Wu Tang - The Saga Continues

Wu-Tang nie jest już klanem. Nie jest też legendą, jeśli w ogóle kiedykolwiek był. "The Saga Continues" to sentymentalna ściema… której można z przyjemnością posłuchać.

|
13 Listopad 2017, 8:52am

Żeby wiedzieć, że "The Saga Continues" jest ściemniona nie trzeba słuchać, wystarczy policzyć. Przede wszystkim zero podkładów RZA, niegdyś mózgu całego przedsięwzięcia, architekta brzmienia. On teraz czuję się kompozytorem, a nie, że bity jakieś. Czy czuje się raperem? Nie do końca wiadomo, facet pojawia się w intro, outro, jednym skicie, rzuca po zwrotce w "Why Why Why" oraz "Pearl Harbor" i tyle go widzieliśmy. Lista obecności wygląda zresztą jak w ładny dzień, po wystawieniu ocen i podczas choroby wychowawcy klasy. U-God? Zero zwrotek. Kłóci się z resztą grupy o hajs, dlatego krążek podpisany jest "Wu-Tang" nie "Wu-Tang Clan". GZA? Jedna zwrotka, całe osiem wersów, szykuje z Vangelisem album o fizyce i kosmosie. Inspectah Deck, Masta Killa (premiera longplaya w tym samym czasie co "Sagi…") i Raekwon - dwa numery, tyle co występujący gościnnie Redman. Uczciwie potraktowani mogą czuć się jedynie fani Method Mana i Ghostface'a, choć i to nie do końca. Tracków niby osiemnaście, regularnych numerów dziesięć, takich gdzie w jednym kawałku spotyka się trzech bądź więcej emcees Wu-Tangu - cztery. Czyli góra EPka.

Kiedy już się pogodzimy z tym, że to żaden nowy Wu-Tang Clan, tylko krążek producencki, który przygotował Allah Mathematics, można zacząć dostrzegać dobre strony wydawnictwa. Przede wszystkim, w odróżnieniu od ekscentrycznego RZA, jego pilny, oficjalnie namaszczony uczeń jest raczej niezawodny, równy, brzmienie "Shaolin" odtwarza pieczołowicie i z pełnym zrozumieniem. Sample brzmią bardzo filmowo, jest w tym kung-fu i trochę westernu, nastrój i kampowy posmak. Basy dudnią, perkusje uderzają, po dostatkiem jest krótkich charakterystycznych pianin ("Frozen", "Why Why Why", "My only one") i długich smyków, wokali wykorzystywanych na dalszych planach. Wszystko to fan Wu zna, nigdy czegoś więcej chyba nie chciał.

Zaproszeni raperzy wywiązują się ze swoich ról, mniejsza już o to w jakim zakresie - kto liczył na kryminalny storytelling Rae pod napięciem "("Fast and the Furious"), będzie chciał sprawdzić Ghosta jako mistrza refrenu ("Pearl Harbor"), posłuchać RZA, który ma do powiedzenia coś zaangażowanego ("Why Why Why"), kiedy już wyjdzie z irytującego trybu Kanyego Westa, ten się nie zawiedzie. Skoncentrowany Rebel INS nadal jest w stanie ukraść cały numer świetnie napisanymi linijkami, nawet jeśli to pierwszy singiel promujący płytę ("Firing squad, defying the odds / and the flow solitary, just me behind the bars" czy "Mike in the Billie Jean vid, I got the streets lit" w "People Say"). Na osobne zdanie zasługuje Method Man, który wziął na siebie największy ciężar i jest go sporo. Brak mu dawnej dzikości, szamańskiej energii, ale to bardzo porządny raper z gęstym rymem, grami słów, sprytnymi aluzjami i charakterystycznym flow. Gdy odbija piłeczkę rapując "They criticizing the lyrics, guess everybody's a critic, look / I push the limit while rappers is pushing gimmicks" kibicuje się mu.

Przy okazji konkluzji, może sprostujmy, bo Wu-Tang jest u nas owiany legendą. W pamięci obecnych czterdziestolatków, po hip-hop sięgających incydentalnie, zapisał się jako pierwsze hiphopowe skojarzenie z latami 90. Cała ta mitologia, identyfikacja brzmieniowa i wizualna, trafiła najwyraźniej na podatny grunt. Gdzieś w tym wszystkim uciekło tylko to, że wybitny to Clan miał tylko debiut i może duże fragmenty z pierwszego wysypu solówek. Owszem, kolejne powroty Wu, projekty w mniej lub bardziej okrojonym składzie bywały wydarzeniem, bo słuchacze bardzo chcieli, żeby były i dopiero po latach docierało, że po drugiej płycie to wszystko w najlepszym wypadku średnie. No dobrze, trochę poszalał Ghost, przebudził się Rae, Meth błysnął paroma featuringami, czego "sentymentalni wutangowcy" i tak zwykle nie zauważyli. "The Saga Continues" to płyta, która mimo rozdźwięków tematycznych, wszystkich przerywników i sporej liczby gości (nawet ci bez nazwisk jak Chris Rivers i Mzee Jones nie zawiedli, wręcz potraktowali sprawę ambicjonalnie, a Sean P, ciężko siadający na bit Killah Priest i Redman wydają się w swoich numerach niezbędni) gra kompozycyjnie jako całość i wstydu nikomu nie przynosi. No, może poza PR-owcami chcącymi zobaczyć tu legendę i usiłującymi przekonywać, że to właśnie jest ten "prawdziwy hip-hop".

Obserwujcie Noisey na Facebooku, Twitterze i Instagramie.