Praca po pracy: Aleksandra Grünholz

Muzyka to nie dla wszystkich jedyny sposób, by zarobić na życie. Czasem to tylko dla artysty droga poboczna. Sprawdźcie z nami, jak to łączą.

tekst Jacek Baliński; zdjęcia: Paweł Starzec
06 Lipiec 2017, 8:02am

Właśnie słucham sobie debiutanckiego albumu Dwele i dochodzę do - skądinąd całkiem słusznego - wniosku, że muzyczka to jednak całkiem spoko jest. Nie samą muzyką jednak człowiek żyje - najlepiej wiedzą to ci, którzy... sami ją tworzą. Spotkałem się z pięcioma wykonawcami, których utwory grają w waszym audio, by podpytać ich o codzienną pracę. Od muzyki alternatywnej do techno, od pracownika muzeum do stewardessy, od śmiechu do łez. Uwaga: TL;DR.

- Nie potrafię mieć kogoś nad sobą. Za każdym razem, jak miałam szefa, działy się ze mną złe rzeczy - zdradza Aleksandra Grünholz, fanom eksperymentalnej muzyki elektronicznej znana z solowego projektu We will fail. Decyzja była zatem prosta: trzeba przejść na swoje. Od dwóch lat Ola prowadzi studio graficzne pod nazwą Studio Chaotyczne.

Zanim odpowiedziała na pytanie, kiedy założyła firmę, musiała się chwilę zastanowić. O tym, że od tego momentu musiały minąć już dwa lata, przypomniał jej bezlitosny aparat państwowy. - Niedawno wzrósł mi ZUS, więc na pewno więcej niż dwa lata prowadzę Studio Chaotyczne - śmieje się. Siedzimy w biurze (a jednocześnie przyjemnej kanciapie) małej, niezależnej wytwórni Monotype Records, mieszczącej się w piwnicy potężnego gmachu Instytutu Tele- i Radiotechnicznego nieopodal placu Bankowego. Tutaj Ola ma swoje studio, w którym robi muzykę, ale tutaj też zazwyczaj coworkingowo zajmuje się pracą zarobkową. - Rzadko pracuję w domu; dom służy mi do odpoczynku. Graficy mają tendencję do pracowania w chorych godzinach, ale staram się tego unikać - nadmienia.

Autorka świetnego zeszłorocznego albumu "Hand That Heals / Hand That Bites" zdecydowanie rozgranicza to, co pozwala jej się utrzymać, od tego, co daje jej poczucie spełnienia. - Projektowanie graficzne i muzyka fajnie u mnie ze sobą funkcjonują, ale na zasadzie rozdziału. W codziennej pracy skupiam się na zleceniach stricte komercyjnych, a działalnością muzyczną zajmuję się po godzinach bez konieczności myślenia o tym, że muszę na tym zarobić - tłumaczy i dodaje, że nie chce tego stanu rzeczy zmieniać. - Jak zbrzydnie mi robienie grafiki, mogę uciec do muzyki - i na odwrót. Utrzymywanie się z muzyki, zwłaszcza tak niszowej jak ta, którą ja tworzę, jest karkołomne i wiąże się z dużym stresem i potencjalnym dużym rozczarowaniem. Nie wydaje mi się to odpowiednie - precyzuje.

W ramach Studia Chaotycznego, Ola wykonuje zlecenia dla różnych klientów, którym przygotowuje visuale, digitalowe rzeczy, ilustracje czy animacje. - Robić animacje nauczyłam się niedawno, na potrzeby mojego teledysku. Zaraz po tym okazało się, że na rynku istnieje duże zapotrzebowanie na animacje - opowiada. Co ciekawe, klienci zwykle nie chcą, żeby Ola zrobiła im do nich także muzykę. - Zdarzają się takie sytuacje, ale bardzo rzadko. Zazwyczaj mówią mi, że moja muzyka jest za mroczna. Albo jak z horroru - mówi z uśmiechem. "Shame on you, drodzy klienci" - chciałoby się rzecz. Żeby tak stockową muzykę przedkładać nad We will fail...?

Przed otwarciem własnego studia, Ola, która ukończyła projektowanie graficzne na poznańskiej ASP, pracowała jako freelancer, a przez pewien czas - etatowo w pewnym wydawnictwie. - Nie wytrzymałam tam długo. Jak ktoś mi stoi nad głową, zamieniam się w potwora i nie mam ochoty na współpracę - wspomina i dodaje, że współpracować jak najbardziej lubi, ale na innych zasadach. - Lubię, kiedy dużo zależy ode mnie - kończy.