Reklama
Film

Pogódź się z tym: „Martwe zło” to najlepszy cykl horrorów wszech czasów

Jeśli nie oglądasz „Ash kontra martwe zło”, nie wiesz, co to dobry serial

tekst Karen Han
27 Październik 2017, 1:04pm

Fot. źródło Starz

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE UK

Przez ostatnie 36 lat były pracownik sklepu S-Mart Ash Williams zawsze wyciągał najkrótszą zapałkę. Dzięki jego poświęceniom Martwe zło stało się jedną z najlepszych (jeśli nie absolutnie najwspanialszą) z serii horrorów wszech czasów.

Po oryginalnym Martwym złu (1981) przyszło Martwe zło 2 (1987) i Armia ciemności (1992). Wreszcie, po 23 latach, swoją premierę w 2015 roku miał serial Ash kontra martwe zło. Na przestrzeni trzech filmów i dwóch (a wkrótce trzech) sezonów Martwe zło przeszło długą drogę od horroru do jego parodii, a kierunek, jaki obrał serial, podpowiada, że historia może zatoczyć koło. Taki rozwój to nadzwyczaj rzadkie zjawisko, które skrywa głębszy sens pod warstwą krwi i flaków.

Pierwszy film w reżyserii Sama Raimiego z Bruce'em Campbellem w roli Asha ukazywał losy piątki przyjaciół zdanej na łaskę demonów w chatce w sercu lasu i do dziś pozostaje jednym z najbardziej wyrazistych i klimatycznych horrorów. (Do zagorzałych fanów filmu zaliczał się sam Stephen King). Tym większe zatem wrażenie robi fakt, że Martwe zło 2 reputacją zdeklasowało swojego poprzednika ‒ zwłaszcza, że w gruncie rzeczy opowiada alternatywną wersję pierwszej części, tyle że obłęd został podkręcony na 110 procent.


Dla żywych, dobrych, martwych i złych. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Jako kontynuacja i parodia zarazem, Martwe zło 2 ustaliło ton całej serii ‒ krew, flaki i żarty ‒ pomimo w miarę poważnych początków, a także stworzyło najbardziej znany wizerunek swojego bohatera. To właśnie w drugiej części widzimy, jak Ash walczy ze swoją własną dłonią, opętaną przez siły ciemności, by w końcu ją uciąć i zastąpić piłą łańcuchową. Armia ciemności dodatkowo podniosła poprzeczkę radosnego szaleństwa i wysłała Asha w przeszłość, by naparzał się z umarlakami w średniowieczu.

Porównanie Ash kontra martwe zło (wyprodukowanego przez Sama Raimiego dla stacji Starz) do nowego sezonu Miasteczka Twin Peaks może wyglądać na przesadę. Jednak seriale łączy fakt, że oba stanowią rzadkie przykłady powrotu do starego pomysłu, który bierze pod uwagę upływ czasu. Ash kontra martwe zło skłania się ku krwawemu slapstickowi, jakiego spodziewaliśmy się po serii, ale humor pozostaje zrównoważony (i dopełniony) przez to, jak Ash naturalnie zmienił się z wiekiem. Martwe zło jako cykl filmów nie doczekało się jednoznacznego zakończenia, co oznacza, że jego główny bohater również żył w zawieszeniu przez niemal 40 lat ‒ i widać to po nim. Bardziej pasuje do Bojacka Horsemana, niż do Strasznego filmu, co stanowi w równym stopniu refleksję nad wiekiem Asha, jak i nad zmianami zachodzącymi w naszym kulturowym krajobrazie oraz załamaniami kolejnych fal nostalgii.

Od czasu Armii ciemności Necronomicon, czyli księga, która na samym początku ściągnęła klątwę na Asha, stała się jego krzyżem. Ponawiane próby jej zniszczenia nie przyniosły skutku, a Ash został niejako wygnany ze swojego rodzinnego miasteczka, bo jego sąsiedzi nie uwierzyli w istnienie sił nadprzyrodzonych i obarczyli go winą za morderstwa, do których doszło w Martwym złu i Martwym złu 2. Teraz jego życie wygląda dokładnie tak, jak można spodziewać się po kimś, kto doświadczył tak ogromnej traumy. Jego brawura i arogancja, tak urocza w filmach, tu zaczyna wyglądać na rozpaczliwie utrzymywaną fasadę. Jest w tym wszystkim pewna melancholia, pogłębiana dodatkowo przez fakt, że serial doskonale wie, co robi. Odwołania do oryginalnych filmów pojawiają się nie po to, by jedynie schlebiać fanom. Mają na celu powrót cyklu do jego korzeni, czyli do czystego horroru.

Jeśli komuś pozostały jeszcze wątpliwości w tej kwestii, finał drugiego sezonu całkowicie je rozwiał. Utwór, który pojawia się na napisach końcowych to dokładnie ta sama wersja charlestona, którą słyszeliśmy na koniec pierwszego Martwego zła. W dodatku cała druga seria obracała się wokół tematu powrotu do domu. Ash musi zmierzyć się z nieumarłą wersją swojej siostry (zabitej w pierwszym filmie), ze śmiercią swojego ojca w chwilę po tym, jak się z nim pogodził, a także wrócić do leśnej chatki, w której wszystko się zaczęło. Elementem spinającym motyw powrotu był fakt, że w całości zależał od rozwoju Asha jako człowieka. Najwyższy czas, by w końcu pogodził się z demonami, które nieumyślnie wypuścił z piekieł.

To właśnie utrzymanie na pierwszym planie potrzeby rozwoju i wzrostu usprawiedliwia nowe podejście do Martwego zła, a także wyróżnia je spośród konkurencji. Choć inne cykle horrorów również cieszyły się podobną długowiecznością, żaden nie może się poszczycić podobnym rozmachem gatunkowym i ewolucją. Hektolitry krwi i rozbryźniętych flaków nic nie znaczą bez emocjonalnego zaangażowania. Wprowadzając naturalny upływ czasu do narracji, twórcy serialu ten punkt odhaczyli na samym początku. Choć serwują nam całą ucztę potworów, całość wypada najlepiej, gdy przypomina, że w rzeczywistości oglądamy bardzo ludzki dramat i zgłębia zwyczajne, życiowe lęki. Podobnie jak swój tytułowy bohater serial Ash kontra martwe zło jest o wiele mądrzejszy, niż wszyscy się po nim spodziewają, a w dodatku to świetna, pełnokrwista zabawa.


Więcej na VICE: