Międzynarodowy Dzień Kobiet

Gabi Drzewiecka: W polskiej muzyce jest coraz więcej kobiet z charakterem

Przyszła pora poszukać odpowiedzi na bardzo ważne pytanie: dlaczego fajnie jest być kobietą w branży muzycznej?

tekst Andrzej Cała; zdjęcia: Mikolaj Maluchnik
08 Marzec 2017, 9:37am

Zdjęcia: Mikołaj Maluchnik 

Głosu Gabi Drzewieckiej od lat możecie słuchać w Radiu Chilli Zet. Obecnie postanowiła skupić się już na coniedzielnej audycji autorskiej "Gabinet Dźwięku" i realizowaniu wywiadów dla "Dzień Dobry TVN", gdzie z kolei możecie ją regularnie oglądać. U nas, z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet, przeczytacie z kolei, jak ocenia rolę dam w przemyśle muzycznym, które artystki darzy szczególną sympatią i jak odbiera teksty panów, od których aż bucha testosteronem. 

Noisey: Spotykamy się w dość ciekawym momencie twojej dziennikarskiej kariery. Właśnie coś się kończy…
Gabi Drzewiecka: Tak, żegnam się z codzienną pracą w Chilli Zet. Chcę mieć więcej czasu na inne rzeczy, projekty i dłuższe godzenie tego wszystkiego nie miało sensu i racji bytu. Przez cztery lata siedziałam codziennie cztery godziny w audycji, która nie jest autorska. Wszystko zaczęło być aż za bardzo powtarzalne. Przychodzi taki moment, gdy chce się robić tylko rzeczy, na które ma się stuprocentowy wpływ i mi się to szczęśliwie udało.

To spora wygoda, można pozazdrościć.
Nie przeczę, zawsze o tym marzyłam. Bardzo się cieszę, że doszło do momentu, w którym mogę to robić i nie muszę rezygnować z fajnych rzeczy, które dawały mi zajawkę. Wcześniej było tak, że gdy zdarzały się wywiady poza Warszawą to musiałam żonglować - albo sama brać urlop, albo zmieniać dyżury i wchodzić za kogoś na zastępstwo. Zaczynała się praca od rana do nocy i czasem ledwo widziałam na oczy. To nie wpływa korzystnie też na samą jakość pracy.

No to krótkie przedstawienie gościa mamy za sobą (śmiech). Porozmawiamy o tym, co masz okazję już od dawna obserwować od środka - po prostu o muzyce, środowisku, z naciskiem rzecz jasna na płeć piękną. Uważasz, że rola kobiet, ich udział w polskiej muzyce rośnie z roku na rok? Czy to może jest bardziej zauważalne na poletku stylistycznym nam bliższym, bo przecież w latach 90. całą polską muzyką rządziły kobiety.
Zgadzam się i co najważniejsze zauważyłam to fakt, że jest coraz więcej miejsca dla charyzmatycznych kobiet. Takich, które nie są z plasteliny, nie dają się ulepić. Nagle się okazuje, że ludzie to kupują, szanują, doceniają, że weźmy za przykład chociażby Brodkę. Ona mogła sobie na to pozwolić po tym, jak wcześniej nagrywała albumy w zupełnie innym klimacie. Niezłe, brzmiące w pełni profesjonalnie, ale jednak czysto popowe.

Nie zapominajmy, że to dziewczyna, która z miejsca została wsadzona w kliszę "gwiazdki talent show telewizyjnego", co też - szczególnie te 10 lat temu - miało jednoznaczny wymiar.
Tak, pewna klisza była, ale też nie można powiedzieć, że to co ona robiła było siarą. Po prostu taki totalny mainstream i młoda dziewczyna, która poszukiwała swojej drogi, klimatu. I nagle się okazało, że interesuje ją - bardzo lubię to słowo (śmiech) - totalna awangarda. Ono świetnie opisuje to, co nie do końca zrozumiane. U Brodki cała ta jej nowa stylówka, zmiana też artystyczna, komponuje się w świetną, oryginalną całość. Część osób to kupiło, część nie za bardzo, ale to już nie problem świadomej artystki, idącej własnej drogą. I takich dziewczyn jest coraz więcej, co bardzo cieszy.

Wydaje mi się, że jest na to coraz więcej miejsca na rynku. Na kobiety, które mówią to, co chcą, same sobie wytyczają kierunek. I coraz więcej im się wybacza, chociaż czasami jest to okupione jakimś mini skandalem. Tylko czy dla branży, nas w środku, cokolwiek z tego jeszcze jest skandalizujące?

Ja mam wrażenie, że te czasy, gdy skandalami można było zaistnieć w mediach innych niż plotkarskie, są już za nami. Że muzyka i sztuka idą innymi drogami.
Pytanie przy tym, co dzisiaj jest skandalem? Czy to, że ktoś pokaże dupę, czy ktoś powie, że dokonał aborcji? Ta granica się przesuwa. Pytanie - co już zostało powiedziane, a co jeszcze nie zostało powiedziane? Skłaniam się ku temu, że wszystko już zostało powiedziane i gdy ktoś dziś w ten sposób chce się promować, skandalem, to jest już tylko odgrzewany kotlet. Chylińska już krzyknęła nauczycielom "fuck off" i od tego czasu wszystko już jakoś straciło na sile (śmiech).

O kurde, a to było ponad 20 lat temu! Wtedy to jakoś człowieka ruszyło.
Dzisiaj pewnie by przeszło bez większego echa. Ale wtedy się z nią utożsamiałam, uważałam, że to było takie fajne (śmiech).

Chłopcy wtedy utożsamiali się z raperami. Pewnie tak jest do dziś. No i tym sposobem, naturalnie przechodzimy do kolejnego tematu. Rap i kobiety. Te, które zajmują się rapowaniem, to często panie totalnie frywolne, wulgarne, często same nazywające się sukami. Czy ciebie, jako kobietę, to jakkolwiek dotyka, odpycha, czy też dostrzegasz w tym pewną kreację, pozę?
Mnie mało rzeczy rusza i jakoś bulwersuje. Natomiast inną kwestią jest, czy się z tym utożsamiam i czy sama bym tak zrobiła. W tym przypadku nie, nie zrobiłabym tego. Na pewno nie byłabym taką Lil' Kim, bo dla mnie jest odpychająca i zawsze wydawała się totalnie wulgarna. Natomiast jej piosenki lubiłam zawsze, nawet bardzo. Nie utożsamiałam się, ale słuchać? Pewnie, jak najbardziej.

Warto też podkreślić, że te wulgarne i wyzwolone raperki często obalały pewną hipokryzję wskazując, że gdy raper opowiada o tym, ile ma lasek, uważany jest za bohatera, a gdy one rapują o partnerach to są obrażane. I takich przykładów by można wymienić kilka.

Ale wracając do samego pytania - nie mam problemu z muzyką, z której treściami się nie utożsamiam. Uwielbiałam słuchać Marilyna Mansona, ale czy umówiłabym się z nim? No nie, gdzie tam (śmiech)!

Te treści dotyczą jednak tylko kobiecego rapu ze Stanów, u nas w zasadzie w ogóle się nie pojawiają. Kobiety są inne, mniej wyzwolone, a może po prostu wszystko determinują pewne różnice i bariery kulturowe?
No są, ale zacznijmy od tego, że w Polsce gdy dziewczyna chciała rapować to za co ją mieli?

No do garów, dziewczyna w hip-hopie to tylko na backstage'u albo w hotelu po koncercie, dla towarzystwa.
Więc właśnie. Albo jeszcze w ten sposób - dziewczyna chce rapować? Ty idź sobie pośpiewaj popowe piosenki, a nie udawaj, że jesteś facetem. W Stanach tak nie jest. Tych rapujących dziewczyn jest od cholery i coraz częściej ich rola w duetach się zmienia, bo kiedyś faceci rapowali, a one były od chórków, a teraz laski świetnie nawiją, a kolesie dokładają śpiew. I nikt w tym nie widzi nic złego, takie numery są bardzo popularne.

Nie wiem w sumie też, jak to opisać, ale często polskie raperki za bardzo próbowały wsadzić się w męskie spodnie. Takie miałam wrażenie.

Kobiety w muzyce to temat rzeka. Z jednej strony Erykah Badu - królowa zmysłowości, wiedzy, nauczycielka. Tuż obok niej słodkie dziewczyny, cukierki. Jeszcze obok girlsbandy, często tworzone na zasadzie scenicznej symbiozy przeróżnych charakterów. Do których tobie jest najbliżej?
Jako odbiorczyni jednak je rozróżniam. Erykah jest dla mnie królową kompletną. Jej muzyka i przesłanie są tak fantastyczne, że nie musi się przebierać, pajacować, krzyczeć, by ktoś ją dostrzegł. Ona w tej prostocie docierała do mas. Dalej jest Jill Scott, która nie jest może sexy, ale to jak śpiewa jest bardzo sexy, przyprawia o ciarki.

Z drugiej strony są te wszystkie plastikowe gwiazdki popowe, produkty. I co, nie masz w swoim życiu guilty pleasures? Masz, każdy ma. Ja uwielbiałam Christinę Aguilerę, "Genie In A Bottle" do dziś robi mi dobrze (śmiech). I co by nie mówić, to produkcyjnie był bardzo dobry kawałek.

No a gdzieś jeszcze dalej jest Beyoncé, która jest absolutnie wszystkim w jednym. Wokal, produkcja, niesamowite show sceniczne. Ta kobieta jest popem, jest muzyką. A czy to jest w pełni autentyczne? Nie wiem, na pewno jest niesamowite.

Tu w ogóle ciekawy jest wątek rodzinny, bo Bey to jedno, a wygląda na to, że w końcu w pełni skrzydła rozwinęła Solange!
No właśnie! I one są niby w tej samej półeczce muzycznej, są przyjaciółkami, a jak inaczej podchodzą do tego wszystkiego. Solange stoi na uboczu, bliżej jej do Badu właśnie. A Beyoncé to jednoosobowe przedsiębiorstwo. Chyba nie ma na dziś drugiej takiej osoby w branży muzycznej. No i ostatnio obie zgarnęły Grammy, wróciły do domu ze statuetkami. Wszystko zostało w rodzinie.

Ale jeszcze wracając na sekundę do tego, kto jest produktem, czego słucham, to dla mnie świetnym przykładem jest Lana Del Rey. Ona wcześniej jako Lizzy Grant w ogóle się nie przebiła, była totalnie na uboczu. Dopiero nowa kreacja, mistyka, przearanżowanie jej postaci w stu procentach, sprzedało się totalnie. I ok, może to nie jest muzyka odkrywcza, często robiona jest na jedno kopyto, zawsze wiadomo, czego można się spodziewać, ale ja pomimo tego ją kupuję. Nie wiem czy ona umie śpiewać tak do końca, wiadomo jak to w tych czasach w przemyśle fonograficznym bywa (śmiech), ale nie przeszkadza mi to. Jej kreacja, postać, to jakim jest swoistym produktem aktorskim, zyskało mój szacunek.

Tak samo uważam, że nie można skreślać osób, które nie piszą sobie tekstów, korzystają z pomocy całego sztabu przy nagrywaniu muzyki. Bo z jednej strony mają swoich odbiorców, a z drugiej dają też zarobić całej masie osób, które stoją gdzieś w ósmym szeregu.

Mnie ciekawiło zawsze to, czy kobietom w odbiorze hip-hopu nie przeszkadza to, co u raperów tak często dominuje w tekstach - przedmiotowe traktowanie kobiet, mizoginia, szowinizm? A może to takie trochę właśnie guilty pleasure i dziewczynom to wcale nie przeszkadza?
(śmiech) No jest trochę, co mam powiedzieć? Inaczej tego by od lat nie było, bo gdy coś nie trafia na podatny grunt wśród odbiorców, z czasem przepada. Mnie nadmiar irytuje, ale przyznam, że podchodzę do tego z przymróżeniem oka, nie odbieram tego osobiście. Natomiast reszta niech pozostanie w strefie niedopowiedzianej.

Dobrze, niech zostanie. Ok, było o innych, teraz trochę o tobie, ale też oczywiście przez pryzmat pewnego zjawiska, stereotypów. Co zmienia uroda w zawodzie dziennikarki? Czy osobie urodziwej jest tak po prostu łatwiej, czy nic z tego?
Rozumiem, że zakładamy, że jestem ładną dziennikarką (śmiech). Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Z perspektywy mojej kariery zauważyłam, że kiedyś było mi trudniej. Niekoniecznie dlatego, że ktoś uważa mnie za ładną, ale widzi we mnie lalkę. Umalowana, zrobiona lalka - tak, mam wrażenie, wiele osób mnie oceniało. I przez to jeszcze bardziej starałam się wykazać, wzbudzić szacunek swoją pracą, żeby te osoby dostrzegły, że mam też coś do powiedzenia.

Tutaj zresztą mogę wspomnieć coś, co spotkało mnie na studiach, bo to było bardzo… ciekawe. Skończyłam psychologię po angielsku, a po jednym z egzaminów profesor powiedział, co totalnie mnie zatkało - "o, okazało się, że masz nie tylko ładną twarz, ale i coś do powiedzenia". Zamurowało mnie. Zrobiłam aferę, wydarłam się, kompletnie wytrąciło mnie to z równowagi.

Wracając zaś do sytuacji zawodowej - na początku starałam się jak najmocniej wykazać, za wszelką cenę udowodnić hej, ja naprawdę wiem, po co tutaj jestem. Z każdym wywiadem, czy to polskim, czy zagranicznym, nabierałam coraz większego przekonania, że ludzie wiedzą, kto do nich przychodzi i że jest to osoba przygotowana do rozmowy, pytająca o w miarę fajne rzeczy. A jeśli ta uroda pomaga to być może przy zagranicznych wywiadach, bardziej niż polskich. Takie mam przynajmniej wrażenie.

Z pewnymi stereotypami i kliszami najłatwiej walczyć chyba ignorowaniem zaczepek i ciężką pracą. Teraz pracujesz już nad autorską audycją, a o to nie jest łatwo w dużych, popularnych rozgłośniach. Ale pewnie kilka razy byli artyści, którzy raczej średnio zwracali uwagi na to, o co ich pytałaś.
Zdarzyło się, owszem. Natomiast nabrałam w sobie już trochę takiego charakterku, by postawić im się. Bo czasem można niewłaściwie ocenić podejście drugiej osoby. Mi może się zdawać, że ktoś jest bucem i nie interesuje go to, jak przygotowałam się do rozmowy, tymczasem to po prostu skromna osoba, nie za bardzo umiejąca się w danej sytuacji odnaleźć. Bywają ludzie zawstydzeni. Czasem ktoś może mieć zły dzień i ja to rozumiem. Natomiast wszystko to kwestia podejścia tej drugiej osoby. Po prostu nie lubię niegrzecznych ludzi.

No i w dodatku teraz sama sobie możesz ich dobierać do audycji. Ciekawi mnie, czy kobiety mają u ciebie przewagę? Jest taka solidarność? Czy mając do wyboru - szybciej zaprosisz artystkę, która wydaje ci się po prostu fajna, żeby jej zwyczajnie pomóc czy być może bardziej utalentowanego faceta, ale no właśnie - faceta (śmiech).
Nie widzę u siebie takiego rozgraniczania. Natomiast ta solidarność jest czymś, nad czym bardzo mocno pracujemy. Kobiety są znacznie gorsze od facetów (śmiech), znacznie bardziej agresywne i wredne w stosunku do siebie. Wystarczy choćby spojrzeć na komentarze w internecie. "Ale ma krótkie nogi" - to co, ma sobie teraz strzelić w głowę, czy iść na operację wydłużania kości? Jak pójdzie to się będą czepiać, że jest sztuczna. Nie dogodzisz. My nad tą solidarnością pracujemy i jest zdecydowanie coraz lepiej. W całym polskim showbiznesie, którego muzyka jest częścią, jest coraz więcej naprawdę fajnych kobiet, które pozwalają sobie na to, żeby lubić inne kobiety i to pokazywać.

Dlaczego fajnie jest być kobietą w branży muzycznej?
To jest bardzo ciężkie pytanie. Nie wiem, szczerze mówiąc, czy potrafię na nie odpowiedzieć. Może fajne jest to, że nie ma aż tak wielu kobiet? Że to stanowisko raczej zarezerwowane dla facetów? Myśląc dziennikarz muzyczny, mówi się mężczyzna. Facet jest bardziej wiarygodny, łatwiej mu się zwierzą, bo nie ma tej wymalowanej dupy czy obcisłej kiecki. I może fajne jest to przełamywanie barier. Hmm, w sumie tak, to jest fajne (śmiech).

No to powoli zbliżając się do finiszu, pomówmy o polskich artystkach młodego pokolenia, którym wróżysz większą karierę? Kogo zdaniem Gabi Drzewieckiej warto wziąć w tym roku pod lupę?
Na pewno bardzo ciekawą postacią jest Ania Kłys. Wrzuciła się na głęboką wodę, ponieważ sama zdecydowała się być sobie wydawcą, dbać o promocję, a to dla osób bez większego doświadczenia w branży jest naprawdę duże wyzwanie. Ona powoli się przebija, była nominowana do nagrody przez wrocławski oddział "Gazety Wyborczej".

Funkująca i nieszablonowa, to na pewno.
Tak - to ona. Trzymam kciuki. Podobnie jak za Martinę M., która jesienią wydał album, naprawdę udany, ale trochę niedostrzeżony. Może teraz pójdzie jej lepiej, bo koncertuje u boku Tego Typa Mesa, pojawia się częściej w różnych miejscach. Taki impuls na pewno jej się przyda.

Trzymam oczywiście bardzo mocno kciuki za Rosalie. To jest dziewczyna, która może rozwalić ten rok.

No wejście zaliczyła na scenę bardzo mocne. W zasadzie to 2016 rok był dla niej czasem rozpędu, teraz jest już na autostradzie do dużej kariery. Mało kto tak fajnie u nas łączy elektronikę i kwaśne r&b. Zmysłowo, ale i przebojowo.
Jest hype i pozostaje nam liczyć, że przełoży się on w coś dużego. Mi się podoba to, jak ona czuje muzykę. Czegoś takiego wcześniej nie było. Jej głos jest nienachalny, muślinowy i mi się to bardzo podoba.

Lecimy dalej. Wiadomo, że gdy będzie płyta którejś z sióstr Przybysz, to zamieszają na maksa. To pewniaki. Podobnie chyba jak SONAR, który gdzieś tam się szlifuje.
I na pewno SONAR będzie fajny! Projekt odchodzi od takich trochę trip-hopowych rejonów w bardziej elektroniczną stronę, co ma swoje plusy i minusy, ale na Lenę na pewno warto mieć oko. Świetnie sobie poradziła na debiucie, to duży talent. I to będzie dziewczyna, o której będzie głośno, tylko też musi pokazać się trochę szerzej, wyjść poza SONAR, zaśpiewać gdzieś gościnnie.

Hmm, myślę, kogo tu jeszcze wspomnieć… Melika - przypomniałam sobie! Niedawno ją poznałam, zapisała na koncie ze swoim zespołem bardzo fajną epkę. Stylistycznie przypomina mi trochę Banks, ma w sobie coś intrygująco-niepokojącego, czym porywa.

A chyba najfajniej jest, jak nieoczekiwanie, bez żadnej zapowiedzi, natrafiamy na mailu czy gdzieś grzebiąc w internecie na kogoś, o czyim istnieniu nie mieliśmy pojęcia. I takich odkryć ci życzę najwięcej na ten rok.