Agnieszka Holland
Agnieszka Holland. Fot. Zuza Krajewska. 
wywiad

Agnieszka Holland zdradza nam, czego teraz najbardziej się boi w Polsce

Rozmawiamy z Agnieszką Holland o serialu „1983” oraz o współczesnej Polsce

Oczekiwania były duże. 1983 to pierwszy polski serial platformy Netflix, osadzony w alternatywnej wizji rzeczywistości, w której w Polsce nigdy nie upadł komunizm. Jednak gdy 30 listopada ujrzał światło dzienne, reakcje widzów były dość bezlitosne. Niektórzy wręcz na przekór panującego hejtu, który z każdych stron sypał się na produkcję, próbowali zabłysnąć deklaracjami w stylu „a właśnie, że mi się podoba!”. W końcu głos zabrała jedna z reżyserek Agnieszka Holland (nad serialem pracowały również Kasia Adamik, Olga Chajdas i Agnieszka Smoczyńska), popełniając przy tym jeden z podręcznikowych błędów w sieci: stanęła do walki z internetowymi komentatorami i krytykami, okazując przy tym swoje emocjonalne podejście do sprawy.

Reklama

Nam jednak udało się z nią porozmawiać o serialu trochę z innej perspektywy — na chwilę zanim rozpętała się burza i wszyscy otrzymali szansę, by samemu ocenić serial 1983.

VICE: Kiedy wprowadzono Stan Wojenny, czy bała się pani, że nic się nie zmieni w Polsce?
Agnieszka Holland: Nie wyglądało to dobrze. Byłam akurat w Szwecji, kiedy został wprowadzony Stan Wojenny, a informacje, które tam dochodziły, w pewnym sensie były jeszcze gorsze, niż to, co się działo w rzeczywistości. Bo rzeczywistość zawsze ma wiele twarzy: człowiek się boi, cierpi, ale jednocześnie musi zrobić jakieś śniadanie, jakiś obiad i w pewnym stopniu ta codzienność zaczyna przykrywać szersze widzenie świata. Dlatego ludzie często nie uświadamiają sobie, że dzieje się coś, co jest już nieodwracalne. Nie myśleliśmy wtedy, że komunizm się skończy za naszego życia.

Punktem zwrotnym w serialu jest atak terrorystyczny. W Polsce nie dochodzi do takich ataków, a obecny rząd przypisuje to m.in. swojej polityce niewpuszczania imigrantów. Zgadza się pani z tą retoryką?
Zamachy terrorystyczne dzieją się zwykle wtedy, gdy potrzebuje ich autorytarna władza, albo kiedy jednostki lub całe grupy ludzi, są przekonane, że tylko takie czyny są w stanie oddać im sprawczość; wierzą, że burzą stary świat, tworząc początek nowego albo nie są w stanie inaczej wyrazić swojego gniewu lub poczucia bezradności. Polacy też mają taką historię: Józef Piłsudski, którego czcimy, przez jakiś czas był jednym z przywódców Organizacji Bojowej Polskiej Partii Socjalistycznej, której członkowie dokonywali aktów zbrojnych, podkładali bomby i napadali na banki — jednak to nam nie zaciemnia jego blasku, przeciwnie, to część jego niepodległościowej mitologii. Wracając do pytania o wspomniane zachowanie polityków, uważam, że jest to absolutnie cyniczne. Chodzi w tym o wywołanie strachu w społeczeństwie, by ludzie mieli poczucie, że tylko władza jest w stanie ich obronić, często za cenę izolacji kraju, odebranie praw i swobód.

Reklama

Polska w serialu wciąż znajduje się za „żelazną kurtyną”, przez co pozostaje odcięta od technologii powstającej poza jej granicami. Dziś mówi się dużo o suwerenności, o „wstawaniu z kolan” nawet za cenę izolacji.
Tak, tyle że jest to ideologia fałszywej suwerenności, która mówi: jeżeli odetniemy się od świata, to będziemy bezpieczni, oraz stworzymy coś niebywałego, czym będziemy w stanie ten świat zaskoczyć. W świecie serialowym widzimy, że nie dociera całe mnóstwo informacji z zewnątrz, nie dociera wiele zdobyczy nowoczesności; w ich miejsce powstają tylko te urządzenia, na które postawiła władza, to znaczy tylko takie, które służą kontroli i inwigilacji . Dobrym tego przykładem w serialu jest „Traszka”, czyli coś w rodzaju proto-iPhona, który prześcignął ówczesne osiągnięcia Chin czy Zachodu.

Nie zmienia to faktu, że bohaterowie wciąż jeżdżą starymi samochodami, bo w kraju nie udało się wyprodukować innych. To tworzy obraz kalekiej nowoczesności, z czego nie zdają sobie sprawy obywatele, bo nie mają porównania. Odcięci od reszty świata, karmieni propagandą i patriotyczno-religijnym patosem, mają żyć w poczuciu bezpiecznej swojskości, mają myśleć, że są wolni — chociaż nie są.

Agnieszka Holland

Agnieszka Holland. Fot. Zuza Krajewska.

Co jest najtrudniejsze w tworzeniu alternatywnej historii?
Musi ona być dostatecznie blisko naszego doświadczenia, by było to wciąż wiarygodne, a stworzony świat musi różnić się subtelnie od rzeczywistości, którą się zna. Pamiętam, kiedy wiele lat temu byłam w Australii. Patrzyłam na Melbourne i myślałam, że nie różni się ono zbytnio od Europy, czy Stanów, ale wciąż towarzyszyło mi wrażenie, że jest ono jakieś inne. Zorientowałam się, że chodziło o proporcje ‒ ulice mają inną szerokość, słupy inną wysokość itd. Takie drobne rzeczy potrafią wzbudzić uczucie przebywania w alternatywnym świecie. Ale myśmy budowali go według silnej wewnętrznej logiki, wszystkie elementy scenografii czy kostiumów mają swe uzasadnienie w szczególnej ideologii tego komunistyczno-narodowo-kościelnego, zastygłego między epokami państwa.

Reklama

W serialu występują dwie postawy wobec władzy: ugodowa i konfrontacyjna. Która pani zdaniem jest tą właściwą?
Nie powiedziałabym, że postawa ludzi w serialu jest ugodowa ‒ oni po prostu nie widzą powodów do tego, by się buntować, bo otaczająca ich rzeczywistość wydaje się czymś naturalnym i dobrym. Wieloletnie odizolowanie od reszty świata wpływa na redukcję poznawczą. Oni wierzą, że to, co im się mówi, jest prawdą, że jest lepiej, niż kiedyś ‒ dzięki temu czują się szczęśliwi. Tak więc buntuje się tylko mała grupka obywateli. Historia mówi nam, że kiedy władza jest totalna, to buntuje się garstka. Natomiast każdy ma swoją miarę, kiedy czuje, że musi pójść na barykady.

Znalazłem pani wypowiedź, że obawia się pani, że ten serial okaże się „profetyczny”. Czego teraz najbardziej się pani boi w Polsce?
Tego, że uda się ludziom wygumkować mózgi i będą wierzyć propagandzie. Wtedy mogą obudzić się w miejscu, z którego nie ma powrotu.

Śledź autora tekstu na jego profilu na Facebooku

By być z nami na bieżąco: polub nas, obserwuj i koniecznie zaznacz w ustawieniach „Obserwuj najpierw”. Jesteśmy też na Twitterze i Instagramie.

Czytaj też na VICE: