Mastodon - Emperor of Sand
Recenzje

Mastodon - Emperor of Sand

Mastodon jest jak kalejdoskop oglądany na kwasie - gwarantuje całą paletę wrażeń i kolorowy trip.
23.5.17

Cały czas mam wrażenie, że Mastodon nie jest kapelą tak rozpoznawalną i docenioną, jak wskazywałby na to ich potencjał. I choć trafiają na siódme, najwyższe w swojej historii, miejsce w zestawieniu Billboardu 200, a każdy (teoretycznie) świadomy słuchacz powinien od razu skojarzyć tę nazwę, to mimo wszystko szału nie ma. Teledysk promujący najnowszy materiał grupy ma na YouTube zaledwie nieco ponad milion odsłon, a wbicie tego wydawnictwa wyżej niż do trzeciej dziesiątki OLiS wydaje się równie prawdopodobne, co Polska stająca się koszykarską potęgą. Podsumujmy zatem fakty - jest wiosna roku pańskiego 2017, autorzy "Leviathana" i "Once More Round the Sun" właśnie wydali siódmy studyjny krążek - "Emperor of Sand" - a na Liście Przebojów Trójki królują Deep Purple, Depeche Mode i Roger Waters…

Reklama

Geneza powstania tego materiału od początku mogła zwiastować mało optymistyczne efekty. W 2015 roku wakacyjna trasa Mastodona została odwołana, ponieważ żona śpiewającego basisty - Troya Sandersa - zachorowała na raka piersi. I właśnie walka z chorobą, choć podana w zawoalowany, typowy dla składu z Atlanty sposób, stała się kanwą ich najnowszego albumu. W wywiadzie dla Rolling Stone Brann Dailor (skromnym zdaniem niżej podpisanego - jeden z najciekawszych i najbardziej oryginalnych bębniarzy we współczesnym gitarowym graniu) opisał próby przelania takiej ciężkiej tematyki na papier i podkreślił, jak dużą inspiracją przy tworzeniu ostatnich utworów grupy były spostrzeżenia dotyczące czasu, który dostaliśmy na ziemi. Oczywiście panowie z Mastodona nagle nie zaczęli nagle śpiewać wprost o chemioterapii, szpitalach i absurdach NFZ - na próżno szukać na "Emperor of Sand" dosłowności i oczywistości a teksty opowiadające o historii skazanego przez władcę pustyni na śmierć, który błąka się po pustkowiach, są oczywistą alegorią choroby nowotworowej.

Płytę otwiera singlowe "Sultan's Curse" i od razu wiadomo, że przez trzy lata od wydania ostatniego "Once More Round the Sun" zespół nie próżnował, ale nie zaordynował też żadnej rewolucji. Da się zauważyć jakby większą przystępność mocno połamanych dźwięków, choć przecież i przy poprzedzającym "Emperor of Sand" albumie można było potupać (vide "The Motherload"). "Show Yourself" wjeżdża jak rozpędzony dzik w żołędzie. To typowy (choć dla Mastodona zdecydowanie nietypowa opcja) singiel z hitowym potencjałem i radiową długością trwania. Nic dziwnego, że to właśnie do niego powstał promujący album klip. Niesamowicie zaintrygować może żonglujące emocjami "Roots Remain" (solówka może kojarzyć się z tytułowym numerem z "Crack The Skye"). Mówienie o tradycji nie musi być zresztą w tym przypadku specjalną hiperbolą - skojarzenia często nasuwają się same, słyszalne są echa wcześniejszych utworów. Brzmienie jest gęste a momenty rozpędzenia przypominają depnięcie w F430. Czasami jest duszno (końcówka "Scorpion Breath"), innym razem panowie pozwalają na chwile wytchnienia (refren "Precious Stones"). Spokojne, akustyczne intro "Jaguar God" i jego zakończenie dotykają przecież dwóch biegunów - jak inaczej zestawić w tym utworze chociażby wokale Brenta i Troya. Ale są też fragmenty, których (delikatnie mówiąc) nie jestem entuzjastą - jak żywcem wyjęte z list przebojów wersy w "Ancient Kingdom" czy w słodkawo brzmiące zwrotki "Steambreather". Jednak niepokojąca, brzmiąca jak nieślubne dziecko Mars Volty i Dillinger Escape Plan końcówka "Andromedy" czy kosmiczny spacerek w trzeciej minucie "Clandestiny" zamazują te drobne minusy.

Reklama

Gitary Hindsa i Kellihera momentami mogą kojarzyć się z rozpędzonym pociągiem (charakterystyczne rozedrgane riffy), innym razem rzucają intrygujące plamy dźwięku na płótno przygotowane przez sekcję. Gdzieniegdzie pobrzmiewają przebłyski orientu; wschodnie klimaty były zresztą grane przecież już wcześniej - dowodem tego jest chociażby jeden z moich ulubionych w całej dyskografii grupy "The Czar" z "Crack The Skye". Brann Dailor niezwykle umiejętnie przesuwa brzmienie swojej perkusji w stronę instrumentu solowego - na próżno jednak szukać tu bezsensownego samogwałtu nad własną techniką. Trójgłos Sanders - Dailor - Hinds standardowo brzmi niezwykle spójnie; ich wokale pomimo różnic w ekspresji uzupełniają się bardzo dobrze. Mastodon jest jak kalejdoskop oglądany na kwasie - gwarantuje całą paletę wrażeń i kolorowy trip. I chociaż "Emperor Of Sand" to najlżejsza jazda serwowana nam przez ten oryginalny kwartet, to wygenerowany przez nich pustynny pył zagnieżdża się przez uszy w głowie na dobre. Przystępność nie polega w tym przypadku na wyrachowanym piłowaniu zębów samych sobie; bardziej chodzi utrzymanie lekkości przy jednoczesnym zachowaniu sporej technicznej trudności piosenek. I w gruncie rzeczy faktycznie bywa spore fragmenty utworów są całkiem przystępne a ich długość w dużej mierze oscyluje w rozsądnych granicach czterech minut. Używając pewnego rodzaju uproszczenia, płyta pomimo wielu kontrastów jest zwarta gatunkowo i treściowo, co przecież od kilkunastu lat jest dla srogo podziaranej ekipy standardem.

Po raz kolejny powtórzyć można, że tradycja została zachowana - gościnnie i tym razem pojawia się stary, dobry znajomy - Scott Kelly z Neurosis, tym razem w egzotycznie rozpoczynającym się numerze "Scorpion Breath", który finalnie rozkręca się niczym zdmuchujące kolejne wioski tornado. Głosy gości (w "Andromedzie" jest jeszcze wściekły Kevin Sharp z Brutal Truth) spójnie wklejają się w koncepcję albumu. Warto też na chwilę powrócić do tematu niedosłowności tekstów. Symbolika może kojarzyć się właśnie z klimatami okołoneurosisowymi a apokaliptyczne obrazy malowane w piosenkach podkreślają pierwotną ciężkość tematyki tego (koncept) albumu. Tradycyjnie również niezwykle duży nacisk został położony na layout albumu. Okładka podana została w typowo mastodonowym stylu - jest pastelowa, psychodeliczna, nieco kiczowata.

Pomimo swoistej powagi i - bądź co bądź - ciężaru gatunkowego, daje się wyczuć brak pretensjonalnego metalowego zadęcia a podczas publicznych wystąpień i w wywiadach panowie udowadniają, że oprócz megaton pomysłów mają też sporo autodystansu. A czarny humor w teledysku do "Show Yourself" pokazuję, że nawet tak ciężki temat, jak walka ze śmiercią, można śmiało podjąć w wesołej konwencji. Z internetowej aktywności Sandersa można wywnioskować też, że jego żona wygrywa z Cesarzem Piasku - wygląda zatem na to, że historia miała happy end.

Po rozczarowaniu projektem Killer Be Killed, w którym Sadners połączył siły (między innymi) z Maxem Cavalerą i Gregiem Puciato śmiało można stwierdzić, że "Emperor of Sand" to dobry powrót do starych, sprawdzonych recept i rozwiązań z drobną dawką unowocześnień. Mastodon po raz kolejny potwierdził, że bezduszna etykietka metal (a szczególnie ta z epitetem progresywny) w ich przypadku jest co najmniej krzywdząca. Panowie wypracowali swój styl; to, czy jest to wypadkowa sludge'u, stonera, czy czegokolwiek innego - to już temat na inną dysksję. Solidna czwórka w szkolnej skali.