalka bez zarzutu – za komuny umiano zrobić wygodny mebel.

00:15

Pani Luba chyba już śpi. Ja nie mogę zasnąć. Wychodzę na papierosa. Romskie domy nie mają zamków w drzwiach. Próbuję ochłonąć, przeorganizować myśli. Spaceruję po getcie. Napotykam dwóch dwudziestoparoletnich Romów. Rozmawiają ze sobą siedząc na schodkach jakiejś obory. Podchodzę do nich, ale wszelkie próby nawiązania rozmowy kończą się fiaskiem. Ja grałem w GTA: San Andreas. Oni w nim żyją. We troje jesteśmy jacyś bezproduktywnie wymęczeni, przygnębieni. Ogarnia mnie poczucie wstydu. W milczeniu palimy papierosy.

02:12

Zdaję sobie sprawę z tego, że dom pani Luby różni się od innych jeszcze jedną rzeczą – znajduje się tu jedna książka. Pismo Święte.

03:57

Budzę się zalany potem. Ktoś chrapie, jakby przez nos miał urodzić żabę. Obrzydliwe. W mieszkanku robi się coraz zimniej. Drewno w piecyku powoli się wypala. Teraz już na pewno nie zasnę. Po głowie chodzą mi obrazki z Wiadomości – wozy strażackie, taśmy ostrzegawcze i podpis: „W województwie śląskim trzy ofiary śmiertelnego zatrucia czadem".

6:15

Wszyscy są już na nogach. Ze strumyczka kobiety przynoszą wodę na pranie i kąpiele dla maluchów. Mężczyźni idą z taczkami po drewno. Opał będą często kraść od Słowaków. Na poszukiwaniu materiałów podtrzymujących ich chwiejną osadę mija niemal każdy dzień. Myśli wielu starszych nie wybiegają poza kategorię zapewnienia minimum egzystencji dla swojej rodziny. Cygan i przyroda żyją ze sobą w silnej, organicznej symbiozie.

Jeśli jakieś gospodarstwo ma telewizor, ekran budzi się i zasypia jednocześnie z mieszkańcami.

Wpierw lecą telezakupy. Nieznany mi pan z łóżka obok spojrzał się na mnie i przełączył na kanał, gdzie leciał jakiś film z Bradem Pittem. Wyszedł. W domu jestem ja, Brad Pitt i milczące w zakłopotaniu dziecko.

6:50

Wraca Pani Luba z plastikową wanienką, którą stawia na piecyku. Milczące dziecko bez koszulki podchodzi do wanienki. Z jednej z filiżanek stojących na szafce czerpie mydło w płynie. Myje główkę, rączki i pod pachami. Woda spływa na dywany ułożone przy piecyku. W międzyczasie pani Luba robi mi rozpuszczalną kawę (tym razem woda – niestety – z Kauflandu).

7:00

Dopijam kawę, uprzejmie dziękuję za gościnę i, udając brak pośpiechu, wychodzę z domku.

Wsiadam do swojego samochodu, zaparkowanego obok Forda Focusa przykrytego dywanami i cegłą. Może to prezent na czyjąś osiemnastkę?

7:45

Zanim rozpocznę ciąg dalszy romskiej przygody, postanawiam iść na spacer wzdłuż lasu. Czasem piękniej jest się zagubić tu, niż w Paryżu.

9:20

Docieram do osady w Kolačkovie. Rano śmierdzi tu najgorzej. Wszyscy wychodzą za potrzebą przed swoje domy. We framugach drzwi, Cyganie powoli jedzą tanie parówki na zimno. Docieram do Jara. Cała jego rodzina śpi pod kołdrami. Tylko Jaro patrzy się w sufit i układa w głowie swój dzisiejszy plan walki z powtarzalnymi okolicznościami przyrody.

Zauważywszy mnie, z radością oznajmia, że sołtys – Emil – zaprasza na śniadanie. Przedtem jedziemy jednak z nim i z jego bratową do Kauflandu po zaplanowane na wczoraj zakupy.

10:50

Mimo niedzielnego poranka, pod Kauflandem panuje duży ruch. Romowie i Słowacy wymieszani w proporcjach 2:3. Po parkingu krąży zielony terenowy radiowóz z napisem POLICIA. Atmosfera wydaje się napięta. Przez chwilkę czuje się, jakbym był pod supermarketem w Ciudad Juarez, w samym środku wojny narkotykowej. Może w nocy znów działy się ambarasy na tle narodowościowym?



12:00

Znów jadę drogą Stara Lubovla – Kolačkov. Dla słowackiego rządu ta trasa na mapie musi wyglądać jak wyrostek robaczkowy – ze stanem zapalnym w postaci romskiej osady na jej końcu.

Przy kładce wita nas nieoficjalny, osadniczy komitet powitalny. Dzieci w chwale trzymają tuziny jajek w papierowych kartonach. Gospodynie noszą na swych podbrzuszach nadpobudliwe kury, a dumni ojcowie przytrzymują przy piersi niemowlęta. Niestety, magię chwili zakłócam wyciągnięciem aparatu.

Pierwszy przed szereg wychodzi Emil. Ściskamy sobie dłonie na powitanie, ale Emil mojej ręki nie puszcza. Krzyczy tylko radośnie „Pozywam! Pozywam! Pozywam!" – i wesoło podskakując, ciągnie mnie w stronę swojego gospodarstwa.

Zahaczamy tu o kolejną specyfikę podróżowania po Słowacji. Wszędzie gdzie pojawisz się z dziewczyną, masz wrażenie, że każdy chce cię obrazić. „Twoja dziwka? Dobra polska dziwka! Frajer! Ato twoja frajerka?". Wszystkie te zaczepki płyną z dobrego serca, ale dla dobra polsko-słowackich stosunków, powinno się ostrzegać o TAKICH właśnie rzeczach na przejściach granicznych. I tak nikt nie przestrzega ograniczeń prędkości.

Chata sołtysa na tle całej wioski wypada imponująco. Złożona jest z trzech pokoi, ganku, kamienistego wybiegu dla psów, przedsionka i szafy w jednym oraz – uwaga – obudowanej drewnem werandy. Cały dom jest pokryty taką ilością ubrań i dywanów, że z daleka wygląda jak kupka ubrań na wadze w sklepie z używaną odzieżą. Emilom się powodzi.

Wchodzę do mieszkania. Wita mnie obrazek, do którego już przywykłem. Pół tuzina dzieci w wieku przedszkolnym biega bo pokoju bawiąc się w berka. Jedno gołe dziecko właśnie wyszło z kąpieli. Na blacie chwiejącej się meblościanki leżą kawałki obranego kurczaka. Emil klepie parę razy w mebel na którym leży drób i stanowczym tonem mówi: polskie. Do dziś nie wiem, czy mówił o meblościance, czy o kurczaku.

W trakcie gdy w brytfannie, na głębokim tłuszczu smaży się śniadanie, ja pytam Emila na czym polega jego rola jako sołtysa osady. Z tego co zrozumiałem, Emil jest odpowiedzialny za dyscyplinowanie młodych (szczególnie chodzi o piętnowanie kradzieży i aktów wandalizmu), podtrzymywanie dobrych stosunków ze Słowacką ludnością i administracją oraz pilnowaniem wypełniania obowiązku szkolnego przez dzieci w wieku do 15 lat. A potem? Potem to już idą do pracy. W osadzie. Chłopaki biorą się za handelek albo za drewno. Dziewczyny zajmują się pracującymi przy drewnie mężczyznami oraz utrzymują porządek w gospodarstwach. Mniej więcej w tym okresie zachodzą w ciążę.

Chcę, żeby Emil opowiedział mi o historii wioski. Opowiada o tym, jak to w latach 70. partia rozdzieliła pewien romski obóz, wysyłając każdych po trochu do innych miejsc, by pomagali pasterzom i drwalom. W Kolačkovie z początku były dwie chatki w których mieszkały trzy rodziny.

Nikt z kim przedtem, ani potem rozmawiałem, nie wiedział skąd się tu znalazł.

Emil mówi mi o tragedii Cyganerii. Socjalizm i socjal, jego zdaniem, zatrzymały Romów. Nie mają już potrzeby wędrówki. Nie są zmuszeni do krucjat głodowych. Do ćwiczenia i podtrzymywania tradycyjnych zdolności Roma – muzykalności i akrobatyki. Pierwszy raz na twarzy Roma zobaczyłem wyraz dumy, gdy opowiada mi o tym, że kiedyś karawany zatrzymywały się, bawiły stałych osadników, którzy im płacili. A kiedy jedni i drudzy mieli już siebie dość – Romowie odjeżdżali. Kiedyś nas lubili, dziś nienawidzą. Słowacy karmią euro ludzi, którzy nie umieją nic z nimi robić. To euro [przywilej socjalny] jest prawdziwa kastracją romskiej natury – mówi Emil, człowiek stworzony do drogi, który urodził się i umrze w Kolačkovie.

Jaka to ironia losu, że dziś wulkaniczne, wędrujące masy Cyganów zastygły za żelazną kurtyną, a prawdziwymi europejskimi wędrowcami są zamieszkujący teren naprzeciwko osady Słowacy. W Kolačkovie tylko dwa razy do roku poziom ludności tam zameldowanej osiąga wartość wymierną – w Wielkanoc i na Boże Narodzenie. Resztę czasu duża część Słowaków spędza zarabiając Euro za granicą: Szwajcaria, Austria, Holandia, Polska... Jest ciężko.

Dziś po pierwszych chatkach nie ma śladu. Dowiaduję się, że przyroda wystawia wioskę na wiele prób. Średnio dwa razy na dekadę przychodzi powódź, która całkowicie niszczy dolne budynki oraz poważnie uszkadza konstrukcję innych (przez obsuwający się grunt). Robi znak krzyża i mówi, że ostatnimi lata rzeka jest spokojna. Niecałe kilka lat temu miała miejsce epidemia żółtaczki (nikt dokładnie nie pamięta co kiedy się działo – mało co świadczy tutaj o rzeczywistej linearności upływu czasu). Mówi się, że nuklearną apokalipsę przeżyją jedynie Keith Richards i karaluchy. Jestem pewny, że można do nich doliczyć Romów.

Pod domem sołtysa zbierają się tubylcy. Wśród tłumu gapiów panuje atmosfera doniosłego oczekiwania. Co najmniej jakbyśmy finalizowali w środku umowę budowy kurortu z kasynem, albo podejmowali decyzję o secesji wioski od Słowacji.

Miałem dziwne wrażenie, że w jednym momencie z wylewnego gospodarza Emil zamienił się w osobę przesłuchiwaną przez opiekę socjalną. Co chwilę wyglądał przez okno. Jakby zaraz miały podjechać ciężarówki i – w zależności od tego co powie – ześlą na lżejszą lub cięższą katorgę.

Pytam się, czy Słowacy nie dyskryminują ludności romskiej. Nie dyskryminują. Czy istnieją podziały w szkołach? Nie istnieją. Czy zdarzają się przypadki kazirodztwa? Nie zdarzają. Gracie w wiosce swoją muzykę? Hej, gramy (przez ten czas powinna tu była wyrosnąć jakaś kapela jak u Kusturicy – nic z tych rzeczy).

Poczułem się nieswojo i, dziękując za kurczaka, wyszedłem z tej niepewnie stojącej na kamyczkach 3-pokojowej chatki-szafy.

Domyślam się, że przyczyną dyplomatycznego niesmaku na moim brunchu u sołtysa był stary Rom, wzniecający niepokój przez złowrogie wymachiwanie palcami w moim kierunku i rzucanie przekleństw w języku romani. Wyglądał jak gałka lodów czekoladowych ze zrośniętymi brwiami, która od wczesnej młodości paliła trzy paczki jugosłowiańskich fajek dziennie.

Pan kakao zaczął grozić, że rozpierdoli mi aparat, wybije mi zęby i tak dalej. Na nic nie pomagało podawanie się za dobrego człowieka, robiącego artykuł o jego cudownej wiosce i jej zaczarowanych mieszkańcach. Kazał mi wypierdalać. Chyba nawet Nikola przestała mi ufać. A zawsze jeździła z przodu...

Podziękowałem Jarowi i Emilowi za gościnę. Mocno ściskałem dłonie chłopakom spotykanym po drodze. Z bólem serca żegnałem dzieci. Od teraz na wszystkie polskie dzieci, leniwie bawiące się na placach zabaw, będę patrzył niczym na grupkę starszych ludzi, którzy zabłądzili w drodze do sklepu z balkonikami do chodzenia.

13:40

Wyjeżdżam spod cygańskiej osady na końcu wsi Kolačkov.

14:05

Stara Lubowna. Zamówiłem piwo, popiłem wódką.

Mam mętne myśli.

Drogowskaz na Nowy Sącz. Jadę w kierunku świata reklam, od których dostaję oczopląsu. Do świata Żabek i Biedronek – kapliczek polskiej przedsiębiorczości pod wezwaniem planu Balcerowicza. Mieliście kiedyś ochotę ucałować pierwszą sprzedawczynię w Biedronce?

Myślę, że zawsze może być gorzej. Zawsze mogłem urodzić się i umrzeć w Starej, biednej Lubowlej.

Jednocześnie układam sobie w kalendarzu najbliższy termin na powrót do osady.

Od autora: Za pomoc w napisaniu artykułu pragnę ogromnie podziękować Caritasowi Archidiecezji Warszawskiej. Bez pomocy materialnej z jego strony stworzenie tekstu byłoby bardzo utrudnione, jeśli nie niemożliwe