FYI.

This story is over 5 years old.

The Mercy Rule

Szefowie z piekła rodem

Wyobraź sobie, że jesteś w robocie i odbijasz coś na ksero. Podchodzi do ciebie przełożony – nie konkretnie twój, tylko wszystkich osób, z którymi pracujesz. Jest wściekły i taksuje wszystko wkoło szalonym wzrokiem, jego koszula od Jos. A. Banka jest...

Mike Rice nie jest szczególnie miłym człowiekiem.

Wyobraź sobie, że jesteś w robocie i odbijasz coś na ksero. Podchodzi do ciebie przełożony – nie konkretnie twój, tylko wszystkich osób, z którymi pracujesz. Jest wściekły i taksuje wszystko wkoło szalonym wzrokiem, jego koszula od Jos. A. Banka jest cała przepocona, a jego brwi nastroszone niczym brwi cierpiącej na zatwardzenie postaci z anime. Popycha cię mocno, po czym chwyta za fraki żebyś nie upadł. – Nie do wiary. Co za zjebane pedały tu pracują! Jak robisz ksero to masz stać tutaj! – wrzeszczy, po czym przesuwa się 40 centymetrów na prawo i na odchodne klepie cię brutalnie w tył głowy. Po chwili jednak wraca i lży cię dalej; ponieważ jest od ciebie niższy, drobinki jego śliny lądują na spodzie twojego podbródka. – Tutaj, ty bezwartościowy [tu wstaw pejoratywny przymiotnik odnoszący się do reprezentowanej przez ciebie mniejszości etnicznej/kulturowej/seksualnej] skurwielu! Potrafisz to kurwa zapamiętać? – Kiwasz głową, że tak, na co on ciska w ciebie zszywaczem.

Reklama

Co robisz w takiej sytuacji? Podnosisz zszywacz i rzucasz nim w niego? Zwalniasz się? Zgłaszasz całą sprawę wyżej pomimo nieuniknionych konsekwencji – w najlepszym wypadku ostrzału kolejnymi zszywaczami i obryzgania śliną, a w najgorszym wyrzucenia z roboty? Czy po prostu zaczynasz unikać kontaktu wzrokowego z przełożonym i dolewać sobie wódy do kawy z automatu nalewanej do przygnębiającego małego plastikowego kubeczka, udając się przy tym na coś w rodzaju wewnętrznej emigracji? Ostateczna decyzja należy do ciebie; na szczęście jednak prawdopodobnie nigdy w życiu nie znajdziesz się w sytuacji, w której musiałbyś ją podejmować.

Jeśli na swoje nieszczęście pracujesz z ludźmi, u których choroba psychiczna o podłożu narcystycznym przejawiająca się niekontrolowanymi atakami szału uznawana jest nie tylko za rzecz absolutnie normalną, ale i za cechę ze wszech miar pożądaną – czyli z autorami piszącymi do ekskluzywnych magazynów dla mężczyzn lub trenerami koszykówki męskiej w poważnych rozgrywkach – wtedy masz naprawdę przerąbane. Natomiast jeśli jesteś po prostu fanem koszykówki, który zastanawia się jak to możliwe, że wśród trenerów tego sportu wciąż zdarzają się ziejące żółcią typy pokroju Mike’a Rice’a, czyli byłego już szkoleniowca drużyny Uniwersytetu Rutgersa (ostatnio widzianego na filmie, na którym znęca się psychicznie i fizycznie nad swoimi pozbawionymi chęci do życia, przegrywającymi mecz za meczem zawodnikami), to już zupełnie co innego.

Reklama

Sam Rice nie wydaje się być szczególnie skomplikowanym przypadkiem. To typowy hiper-ambitny dupek, który został trenerem koszykówki uniwersyteckiej i był wystarczająco cwany, by wkręcić się niemal na sam szczyt (Uniwersytet Rutgersa zatrudnił Rice’a po tym jak ten odniósł sukces z drużyną Uniwersytetu Roberta Morrisa). Praca na Uniwersytecie Rutgersa – gdzie notorycznie nie zauważał utalentowanych młodych koszykarzy z regionu i nie był w stanie wydobyć z podopiecznych niczego szczególnego mimo urządzania im scen rodem z Salò, czyli 120 dni Sodomy – obnażyła jego niedostatki trenerskie. Na filmie, który w ramach prywatnej zemsty wrzucił do sieci były pracownik uczelni, widać jak szkoleniowiec zamienia się w małego, szalonego tyrana, popychającego i obrażającego młodszych od siebie ludzi, nad którymi ma władzę, i którzy w związku z tym nie mogą mu oddać. Jak łatwo się domyślić, metody te nie przyniosły żadnych efektów poza wymuszeniem na zawodnikach podszytego strachem posłuszeństwa. Można powiedzieć, że Rice to nowe oblicze starego, wyjątkowo paskudnego zjawiska. To samo tyczyło się Uniwersytu  Rutgersa, w każdym razie do momentu, kiedy Rice’a w końcu zwolniono. To, czy zrobiono to o dzień, czy o trzy lata za późno, to osobna sprawa. Dyrektor ds. sportowych uczelni Tim Pernetti, czyli wiecznie zadowolony z siebie (mimo braku ku temu powodów) były członek zarządu jednej ze stacji telewizyjnych, który wygląda, jakby urwał się od Młodych Republikanów, po obejrzeniu filmu jeszcze w zeszłym sezonie zawiesił trenera raptem na trzy mecze. Miał zapewne na uwadze dobro drużyny, która zakończyła sezon z 12 porażkami na 15 rozegranych spotkań. On chyba również powinien polecieć.

Reklama

Oto jak potoczy się dalej życie Mike’a Rice’a: po koniecznym odpoczynku od pracy zawodowej i odbyciu kursu radzenia sobie ze złością, a także być może po przejściu na ewangelikanizm (to kwestia stylu, a przy okazji popularny ruch), zapewne powróci do trenerki. Zatrudni się na jakiejś małej uczelni i zacznie piąć się w górę. Być może uda mu się nawet poprowadzić zespół w mistrzostwach NCAA, do czego nawet nie zbliżył się podczas pracy na Uniwersytecie Rutgersa. Przed meczem konferansjer wspomni o tym, jak to „wszyscy pamiętamy” o pewnym incydencie z przeszłości Rice’a; następnie gładko przejdzie do jego nowego podejścia do zawodu i osiąganych przez niego sukcesach, po czym rozlegnie się gwizdek i wszystko wróci na stare tory.

Problem polega jednak na tym, że nie pamiętamy, i że czarni zawodnicy wciąż będą terroryzowani przez trenerów, w dużej mierze za sprawą obłudnych piczek w rodzaju Pernettiego i innych przedstawicieli władz koszykówki uniwersyteckiej, którzy nawet nie próbują ukrywać, jak bardzo podnieca ich ostry styl przywódczy preferowany przez Rice’a i jemu podobnych, choć bardziej skutecznych, trenerów. Obecny w koszykówce uniwersyteckiej kult trenera usprawiedliwia szereg głupich, a czasem wręcz paskudnych zachowań, jednak to właśnie zatrudnianie agresywnych dupków w rodzaju Rice’a i ciche przyzwalanie na stosowane przez nich metody, a także wynikające z lenistwa intelektualnego uwielbienie dla typów jego pokroju, którym los dał więcej talentu trenerskiego, stanowią najgorszy i największy grzech sportu uniwersyteckiego.

To, jak fani i komentatorzy przenoszą swoje uczucia na zawodników, jak ci zawodnicy są wynoszeni na piedestał lub z niego strącani – to wszystko sprawia, że postrzegamy ich jako kogoś więcej niż to kim są w rzeczywistości, a są wrażliwymi chłopakami, których stypendia zależą tak naprawdę od czyjegoś kaprysu. Trudno usprawiedliwić fakt, że nie dostają ani ułamka wytwarzanego przez nich przychodu, że nie są ubezpieczani na wypadek niekiedy strasznych, a zawsze drogich w leczeniu kontuzji, i że są wydawani na pastwę ludzi pokroju Mike’a Rice’a. Może warto dostrzec w nich młodych ludzi z siniakami od piłek, którymi ciskają w nich trenerzy, a nie ponumerowane jednostki koszykarskie oddające rzuty z półdystansu w przerwach między reklamami kart kredytowych i nowatorskich technologii DVR. Z pewnością nikt z nas nie chciałby pracować dla kogoś, kto traktowałby go tak jak Mike Rice swoich podopiecznych, a już zwłaszcza powierzyć komuś takiemu opieki nad swoimi dziećmi. Choć Rice narobił sporo złego, należą mu się podziękowania za obnażenie leżącego u fundamentu NCAA podłego oszustwa, czyli założenia, że z jakiegoś względu jesteśmy inni niż dzieciaki, które muszą mówić do kogoś takiego „szefie”.

Zobacz też:

Dałem szefowi po ryju
Zapiski starego frustrata