osobowości

Tym razem Kle Mens rozprawia się z samą Matką Boską

Jej pierwszą ekspozycję odwiedziła grupa narodowców i żądała jej zamknięcia, a w finale swojej wizyty urządziła przepychanki na środku galerii. Rozmawiamy z artystką o jej nowej wystawie, w której centrum znalazła się Czarna Madonna

tekst Izabela Szumen
16 Luty 2018, 2:43pm

Zdjęcie udostępnione dzięki uprzejmości Kle Mens

Kle Mens wychowała się w wyizolowanej wspólnocie katolickiej, jak sama określa w „turbo kościele”. Na swoich obrazach wciela się w męczennice, Trójcę Świętą i Czarną Madonnę. W piątek otworzyła swoją drugą wystawę w zielonogórskim BWA.

Reakcje na jej prace są skrajne. Prawicowa prasa poleca jej wizytę u specjalisty i ubolewa, że manewrując na granicy bluźnierstwa, leczy prywatne traumy za państwowe pieniądze. Karolina Plinta w magazynie SZUM umieszcza ją na pierwszym miejscu w rankingach porażek artystycznych 2016 roku, a jej sztukę nazywa „nachalną erotyką zaprawioną egotyzmem”.

Jednocześnie jej pierwszą wystawę uhonorowano nagrodą Grand Prix Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego (Piotra Glińskiego) na konkursie Gepperta. Na wystawie doszło też do utarczek między wizytującymi ją chłopakami ze środowiska narodowego i religijnymi tarnowianami, gdzie ci drudzy nie doszukali się w sztuce Kle Mens świętokradztwa a ciekawej analizy i aktywnie bronili artystki przed kibolskimi atakami.

Kle Mens wchodzi bardzo głęboko w religijny świat, w którym się wychowała, z determinacją kradnie symbole dla dorosłej siebie i z opresyjnych zmienia je w coś bliskiego. Chociaż o wartościach artystycznych jej pracy pisze się dużo, dla mnie najciekawsza jest jej świadoma zabawa z traumą. Gdyby przyjąć, że sztuka powinna spełniać jakąś funkcję, zamiast być obiektem czysto estetycznym, święte i męczennice to superbohaterki, z których pomocą Kle Mens scala bardzo odmienne etapy swojego życia. Rozmawiamy z artystką o tym, jak z traumy ultrakatolickiego dzieciństwa uczynić pracę i jednocześnie wkurwić polskich konserwatystów.

Dzieciństwo: turbo kościół

Ojca zabił głód adrenaliny, którą gwarantowała mu wspinaczka wysokogórska. Spadł, kiedy miałam 7 lat, zostaliśmy z mamą cierpiącą na schizofrenię paranoidalną, wtedy jeszcze nie wiedziałam o tym, że choruje. Pokrzepienia i poczucia bezpieczeństwa poszukiwała we wspólnotach religijnych.

W kręgach osób bardzo religijnych takie oazowe struktury mają raczej pozytywny charakter. Tworzą one niewielkie, silnie związane ze sobą grupy wspólnie przeżywające swoją wiarę. Każda z nich dedykowana jest jakiemuś konkretnemu problemowi. Ta, do której dołączyliśmy z bratem i mamą, pracowała na rzecz integracji dzieci niepełnosprawnych z pełnosprawnymi. Nasz kalendarz zapełniły modlitwy, czuwania, wspólnotowe wyjazdy. Dla mnie to był jedyny świat, w jakim przez lata się odnajdywałam. Społeczność szkolna zupełnie mi nie odpowiadała, funkcjonowałam daleko poza używanym przez moich rówieśników językiem współczesnym. Prawie nie oglądałam telewizji, słuchałam tylko religijnych piosenek, nosiłam ciuchy zarezerwowane dla mody oazowej, niepodkreślające kształtów, skromne.

Komunia Święta. Zdjęcie udostępnione dzięki uprzejmości Kle Mens

Ksiądz prowadzący naszą wspólnotę trochę mi wówczas ojcował, więc z czasem czułam się tam coraz lepiej i zaczęłam się poważnie angażować. Pracowałam jako opiekunka, animatorka, prowadziłam katechezy. Dni były wypełnione do maximum przez mszę świętą, koronkę, różaniec, poranną modlitwę, wieczorną modlitwę, spotkania w kręgach.

Przed snem zdawaliśmy raport z katechez podczas tzw. spotkania w sali kominkowej. Oprócz opiekowania się grupą do moich zadań należało karmienie, ubieranie i noszenie dzieci niepełnosprawnych. W pełnym pogodzeniu działałam w tej społeczności do 15 roku życia.

Dojrzewanie

Pierwsze wspomnienia budujące moją seksualność to opowiadania księdza o świętych i męczennicach. Ich dzieje miały stanowić dla nas wzory zachowań, nauczyć pobożności i wszelkich cnót. W mojej nastoletniej świadomości te kobiety pełniły funkcję podobną do superbohaterek. Podziwiałam je. Moją uwagę najbardziej przykuwała historia św. Marii Teresy Goretti, która zginęła jako 11-letnia dziewczynka, broniąc się przed próbą gwałtu przez 20-letniego sąsiada. Jej oprawca zadał jej 14 ran kłutych. Na łożu śmierci wybaczyła mu jego winy.

Nie znając innego świata, bardzo te historie przeżywałam. Rozważałam, czy i mnie stać by było na takie poświęcenie, odwagę. Frapował mnie ten często powracający temat gwałtu i przeciwstawianie się mu jako swoisty dowód wiary. Jednocześnie martwił mnie fakt, że gdybym ja znalazła się w podobnym położeniu, pozostawałby mi tylko bierny opór. O tym, czy dana sytuacja w ogóle zaistnieje, decyduje zawsze mężczyzna.

Po lewej młoda Kle Mens (Zdjęcie udostępnione dzięki uprzejmości Kle Mens). Po prawej aktualne zdjęcie, wykonane w jej pracowni. Fot: Paweł Mączewski

By mężczyzna mógł zostać świętym męczennikiem, wystarczyło, by podczas tortur nie wyrzekł się wiary. Męczeństwo kobiet było zapośredniczone poprzez ich seksualność, karano je cieleśnie, obcinając im piersi, przywiązując do słupów, pokazując nago, a następnie uwieczniano je na malowidłach z wyrazem ekstazy na twarzy. Intrygowały mnie też oczywiście następstwa tych poświęceń, czyli beatyfikacja, jedyna szansa na zajęcie tak wysokiego miejsca w hierarchii chrześcijańskiego uniwersum.

Paradoksalnie na drabinie ziemskich struktur kościelnych kobiety mogły zajść stosunkowo niewysoko. Z biegiem czasu ta nierówność powodowała we mnie narastającą frustrację. Bunt ostateczny narodził się wskutek moich wewnętrznych analiz, rozważania sensu tych historii, rozwoju świadomości feministycznej. Nie mogłam się zgodzić na naukę, w której kobieta jest gorsza od mężczyzny lub też jest całkowicie pomijana. By odejść od religii, nie potrzebowałam więc interwencji z zewnątrz, zrobiłam to sama.

Ciało i erotyka

Zabawne, że próby wyciszenia potencjalnych problemów w grupie dojrzewających nastolatków, jakie podejmował ksiądz prowadzący tę wspólnotę, zapoczątkowały moje poczucie odrębności i wyjątkowości mojej płci. Pamiętam, kiedy prosił, żebyśmy „zakrywały ramiona przed wejściem do kaplicy, bo ich widok mógłby przeszkodzić chłopcom w skupieniu na modlitwie”. To było dla mnie kuriozalne i prowadziło do prostego wniosku, iż moje ramiona mają magiczne właściwości. Takich sytuacji było wiele. Dziś myślę, że mikstura spiętrzonego wstydu, szeregu zakazów i pruderii to dla odizolowanego nastolatka koktajl o nieprzewidywalnych właściwościach.

Jako siedmiolatka zostałam nakłoniona do złożenia przysięgi, by regularnie adorować najświętszy sakrament, tzn. siedzieć w kaplicy, wczuwać się w obecność Chrystusa i odmawiać różaniec. Siedziałam więc godzinami i wpatrywałam się w te powykręcane nagie ciała świętych, tortury, spętanie, nienaturalne pozy. To była pierwsza nagość, którą z taką uwagą przyswajałam. Jednocześnie ci umęczeni wytrzymywali, okazywali się silni.

Praca i związki

Po studiach zaczęłam się zastanawiać, jak te doświadczenia wpłynęły na moją późniejszą seksualność, bo, chcąc nie chcąc, to one leżą u jej źródeł. Nie mogłam całkowicie odrzucić takich fundamentów, bo na nich zbudowana jest cała moja tożsamość. Nie będąc już jednak związana z kościołem i uznając ten etap życia za krzywdzący, musiałam go przepracować, oczyścić, nie pozbawiając się jednocześnie dzieciństwa. Chciałam odzyskać niektóre z tych symboli dla siebie, pamiętając czasy, kiedy były mi bliskie.

Moja pierwsza wystawa przedstawiała mnie w roli świętych męczennic. Mam tam odwrócony wzrok, obcięte piersi lub jestem ukrzyżowana. To był pierwszy etap radzenia sobie, przyznania się do bagażu emocjonalnego, który z tamtego czasu wyniosłam. Przyznania się do wizji kobiecości, którą wtedy przyswoiłam, kobiecości, która jest słaba. Przyznanie się przed samą sobą, że wieloletnie odrzucenie wpajanych mi reguł nie uwolniło mnie od nich. Że nieustannie rzutują cień na moje życie, na niemal każdą podejmowaną przeze mnie decyzję ‒ odnośnie do mojego ciała, macierzyństwa, aborcji, seksualności, związków.

Zdjęcie udostępnione dzięki uprzejmości Kle Mens

Te reguły, jak i te święte należą do mężczyzn, to oni je ustalają, to oni decydują o nadaniu im świętości lub odebraniu jej. Ja w tej wystawie uzurpowałam sobie prawo do moich bohaterek. Od tego musiałam zacząć. Wystawa, którą przygotowuję teraz, jest kontynuacją tej pracy. Tym razem rozprawiam się z najważniejszą z kobiet kościoła, bo samą Matką Boską i jej najbardziej ukochanym przez Polaków wizerunkiem Czarną Madonną. To też łączy się z moją sytuacją życiową, przekroczyłam trzydziestkę, żyję w monogamicznym związku, zastanawianiem się nad macierzyństwem i swoim miejscem w świecie jako kobiety.

Malując siebie w jej roli, chciałam zawładnąć tym symbolem, przejąć go dla siebie, przeinterpretować, odjąć mu odrobinę świętości, uczynić go bardziej ludzkim, ale pokazać też jego niebezpieczną siłę. Przyjmuję na siebie czerń Czarnej Madonny w radykalnym geście sprzeciwu wobec nacjonalistycznej kultury, podkreślając, że jedna z centralnych figur polskiego nacjonalizmu ma ciemną skórę. Na jednym z filmów recytuję Litanię Loretańską, gdzie w pierwszej osobie, wcielona w Czarną Madonnę wymieniam wszystkie określenia, jakimi ją nazywano.


Nie boimy się trudnych tematów. Polub nasz fanpage VICE Polska na Facebooku


Zestaw tych funkcji i symboli zaczyna się niewinnie od ‒ nazwijmy to ‒ cnót kobiecych: „roztropności”, „wierności”. Cechy matki: „Ja królowa rodziny”. Wizerunki potęgi i piękna jak: „Ja wieża z kości słoniowej” a kończąc na wręcz groźnym określeniu siebie jako „Królowa Polski”.

Zależało mi na ustawieniu siebie w pozycji siły, jaką zajmuje Maryja, ale też przypomnieniu o niebezpieczeństwach, jakie w ogóle niesie ze sobą religia, magiczna, wyobrażona siła, w którą przy odpowiedniej interpretacji można włożyć dowolne treści, uczynić z niej siłę polityczną.

Chcemy czy nie, religia w Polsce wyznacza pewien rytm i silnie oddziałuje na decyzje, które podejmujemy, wartości, które wyznajemy ‒ to, jak postrzegamy swoje ciało i seksualność, ale także to, jak postrzegamy innych. Figura Matki Boskiej jest wzorcem kobiecości, ale nie sposób jej dorównać, bo jest pełna sprzeczności. Odbija się to silnie w mikroskali relacji społecznych, rodzinnych. Kobieta ma być zarówno skromna, jak i wzbudzać zachwyt, ma być cicha, ale i władcza, ma być dziewicza, ale i płodna, słaba i kusząca. Ze sprostaniem tym wzorcom nie radzą sobie ani same kobiety, ani mężczyźni w swoich oczekiwaniach. Stad wynikają krzywdzące podziały na dziwki i matki, kobiety służące do rozrywki i otaczane szacunkiem, troskliwe opiekunki.


Zobacz klip promujący wystawę:


Cechą wspólną wszystkich prac, które pojawią się na najnowszej wystawie, jest spowolnienie, rodzaj medytacji, którą kreując ‒ jednocześnie przeżywam, ale też chciałabym zaprosić do przeżywania jej gości wystawy. Każdy z moich obrazów powstaje przez wiele miesięcy i proces ten jest chyba jedyną pozostałością po odrzuceniu religii. Częste przebywanie w pewnego rodzaju transie podczas długich modlitw w okresie formującym moją osobowość pozostawiło we mnie potrzebę medytacji, wyciszenia. Moje życie obecne stanowi odwrotność rzeczywistości mnisiej celi, więc moją praktykę artystyczną uczyniłam świeckim substytutem tego stanu.

Z szalonym zainteresowaniem przyglądam się więc reakcjom publiczności odwiedzającej moje wystawy. Pierwsza odbyła się w Tarnowie. Reakcje były skrajne. Ekspozycję odwiedziła wówczas grupa narodowców, która żądała jej zamknięcia, entuzjastycznie odśpiewała pieśni o zabarwieniu katolickim, ale na nutę stadionową „Kościół! Kościół walczący!”, „Polska katolicka albo żadna”, a w finale swojej wizyty urządziła przepychanki na środku galerii.

Co zaskakujące w obronie wystawy nie wystąpili moi w większości ateistyczni przyjaciele, ale starsze pokolenie religijnych Tarnowian. Wywiązywały się pyskówki, w których jedni drugich rozliczali z wizyt w kościele itp. Wówczas byłam w szoku, że moja w moim mniemaniu pełna szacunku twórczość wywołuje takie emocje. Myślałam, że jako były, ale w swoim czasie intensywnie uczestniczący członek kościoła, mam prawo do wypowiedzi na te tematy. Zdałam sobie sprawę, że jako monokulturowe społeczeństwo wciąż mamy tę sferę nieprzepracowaną i wielu ludzi, w tym również praktykujących katolików ma potrzebę o niej rozmawiać, wciąż na nowo ją analizować.

Śledź autorkę tekstu na jej profilu na Facebooku

Zobacz też nasze wideo o Leo, który od 12 lat przebiera się za papieża i zakłóca wiece radykalnych homofobicznych kaznodziejów: