FYI.

This story is over 5 years old.

Varials

​Z alkoholu powstałeś i w alkohol się obrócisz

Dorosłe Dzieci Alkoholików (DDA) to osoby, których dzieciństwo pachniało alkoholem. Miałam może 7 lat, kiedy w domu codziennie przesiadywali nowi wujkowie i ciocie
13 Maj 2015, 11:34am

Zdjęcie: Flickr/Jannete Mark

Wspomnienia z dzieciństwa są chyba najtrwalszymi, jakie w sobie kodujemy. Te najwcześniejsze bywają nawet bardziej wyraźne niż niektóre weekendowe. Może to przez beztroski okres, który kojarzy nam się z totalną labą i swobodą, jest w tym najpiękniejszy i zakładam, że wszyscy dzisiaj żałujemy, że będąc dziećmi, tak bardzo chcieliśmy być dorośli, mieć pracę i rodzinę. Marzenie się spełniło. Tak jakby.

Niestety, nie dla wszystkich ten dziecięcy okres był hojny i słodki. Myślę teraz o ludziach, których wychowano w innych warunkach, niż zabawki zza oceanu, rodzinne obiadki i rowerki na komunię. Dorosłe Dzieci Alkoholików (DDA) to osoby, których dzieciństwo pachniało alkoholem wszelakiej maści. Nie chodzi tutaj o wódkę w butelce zamiast mleka, ale o butelkę wódki w rękach rodziców — albo przynajmniej jednego z nich. Z zewnątrz wszystko wygląda całkowicie normalnie, ale jeśli zajrzysz do środka, zobaczysz tę przykrą, inną rzeczywistość. Bo nie wszystkie rodziny muszą być patologiczne, żeby stale towarzyszył im alkohol.

Dzieci alkoholików mają coś, co łączy je wszystkie. Cechy charakteru, które nabrały w efekcie trudnego dzieciństwa i zdarzeń wywołanych przez problemy rodziców. Nie były doceniane wystarczająco, nie dostawały odpowiedniej dawki miłości, bo starzy kochali jedynie picie. Ciągle pod wpływem, na klinach, całe życie zamazane.

Cech, które charakteryzują DDA, jest naprawdę wiele. Przede wszystkim brak odpowiedzialności ze strony opiekunów, skutkuje u nich nadopiekuńczością, przez którą najczęściej cierpią ich własne dzieciaki. Jednak są takie przypadki, w których DDA idą w ślady swoich rodziców, bo są za słabe i nie chcą walczyć – bo nikt ich nie nauczył, jak mają to robić.

Jestem córką alkoholika, który swoją przygodę z piciem zaczął w młodości. Moja matka jest córką alkoholika, który swoją zaczął po wojnie. Mama wiedziała, w co się pakuje, wiedziała, że ojciec pije i dużo imprezuje, ale ona tego chciała, bo potrzebowała się o kogoś zatroszczyć. Zapamiętała, że jej matka też się opiekowała swoim mężem, więc też postanowiła sprostać swojemu wyzwaniu.

Pamiętam, jak kiedyś wyjechała do Moskwy i przez trzy tygodnie byłam sama z tatą. Miałam wtedy nadzieję na jakieś quality time, ale nic bardziej mylnego, bo takim osobom do szczęścia potrzebny jest jedynie alkohol, nie córka.

Miałam może 7 lat, w domu codziennie przesiadywali nowi wujkowie i ciocie. Byli dla mnie bardzo mili. Pamiętam, że dużo się śmiali — tylko w nocy było głośno i czasem się ktoś pobił. Rano tata wysyłał mnie do sklepu osiedlowego. Dawał mi pieniądze, listę zakupów, torbę papierową i karteczkę. Starczało na bułki, czasem, jak się ładnie uśmiechnęłam, mogłam na śniadanie zjeść batona czekoladowego.

Zdjęcie: Flickr/Ano Lobb

Na karteczce pisał oświadczenie, że mogę mu kupić jego apteczkę: Gin Hendriksa, Gorzką Żołądkową i Marlboro czerwone. Pani zawsze ładnie wszystko mi pakowała w papier, a ja wesoło wracałam do domu na rodzinny pierwszy posiłek. Jednego poranka postanowiłam założyć szpilki mojej matki, hajs na zakupy wsadziłam w stanik wielkości mojej głowy i poszłam po prowiant. Jak dotarłam do sklepu, okazało się, że pieniędzy nie ma, a obcas w ulubionych butach mamy się złamał. Po powrocie z pustymi rękami dostałam pasem po dupie i przez cały dzień chodziłam głodna.

To było lato, kiedy tata kupił sobie pomarańczowego ogórka — ten samochód, a ja za bycie grzeczną dziewczynką dostałam dwa małe kotki — zapakowane w wiklinowy koszyk. W gratisie dał mi też jakąś tanią kocią karmę. Wtedy wpadli koledzy taty, przywieźli wino, trzeba było oblać taki zakup. Wpakowaliśmy się do vana i pojechaliśmy na wycieczkę. W drodze tata wyciągnął karabin na kulki i radośnie strzelał do przechodniów, wykrzykując przy tym jakieś anarchistyczne hasła. Mój ojciec do dzisiaj jest anarchistą, to jego religia. Ostatnio nawet zapytałam go, na kogo odda swój głos w wyborach, ale odpowiedział, że niepotrzebny mu prezydent. Nigdy jeszcze nie zagłosował. O to kłócić się nie będę.

Wracając jednak do tego vana i ostrzeliwania ludzi na ulicy — dojechaliśmy do domu mojej bliskiej koleżanki, w którym ojciec zostawił mnie na jedną noc. Tylko że chyba wtedy o mnie zapomniał, bo odebrał mnie po trzech dniach. Koty zasrały swój cały koszyk i zdążyły już zadrapać każdy kawałek mojego małego ciała.

Teraz wydaję mi się to dziwne, ale ja tych kotów nienawidziłam. Małe, zapchlone, śmierdzące i w dodatku obsrane. Podrapały mnie tak, że trafiłam do szpitala, gdzie zdiagnozowali u mnie chorobę kociego pazura. Nie kłamię. W szpitalu przynajmniej było fajnie. Dostałam tam głupiego jasia i odwiedzał mnie dziadek, który przynosił mi Mieszankę Krakowską. Raz też przyszedł do mnie ojciec i coś tam pokrzyczał na pielęgniarki, że poduszkę mam nie taką jak trzeba oraz dlaczego położyli mnie z pięciolatkiem chorym na raka i z poparzoną dziewczynką. Tyle go widziałam w tym szpitalu.

To chyba jedyne wyraźne wspomnienia z tego dziwnego okresu. Więcej chyba nie chciałam sobie zakodować. Może działo się więcej i zrozumiem to dopiero za jakiś czas. Na razie mogę jedynie powiedzieć, że tak jak moja mama, jestem Dorosłym Dzieckiem Alkoholika. Jedynaczka od pijaczka.

Zdjęcie: Flickr/daniellehelm

Moja mama natomiast posiada właśnie te cechy przeciwne: nadopiekuńcza, skryta, cicha, perfekcjonistka. Dlatego postanowiła się leczyć, bo jej problemy wpływały na całą naszą nową rodzinę. Uczęszcza na terapię i przechodzi przez program dwunastu kroków, który jak na razie niewiele jej daje.

Te dwanaście kroków można porównać do przykazań albo prawa harcerskiego. Wypunktowane jest, jak należy postępować, krok po kroku, żeby zacząć normalnie żyć. Odciąć się od przeszłości, stawiać siebie na pierwszym miejscu i pomagać innym. Pierwszy z nich to przyznanie się przed samym sobą o swojej bezsilności, o braku kontroli nad swoim życiem. Kolejne to Bóg, pomoc innym i zadośćuczynienie wobec osób, które na naszej drodze krzywdziliśmy. Moja mama jest na kroku czwartym, więc można powiedzieć, że dopiero raczkuje. Sama mówi, że niechętnie chodzi na meetingi, bo nie widzi efektów.

DDA mają też swoje fora, zloty i spotkania, na których dzielą się między sobą swoimi problemami, czy wspomnieniami, nad którymi wspólnie snują jakieś dziwne teorie i doszukują się w nich drugiego dna.

Ja niestety odziedziczyłam w genach więcej z ojca niż matki. Po rozstaniu moich rodziców zaczęłam świrować i zmieniać siebie i swoje życie o 360 stopni. Nie potrafiłam siebie zaakceptować, a całe zło było przeze mnie. Przynajmniej tak wtedy myślałam.

Zaczęłam od problemów psychicznych i to ciągnęło się najdłużej. Najpierw przestałam jeść, wpadłam w anoreksje, później jak stwierdziłam, że jedzenie jest spoko, wpadłam w bulimię i kilka razy lądowałam na CITO. Na szczęście z wiekiem priorytety nieco mi się pozmieniały i może trochę dojrzałam. Jak już wszyscy myśleli, że znowu jestem normalna — nagle posmutniałam, bo nie chciałam być, jak cała reszta. Pragnęłam być inna, doceniona, zauważona. Depresja, próby samobójcze i psychiatryki stały się moją codziennością. Chyba dopiero po poznaniu wartościowych ludzi zaczęłam trochę inaczej patrzeć na siebie i na otaczającą mnie rzeczywistość. Zrozumiałam, że świat ani ludzie nie są wcale, aż tacy okropni.

Jednak w liceum zaczęłam nowy związek, podobny do relacji moich rodziców. Tyle że to ja brałam przykład z ojca.

Poznałam ludzi, z którymi piłam dobry alkohol i spędzałam ten upragniony i wyczekiwany quality time. Na początku tak niewinnie, w domu, przy stole — jak to robią dorośli. Co piątek we wspólnym gronie piliśmy wino, które kradliśmy z barków naszych starych i paliliśmy trawkę.

Słuchaliśmy jazzu i rozmawialiśmy o życiu, a czasem nawet o polityce. Bawiliśmy się tak w dorosłych przez jakiś czas, ale niedługi, bo w pewnym momencie każdy obrał inne kierunki. Podzieliły nas poglądy, wzorce i wartości.

Zostałam sama, bez żadnych konstruktywnych planów na przyszłość, oddalona od rodziny i bez świadomości samej siebie. To przykre poczucie pustki nie dawało mi spokoju i chciałam je czymś wypełnić, czymś, co zastąpiłoby mi wszystkie te rzeczy, których nie potrafiłam w sobie odnaleźć.

Zdjęcie: Flickr/Kayla Kandzorra

Najprostszym i najbardziej skutecznym wyjściem z tej sytuacji były oczywiście imprezy, alkohol i wieczny kac. Mieszkając z matką DDA nie dało się uniknąć awantur i utraty zaufania. Ona wie wszystko. Wie, kiedy jej córka pije, wie to nawet po sposobie zamykania drzwi na klucz, po tym, jak ściągam płaszcz i co jadam na śniadanie.

Moja znajoma też mówi o sobie Dziecko Alkoholika. Przy czym jest najbardziej troskliwą i dobroduszną osobą, jaką do tej pory poznałam oraz jedną z najsmutniejszych i zakompleksionych. Wszystko przez traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa, których z pewnością jest więcej, niż tych miłych i beztroskich.

Mówi się, że wszystkie złe rzeczy kiedyś do ciebie wracają, ale grzechy alkoholików spadają na kolejne pokolenia, które nie zawsze są gotowe na pokutę za nieswoje błędy. Dlatego jesteśmy zwykłymi, zagubionymi i nieszczęśliwymi Dorosłymi Dziećmi Alkoholików. Żyjemy z tym, jak ze znamieniem lub blizną, której cholernie ciężko się pozbyć. Ale cały czas próbujemy.