Μόδα

Jak wkręciłem się na krzywy ryj na sam szczyt Paryskiego Tygodnia Mody

W tym roku Paryż zakochał się w Georgio Pevianim, jego plebejskim wdzięku i bezkompromisowych projektach. Jest tylko jeden haczyk: Georgio Peviani nie istnieje
27 Październik 2017, 9:23am

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE UK

Pierre Klein, Cuggi, Lewis Vooton.

Podobnie jak plastikowa biżuteria i czapki z daszkiem z napisem „I <3 WEED", tanie podróbki znanych marek stanowią podstawowy asortyment najróżniejszych bazarów i targów. Jako osoba, która często musi kupować ubrania w takich miejscach, zdążyłem już dosyć dobrze zapoznać się z ich ofertą. Wśród szerokiego wyboru podróbek jedna nazwa od zawsze rzucała mi się w oczy częściej niż pozostałe: Georgio Peviani.

Dżinsy Georgio Pevianiego

Wygugluj to pozornie włoskie nazwisko, a wyświetlą ci się setki aukcji, na których będziesz mógł kupić jego dżinsy. Oczywiście taka osoba nie istnieje, a marka to podróbka. Pytanie jednak brzmi, czyja dokładnie? Jeżeli Armaniego, Peviani nic na tym nie zarabia – jego logo w ogóle nie przypomina oryginału. Jednak mimo to ludzie kupują jego ubrania. Peviani ma własną markę i robi wszystko, co projektant robić powinien. Może pomijając rzeczywiste istnienie, bo tutaj pojawia się pewien problem.

Postanowiłem więc go rozwiązać. Zostanę Georgiem Pevianim i pomogę mu zrealizować jego potencjał. Sprawię, że zostanie mu wzniesiony toast przez branżę wystarczająco sztuczną, aby dać się oszukać przez nieistniejącego człowieka. Zabieram Georgia Pevianiego na Paryski Tydzień Mody.

STAWANIE SIĘ GEORGIO PEVIANIM

Krok pierwszy: zakup domeny www.georgiopeviani.com.

Drażliwy temat, wiem, ale biorąc pod uwagę całe to: „ten mężczyzna naprawdę nie istnieje", nie spodziewam się kolejki prawników pod moimi drzwiami.

Po jakichś dziesięciu minutach średnio wytężonej pracy, udaje mi się stworzyć stronę – nie sposób z niej czegokolwiek wywnioskować, ale wygląda dobrze. To jedyne, co się liczy, prawda? A, i mam nowego maila: georgio@georgiopeviani.com. Czas na kolejny etap.

Równie dobre, co paszport. Ostatnim krokiem jest zdobycie jakichś ubrań Georgio, w których mógłbym podbić świat. Ruszam więc na pobliski bazar, żeby kupić kilka par dżinsów.

DZIEŃ 1: GEORGIO WYLĄDOWAŁ

Nigdy wcześniej nie byłem w Paryżu, więc przemierzam miasto na piechotę, aby zorientować się w terenie. No i do tego nie wiem, gdzie odbywa się tydzień mody, więc nie ma sensu, żebym wchodził do metra. Liczę, że trafię na kogoś, kto będzie ubrany w jakąś bardzo skomplikowaną spódnicę oraz paskudne buty sportowe Balenciagii i idąc za nim, dotrę na miejsce.

Od ponad godziny kieruję się w stronę zarysu wieży Eiffla, który uparcie pozostaje równie daleko, co na początku wyprawy. Jednak nagle dostrzegam, że na schodach starego hotelu pojawia się tabun ludzi w jaskrawych ciuchach. Najwyraźniej właśnie skończył się jakiś pokaz. Dołączam do grupy wysokich osób w kanarkowo żółtych puchówkach i kapeluszach, które chyba kosztują więcej, niż wynosi mój miesięczny czynsz. Blogerki nie podnoszą wzroku znad telefonów, namiętnie stukając w ekran. Tłum rozchodzi się we wszystkich kierunkach. Powoli zaczynam tracić nadzieję, gdy nagle ktoś stuka mnie w ramię.

„Bonjour, monsieur! J'adore vos vêtements!"

Mężczyzna ubrany od stóp do głów w dżins trzyma klamrę paska jak prawdziwy kowboj i patrzy na mnie bez wyrazu. Daję mu wizytówkę i pytam, co sądzi o pokazie. „Obejrzałem go stąd" – mówi, wskazując na miejsce, w którym stoimy.

Pytam go od niechcenia, czy może wie, gdzie powinienem teraz pójść. Wyciąga jakiś pogięty kawałek papieru, na którym są nabazgrane różne adresy. „Pałac Brongniarta" – mówi.


Tylko ciekawe historie. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Spoglądam na trzymaną przez niego kartkę (starając się zapamiętać, że mam następnego dnia zobaczyć Vivienne Westwood), gdy nagle mężczyzna się prostuje. „Commes Des Garcons, ambasada rosyjska!". Pokazuje na zegarek i otwiera swoją torbę, dzięki czemu widzę, że ma w niej kostium Włodzimierza Lenina. „Muszę się przebrać!" – wykrzykuje.

Zanim udaje mi się podziękować mojemu przewodnikowi, już go nie ma.

Docieram do Pałacu Brongniarta, a ochrona kieruje mnie w stronę recepcji. „Przepraszam monsieur, ale potrzebujemy jakiegoś dokumentu tożsamości i zaproszenia". Bez słowa rzucam na jej biurko moją wizytówkę. Kobieta zaczyna coś pisać na komputerze, jednocześnie prowadząc z kolegą ożywioną rozmowę po francusku. Po chwili cichej dyskusji odwracają się w moją stronę.

Dostaję identyfikator. Na przeprosiny kobiety reaguję zniecierpliwionym westchnięciem.

Oczekiwałem, że całości będzie towarzyszyła atmosfera letnich wakacji, podobna do tej, którą znam z festiwali filmowych lub muzycznych, ale jak się okazuje, znacznie bardziej przypomina to spotkanie zorganizowane w celu nawiązania kontaktów biznesowych. Na zewnątrz udaje mi się porozmawiać z kobietą, która jako jedyna zdaje się naprawdę dobrze bawić. Później się dowiem, że była to jedna z pierwszych influencerek w mediach społecznościowych, która obecnie pracuje jako dyrektorka kreatywna i cieszy się dużym poważaniem w branży.

„Nie znasz Pevianiego?" – pytam. Kręci głową. „No to powiedzmy tak: jeśli streetwear jest religią, to Peviani stale grzeszy". Kobieta podnosi brew. „Peviani… czyli ty? To tłumaczy, dlaczego towarzyszy ci fotograf". Mówię, że VICE tworzy na mój temat artykuł, w którym przedstawia mnie jako świetnie sprzedającą się, ale zupełnie nieznaną postać w świecie mody.

Wymieniamy się wizytówkami, a ona mówi mi o przyjęciu, na które mogę pójść za godzinę i gdzie będzie mnóstwo dziennikarzy. Przed Pevianim otwierają się kolejne drzwi.

Znudzony słucham ciągłego trajkotania ludzi i śmieję się z dowcipów w językach, których nie rozumiem. Ci ludzie są poniżej Pevianiego; oni go nie obchodzą. Jednak w kącie zauważam kogoś zachwycającego.

„Muszę cię w nich zobaczyć".

Niemiecki model Jean bierze ode mnie spodnie marki Peviani i znika za kurtyną.

„Naprawdę je uwielbiam. Są takie populistyczne. Ty je zaprojektowałeś?"

Przytakuję. Wszyscy na nas patrzą. Jean zdradza mi, że idzie na wydarzenie, które znacznie bardziej pasuje do osoby o guście Pevianiego. Jako że Peviani, czyli ja, ma już dosyć otaczających go nudziarzy, wychodzimy wprost w paryską noc.

Na jednej z wąskich uliczek w pobliżu stacji Bonne-Nouvelle wpadamy na grupkę ludzi tłoczących się pod niepozornymi drzwiami, które drżą od basu.

W środku poznaję szczupłego Włocha. „Mickey" – przedstawia się z uśmiechem. „Georgio".

Mickey od razu przechodzi na włoski i bombarduje mnie niezrozumiałym potokiem słów. Potakuję, starając się wydawać jak najbardziej włoskie odgłosy, ale szybko proszę, żebyśmy mówili po angielsku, aby mój fotograf mógł nas zrozumieć. Okazuje się, że Mickey nie tylko zaprojektował tę kolekcję, ale zdecydowanie – na moje nieszczęście – pochodzi z Włoch. Daję mu do zrozumienia, że również jestem projektantem i zanim mam szansę zareagować, zaczyna mnie przedstawiać innym ludziom.

Wszyscy wyglądają na zdezorientowanych i zdaję sobie sprawę, że stoi przede mną znacznie trudniejsze zadanie niż wmówienie ludziom ze świata mody mojej bajeczki. Muszę przekonać Włochów, że ja – mężczyzna z najbledszą twarzą świata i akcentem z brytyjskich peryferii – naprawdę jestem Włochem.

Ostatecznie przedstawiają mnie przedstawicielce kupca z Mediolanu. Ta kobieta ma wystarczające wpływy, aby ubrać wszystkie tyłki w Bolonii w dżinsy Pevianiego. „Georgio Peviani" – przedstawiam się. Zatrzymuje się i bierze głęboki oddech. „Sposób, w jaki wypowiadasz swoje imię, sprawia, że chcę mi się płakać". Nie jest dobrze.

Pytam, czy kupi moje towary.

„Czy je kupię? To zależy od klientów. Ale pamiętaj: mediolańska moda jest inna. Tam króluje haute couture". Nie pozostawia na mnie suchej nitki. „Jednak uwielbiam ten krój, cudowne kształty" Przygląda się z bliska. „Widzę w tym guziku głęboki namysł, musiałeś dużo o tym poczytać. Jest bardzo piękny. Podobają mi się też te inicjały".

Daję jej moją wizytówkę, dopijam drinka i powoli zbieram się do wyjścia. Dzień pierwszy: sukces.

DZIEŃ 2: MIERZYMY WYSOKO

Wstaję i włączam wiadomości. Nigdzie nie widzę Pevianiego – wszędzie mówią jedynie o Ricku Owensie. Czas to zmienić. Piszę maile do wszystkich agencji PR-owych w mieście. Jednak nagle pewna informacja przykuwa moją uwagę i wyczuwam świetną okazję: Getty Images zabroniło retuszowania zdjęć. Jeżeli świat chce więcej prawdziwych ciał, jestem gotowy pokazać mu moje.

Dzisiejszy dzień chcę zacząć z grubej rury i dostać się na pokaz Vivienne Westwood.
Ochrona nie przepuszcza nikogo z ulicy. Wszyscy paparazzi tłoczą się wokół tej dziewczyny.

Po kilku minutach pozowania idę za nią w stronę drzwi, udając, że trzymamy się za ręce. Biorę głęboki oddech i kurczowo ściskam mój identyfikator z nazwiskiem Peviani. Nie zawiedź mnie teraz, Georgio.

Weszliśmy! Patrzę na karteczki ze znanymi nazwiskami, które leżą na krzesłach w pierwszym rzędzie – jest tam m.in. redaktorka Vogue i modelka Arizona Muse – po czym kładę na nich moje wizytówki. To genialny plan.

Nie wiem, kim właściwie jest ten facet, ale siedzi na samym przodzie, więc musi być jakąś grubą rybą.

Zaczyna się pokaz.

Brawo!

Sala powoli pustoszeje. Zostają jedynie półnagie modelki i ekipa Westwood, która popija szampana. Zaczynam rozmawiać z facetem ubranym w garnitur w stylu Angeli Merkel i pytam go, co planują robić później. „Impreza u Alexy Chung" – odpowiada. – „Masz zaproszenie?". Pokazuje mi obrazek na swoim telefonie i przesyła go na mój numer.

Na zewnątrz oślepiają mnie flesze. Ludzie biorą mnie za jakąś szychę i sam zaczynam w to wierzyć. Za rogiem zatrzymuje mnie grupa kobiet, które wyglądają jak bohaterki Miami Vice.

Niektóre blogerki przyleciały nawet z Brazylii, żeby zobaczyć najnowsze trendy. I kochani, wygląda na to, że Raquel Minelli – której profil na Instagramie followuje 627 tysięcy ludzi – polubiła ciuszki Pevianiego.

Dzięki transmisji na żywo oglądają nas teraz influencerzy z całego świat. Nie mogę w to uwierzyć, moje marzenie właśnie się spełnia. Podbiwszy już świat cyfrowy, wyruszam na imprezę. Mam wielkie plany.

Są tutaj wszystkie najfajniejsze dzieciaki z branży modowej. Muszę się jakoś wtopić w tłum.

„Zapamiętaj moje słowa" – mówię do mężczyzny, którego przed sekundą poznałem. Krzyżuję moje lodowate nogi; z zimna kolana mam jeszcze bardziej kościste niż zwykle. „Następne 10 lat upłynie pod znakiem PunkyFish i Pevianiego. To nowi Cavalli i Kors".

Facet ironicznie wydyma usta. To najpopularniejsza mina na tej imprezie.

Nagle ktoś rzuca się na dmuchany zamek i wszyscy wokół mnie obracają głowy. To Alexa Chung. Zdaję sobie sprawę, że aby być prawdziwą ikoną, trzeba umieć przyciągnąć spojrzenia całego pokoju. Muszę coś zrobić.

Wytaczając się z dmuchanego zamku, zauważam doskonałą okazję, aby zabłysnąć w towarzystwie.

Przedstawiam się, a Alexa powtarza moje imię (jasne, musiałem ją do tego namówić, ale i tak się liczy).

Jedna z najbardziej wpływowych osób świata mody zauważyła istnienie Georgio Pevianiego.

Mijają kolejne godziny, a alkohol leje się strumieniami. Wszystko zaczyna się rozmywać. Peviani bawi się z trendsetterami i znanymi paryskimi osobowościami. Po tej nocy zostają mi wspomnienia balkonów, barów, wschodzącego słońca i…

DZIEŃ 3: NOWE SZATY KRÓLA

Masakryczny kac. Budzę się późno, czuję się jak trup i mam mnóstwo nowych maili. Zaproszenie na pokaz Lutz Huelle, propozycja kawy od projektantki Esther Maud, miejsce przy wybiegu na Masha Ma w YOYO Palais de Tokyo. Jednak w jedną wiadomość nie mogę uwierzyć.

Zaproszenie na prezentację Veronique Levoy. Po włosku.

Oszukałem influencerki, nabrałem modelki i gwiazdy, ale to coś zupełnie innego. To zaproszenie na prywatną prezentację nowej kolekcji jednej z najbardziej poważanych paryskich projektantek, Véronique Leroy. Dzięki temu będę miał okazję zbratać się z wyższymi sferami, z samą śmietanką stolicy.

Przyjeżdżam pod podany adres i starsza pani o smukłej twarzy oraz długimi, popielatymi włosami wita mnie na progu. „Georgio!". Wymieniamy całusy, po jednym na każdy policzek. Ubrana w czarną, koronkową sukienkę i białe rajstopy przypomina postać z Różowej Pantery.

Wchodzimy do pięknego paryskiego mieszkania z XVII wieku. To ten rodzaj miejsca, które wygląda na puste, jeśli nie unosi się w nim chmura papierosowego dymu. Starszy dżentelmen z Południowo-Wschodniej Azji i młoda kobieta, oboje ubrani w garnitury od Prady, przeglądają katalogi. Poznaję też dwie modelki – obie mają przynajmniej 180 cm – które są tam na wypadek, gdybyśmy chcieli, żeby coś przymierzyły. Nie mam pojęcia, co powinienem robić.

Nerwowo popijam kawę i proszę je o zakładanie kolejnych ubrań.

Całkiem nieźle, ale co zrobiłaby prawdziwa ikona stylu?

„Ta sukienka jest oszałamiająca. Ile kosztuje?"

„Chciałbym ją przymierzyć. Mam wkrótce ceremonię wręczenia nagród i chciałbym zrobić odpowiednie wrażenie. Wiesz, nigdy nie idę na kompromis". Kobieta próbuje ukryć zmieszanie, a następnie znika za zasłoną. Mija dziesięć minut. Oto efekt, voilà:

Krążę sobie po paryskim mieszkaniu, wokół mnie są sami milionerzy. Mam na sobie sukienkę wartą więcej niż wszystkie moje ubrania razem wzięte. Starsza kobieta szepce: „Wyglądasz uroczo".

Właśnie znalazłem się na szczycie. Georgio jest teraz mężczyzną, którego imię i białe jak śnieg nogi zostaną zapamiętane przez projektantów, influencerów i fanów mody z całego świata. To mężczyzna, który – przynajmniej w Paryżu – naprawdę istnieje.

Chętnie go tutaj zostawię.

DZIEŃ OSTATNI: KIM JEST GEORGIO PEVIANI?

Po trzech dniach życia jako Georgio znalazłem odpowiedzi na wiele z moich pytań. Jednak najważniejsze wciąż pozostaje tajemnicą: kim naprawdę jest Georgio Peviani?

Po powrocie do Londynu postanawiam zrobić to, co zawsze pomaga mi w takich sytuacjach: gugluję. Po przejrzeniu trzech stron zauważam coś ciekawego – znak towarowy zastrzeżony w 1996 roku, który wygasł w ubiegłym roku. Pod nim podano adres we wschodniej części Londynu. Bingo.

W końcu docieram do celu, którym okazuje się sklep Denim World. Wchodzę i widzę przed sobą kopalnię dżinsowych ogrodniczek, kurtek, spodni i szortów. Przyglądam się im i zauważam, że wszystkie z nich mają logo Georgio Pevianiego. Podchodzę do lady i pytam: „Czy pracuje tutaj Georgio Peviani?". Załoga nagle się rozbiega i zostaję sam na sam z mężczyzną, który wygląda na szefa. Kręci głową. „O, ale sprzedajesz dużo jego ubrań?". Patrzy się na mnie zakłopotany. „Cóż, tak. To dlatego, że wymyśliłem go 30 lat temu".

Adam

Adam opuścił rodzinną Zambię i przybył do Wielkiej Brytanii w 1982 roku. Od tamtego czasu zajmuje się produkcją odzieży.

Na początku lat 90. wymyślił nazwisko Georgio Peviani i bardzo mu się ono spodobało. Dlaczego? Według niego „ładnie brzmiało, tak włosko". Jego ulubionym projektantem jest Armani. Najlepszy okres Pevianiego przypada na przełom XX i XXI wieku: w tamtym czasie potrafił sprzedawać nawet 35 tysięcy sztuk odzieży tygodniowo. Do dzisiaj ubrania Adama leżą na witrynach sklepów na całym świecie.

„Kocham w tej marce to, że mogą sobie na nią pozwolić zwyczajni mężczyźni. To nie Armani, na którego stać wyłącznie elitę" – mówi. „Właśnie dzięki temu odnieśliśmy sukces. Od lat ten biznes utrzymuje moją rodzinę".

Zaczynam wyjaśniać Adamowi moją fascynację Georgio, a potem opowiadam mu o doświadczeniach z Paryża. Mężczyzna zwija się ze śmiechu, a do mnie nagle coś dociera: ja już nie jestem Georgio Pevianim. Nigdy nim nie byłem. Pytam: „Adamie, to ty nim jesteś, prawda? Georgio Peviani to ty?".

Adam wybucha śmiechem. Jego koledzy dołączają do niego, a po chwili i ja nie wytrzymuję.

„Na pewno bardziej niż ktokolwiek inny".

Tłumaczenie: Zuzanna Krasowska


Więcej na VICE: