Ludzie ryzykują życie i zdrowie dla idealnego selfie
Fot. via Shutterstock. Projekt graficzny Noel Ransom
media społecznościowe

Ludzie ryzykują życie i zdrowie dla idealnego selfie

Pogoń za perfekcyjną fotką na Instagrama na całym świecie zbiera coraz większe śmiertelne żniwo
27.7.17

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE Canada

Po dwóch godzinach robienia zdjęć na Szlaku Chedoke w Hamilton w Ontario 22-letni fotograf Brandon Trahan i jego koleżanka ruszyli z powrotem do domu. Szlak, położony niedaleko centrum miasta jest pełen pofalowanych wzgórz, wodospadów i całych hektarów przepięknych krajobrazów.

W pewnym momencie natknęli się na błotnisty rów przecinający główną ścieżkę i postanowili pójść dalej niezabezpieczoną dróżką wzdłuż szlaku. Trahan szedł pierwszy, stąpając ostrożnie z kamienia na kamień, gdy nagle usłyszał krzyk. Obejrzał się i zobaczył, jak jego koleżanka stacza się z urwiska.

Reklama

Spadając, uderzyła brodą o kamień. Później okazało się, że ma złamany nadgarstek i szczękę pękniętą w trzech miejscach.

Trahan często odwiedza z aparatem miejskie wodospady, które zyskały sobie ostatnio sporą popularność na Instagramie. To były jedne z najgorszych obrażeń, jakie kiedykolwiek widział.

„Miałem ze sobą aparat i przedtem robiłem zdjęcia, ale nie gdy już schodziliśmy" ‒ mówi Trahan. „Ale dotarcie w miejsca, gdzie wychodzą najlepsze ujęcia, czasem wiąże się z pewnym ryzykiem".

W ciągu ostatnich kilku lat Hamilton czasem nazywane Wodospadową Stolicą Świata przyciągało coraz więcej fotografów, zarówno amatorów, jak i profesjonalistów. Wystarczy, że na Instagramie wyszukasz nazwę miasta, a znajdziesz tysiące zdjęć nóg dyndających z krawędzi urwisk i selfie wykonanych nad przepaściami.

Choć ryzykowne zdjęcia przyciągają sporo uwagi w mediach społecznościowych, ilość poważnych, a nawet śmiertelnych wypadków, do których dochodzi w okolicy, zaczyna wzbudzać zaniepokojenie lokalnej społeczności.

W zeszłym roku straż pożarna Hamilton musiała przeprowadzić 25 akcji ratunkowych z wykorzystaniem noszy na linie w rejonie wodospadów, o 65 procent więcej niż w roku 2015. W bieżącym roku doszło już do kilku wypadków wymagających interwencji. Kilka z nich zakończyło się poważnymi obrażeniami, a w czerwcu pewien młody fotograf stracił życie.

Problem nie ogranicza się wyłącznie do Hamilton ani Kanady.

Reklama

Tylko w lipcu pewne rodzeństwo wymagało ratunku z Urwisk Scarbourough w Ontario po tym, jak według doniesień, próbowało zrobić sobie selfie. Dwaj mężczyźni ze sprzętem fotograficznym zostali aresztowani za wspinanie się na Most Lions Gate w Vancouver.

Na całym świecie liczba zgonów związanych ze zdjęciami i selfie znacznie wzrosła. Główne przyczyny śmierci to utonięcie, rany postrzałowe, potrącenie przez pociąg i przede wszystkim upadek z dużej wysokości.

W lutym 2017 roku 21-latka, która wraz z przyjaciółkami robiła sobie selfie na skale pośrodku rzeki Waikato w Nowej Zelandii, została porwana przez wodę spuszczaną z tamy i utonęła.

W marcu dwóch nastolatków w Wielkiej Brytanii zginęło wskutek upadku z urwiska, na którym robili sobie zdjęcia.

Kilka miesięcy później mężczyzna w Indiach został przejechany przez pociąg. Razem ze znajomymi pozował na torach do selfie.

W Polsce również dochodzi do podobnych tragedii. Do najgłośniejszych należy przypadek pewnego fana AC/DC, który chcąc popisać się przed znajomymi i wyjść dobrze na zdjęciu, spadł do Wisły z mostu Świętokrzyskiego w Warszawie.

Kreatywność na Instagramie i innych portalach społecznościowych nie zawsze przychodzi łatwo, więc perspektywa dobrego zdjęcia w zamian za odrobinę niebezpieczeństwa może brzmieć kusząco. Nie umknęło to jednak uwadze władz, które podejmują kroki, by zniechęcić fanów Instagrama.

Kara Bunn, zarządczyni przestrzeni parkowych i cmentarzy miasta Hamilton organizuje liczne środki bezpieczeństwa w okolicy wodospadów, by zapobiec kolejnym wypadkom i zgonom.

Reklama

„Naprawdę nie warto ryzykować" ‒ mówi Bunn. „Za każdym razem, gdy widzę, jak ktoś pcha się w niebezpieczne miejsce dla fotki na Instagrama, wstrzymuję oddech. Nawet jeśli masz doświadczenie w wędrówkach po bezdrożach, uszkodzona ścieżka albo jeden fałszywy krok wystarczy, by polecieć na łeb na szyję".

By zniechęcić odwiedzających przed zbaczaniem z ustalonego szlaku, wydział Bunn zainstalował ostatnio płot z drucianej siatki, znaki ostrzegające przed niebezpieczeństwem i tabliczki z zakazami, za których złamanie grozi grzywna w wysokości nawet 10.tys. dolarów. Urzędnicy posuwają się nawet do tego, że kamuflują nieoficjalne ścieżki za pomocą połamanych gałęzi i odłamków skalnych.

Zdaniem Bunn za wzrost liczby gości parku odpowiadają portale społecznościowe.

„Taki trend rozprzestrzenia się jak pożar w mediach społecznościowych. Widzisz zdjęcie, na którym ktoś pozuje na tle wodospadów i sam od razu chcesz takie mieć" ‒ mówi Bunn. „Na zdjęciu nie widać jednak, z jakim niebezpieczeństwem się to wiąże. Dlatego ściąga tu wiele osób, które nie mają pojęcia, co je czeka".

Nie zważając na oczywiste ryzyko, poszukiwacze przygód wciąż zrobią absolutnie wszystko dla niebezpiecznych instafotek. Co zrozumiałe perspektywa idealnego ujęcia często zachęca fotografów do przesuwania granicy dalej za każdym razem. Podobnie Jak w przypadku każdego artysty, osiągnięcie takiego celu może przynieść ogromną satysfakcję ‒ a także korzyści materialne.

Nowojorski dachołaz (ang. rooftopper) Adrian C. vel @opoline na Instagramie, to jeden z wielu fotografów, którzy ostatnimi czasy z chęcią wspinają się na drapacze chmur, dla mrożących krew w żyłach ujęć.

Adrian, którego na Instagramie obserwuje ponad 54 tys. ludzi, często podejmuje ryzyko, na które mało kto by się poważył.

Reklama

Jak sam mówi, jedno z jego największych osiągnięć to wejście na wieżowiec 432 Park Avenue, najwyższy budynek mieszkalny na zachodnie półkuli o wysokości niemal 430 metrów. Wyczyn wymagał całych dni przygotowań. Adrian przebrał się za pracownika budowy o 4 rano, na dachu został niemal pochwycony przez ochronę, a na koniec wspiął się po dźwigu, by dotrzeć na sam szczyt.

„Gdy zaczynasz się wspinać, wiesz, w co się pakujesz. Podjąłeś ryzyko już w chwili, gdy pierwszy raz o tym pomyślałeś" ‒ mówi Adrian. „Gdy w twoje głowie pojawi się ta myśl, nic już cię nie powstrzyma. Idea rośnie i rośnie, zaczyna przeradzać się w obsesję. Chcesz za zrobić to zdjęcie za wszelką cenę. I w końcu jakimś cudem ci się to udaje".

Przyznaje, że za każdym razem, gdy zejdzie z budynku, już myśli o następnym. To właśnie ta obsesja i przypływ adrenaliny sprawia, że tak wielu ludzi decyduje się podjąć śmiertelne ryzyko. Adrian świetnie zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa i zna przypadki, gdy w Nowym Jorku ktoś zginął, robiąc to samo, co on.

„Tak to już jest. Nigdy nie masz pewności. Mnie też może się to przydarzyć. Tak samo, jak każdemu, który tego próbuje" ‒ mówi Adrian. „Na pewno nie jestem odpowiednią osobą, by komuś cokolwiek zakazywać. Ale jeśli już się na coś takiego decydujesz, zachowaj maksymalną ostrożność i pamiętaj, jak wielkie podejmujesz ryzyko".

Wykładowczyni socjologii Anabel Quan-Haase z University of Western Ontario dostrzega, jak wielki wpływ na poważne i czasem niebezpieczne życiowe decyzje mają media społecznościowe.

Reklama

„Ekonomia social media opiera się w całości na przyciąganiu uwagi. Chcąc wyróżnić się spośród setek tysięcy zdjęć, młodzi ludzie często podejmują spore ryzyko, byle tylko zdobyć czyjąś uwagę i aprobatę" ‒ twierdzi Quan-Haase. „Z takiego punktu widzenia media społecznościowe zachęcają do narażania się na większe niebezpieczeństwo, zaciera granicę pomiędzy zdrowym ryzykiem a samobójczą brawurą".

Bądź z nami na bieżąco. Polub nasz fanpage VICE Polska na Facebooku

Choć Quan-Haase nie zachęca do lekkomyślnego igrania z losem, podkreśla, że podejmowanie ryzyka stanowi ważny element dorastania i czasem jest niezbędne, by osiągnąć sukces… do pewnego stopnia.

Adrian zaznacza, że nie chodzi po dachach tylko dla własnej rozrywki. Jak mówi, często odkrywa przed ludźmi to, co nieznane.

„Powiedzmy, że stoisz przed wysokim murem. Niektórzy będą myśleć tylko o tym, co znajduje się po jego drugiej stronie. My się na niego wspinamy. Widzimy, co jest po drugiej stronie. Potem wracamy i pokazujemy zdjęcia tym, którzy nie potrafili pokonać muru" ‒ mówi. „Z tym chyba trzeba się urodzić".

Trahan jest podobnego zdania, choć wyraża je nieco ostrożniej.

„Czasem musisz wyjść poza swoją strefę komfortu, żeby zrobić dobre zdjęcie" ‒ mówi. „Ale nie sądzę, by warto było wychodzić z niej na tyle daleko, żeby narażać swoje życie".