używki

W jaki sposób całkiem legalnie uzależniłem się od heroiny

„To nie tak, że żyłem na ulicy i napadałem na staruszki. Nałóg pojawia się niepostrzeżenie. W ogóle nie zdawałem sobie sprawy z tego, że się uzależniam”
ZK
tłumaczenie Zuzanna Krasowska
MS
Wysłuchane przez Mike Sager
27 Czerwiec 2017, 12:00am

Artykuł pierwotnie ukazał się na TONIC

Po raz pierwszy upiłem się i zjarałem, kiedy miałem 11 lat. Dopiero co się przeprowadziłem, byłem nowy i chciałem, żeby inni mnie polubili. W liceum byłem takim typowym kolesiem, który ma fioła na punkcie muzyki i uważa, fajni ludzie nie są w budzie. Na rozdaniu świadectw przyznano mi nagrodę za „Najlepsze poczucie humoru".

Miałem 19 lat, kiedy trafiłem na imprezę w Ocean City w Maryland. Opiłem się Jackiem Danielsem i wypadłem z balkonu na drugim piętrze. Plułem krwią, szczałem krwią, plecy bolały mnie jak cholera, ale nic nie złamałem. Na szczęście nie umarłem, ale było blisko. Jakimś cudem wyszedłem z tego cało. Podobnych sytuacji czekało mnie w życiu jeszcze bardzo wiele.

Pojechałem do szpitala, gdzie zrobili mi zastrzyk z morfiny w pośladek. Towarzysząca mi dziewczyna powiedziała, że wydawałem takie dźwięki, jak gdybym miał orgazm. Byłem jednak głośniejszy niż z jakąkolwiek dziewczyną. Nigdy nie zapomnę tamtego momentu: poczułem, jakby moimi żyłami popłynęło czyste szczęście.

Lekarze przepisali mi mnóstwo pigułek: Vicodin, Oksykodon i Percocet. Po pewny czasie zacząłem je kruszyć i wciągać przez nos, ponieważ chciałem przeżyć podobną fazę, co za pierwszym razem. W międzyczasie moja tolerancja cały czas rosła i dostawałem recepty na coraz to większe dawki. W końcu funkcjonowałem na 180 miligramach Oksykodonu dziennie, czyli na sześciu 30-miligramowych tabletkach. Później zacząłem łykać 10 naraz i mieszałem to z sześcioma 10-miligramowymi pigułkami metadonu. Całość zwieńczałem crackiem w płynie.

To niesamowite, jak niepostrzeżenie pojawia się nałóg. W ogóle nie zdawałem sobie sprawy z tego, że się uzależniam. Pamiętam pierwszy raz, kiedy zabrakło mi pigułek. Obudziłem się w środku nocy, miałem ślinotok, a do tego koszmarnie bolały mnie plecy. Coś było nie w porządku. Wyszedłem z domu i kupiłem sześciopak. Wypiłem całe trzy litry piwa, ale wciąż nie czułem się dobrze. Dopiero kiedy przyszedł do mnie jakiś dzieciak i dał mi Percocet, wszystko wróciło do normy. Wtedy po raz pierwszy zacząłem podejrzewać, że moje złe samopoczucie wiązało się z brakiem proszków. Jednak nie potraktowałem tego poważnie; nie uznałem tego za problem, który potencjalnie może zagrozić mojemu życiu. Pomyślałem: „Okej, czyli po prostu muszę łykać to dalej". Powiedziałem mojemu lekarzowi, że potrzebuję więcej. Uznałem, że jeśli regularnie będę dostawał kolejne recepty, coś takiego nie zdarzy się ponownie.

Cały czas stopniowo zwiększałem dawkę. Kiedy zaczynałem, potrzebowałem pięciu albo dziesięciu miligramów Oksykodonu, żeby znaleźć się w pożądanym stanie. Potem wzrosło to 15 miligramów. Potem do 20. Potem 30. Potem 60. Nagle potrzebowałem całe 300 miligramów. To spora różnica. Problem polegał na tym, że nawet 300 miligramów nie dawało mi już takiego samego kopa, jaki niegdyś miałem po 10. A zjazd po 300 miligramach sprawia, że człowiek zaczyna marzyć o śmierci.

Zacząłem dilować tylko dlatego, że miałem stałe dojście do leków. Zgromadziłem wokół siebie małą grupkę ludzi, którzy ode mnie kupowali. Za każdym razem starałem się upewnić, że zostawiam sobie wystarczająco dużo tabletek, ale nigdy mi się to nie udawało. Zawsze kończyło się na tym, że sam pokątnie kupowałem jakieś prochy (które oczywiście były droższe niż normalnie). Wpadłem w to po uszy. Dilerka to błędne koło, a ja nie potrafiłem się z niego wyrwać. Kiedy człowiek nie ma żadnych pieniędzy, a jest właśnie na koszmarnym zjeździe, zaczyna błagać innych o jakieś resztki. Kończy z 20 miligramami heroiny i dyszką koksu, dzięki którym może sobie zafundować kilkugodzinny haj. A potem robi to jeszcze raz, i kolejny, i następny.

Łapałem się różnych dziwnych fuch, ale z powodu mojego uzależnienia nigdy nie udawało mi się zaczepić na stałe. Pamiętam, że kiedyś pracowałem jako kelner w restauracji w Wilmington w Delaware. Któregoś dnia poszedłem do łazienki z talerzem i łyżką, bo chciałem zmiażdżyć tabletki i je wciągnąć. Moich współpracowników zatkało. Zapytali: „Co jest kurwa? Stary, czy ty właśnie wciągałeś prochy?", na co odpowiedziałem: „No tak, a co, nie można? Inni ludzie tego nie robią? Nie mam prawa naćpać się w naszej łazience?". Do tego stopnia mnie już wtedy pokręciło. To normalne na prochach.


Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Kiedy miałem 25 albo 26 lat, moja lekarka nagle odcięła mnie od leków. Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy dokładnie to się stało – jeśli jesteś uzależniony od narkotyków, lata się po prostu zlewają. Podejrzewam, że zadzwonili do niej moi rodzice i powiedzieli jej, żeby nie dawała mi już żadnych kolejnych proszków. Przestałem nad tym panować, więc postanowili na mnie nakablować. Pamiętam, że wtedy uważałem ich za najgorszych ludzi na świecie – jak mogli mi zrobić coś takiego?

Heroina była tańsza i znacznie łatwiejsza do zdobycia. Zaraziłem się wirusowym zapaleniem wątroby typu C już za pierwszym razem, kiedy wstrzyknąłem sobie narkotyki. Zrobiłem to z kimś, kogo uważałem za przyjaciela. Podzieliliśmy się igłą. Teraz już nie żyje. Kiedy zacząłem mieszać kokainę z opiatami, moje życie też się skończyło.

Pierwszy raz próbowałem to rzucić, kiedy miałem jakieś 28 lat, może 27. Jednak udało mi się to dopiero po kilku kolejnych próbach i odsiadce w więzieniu. To nie tak, że żyłem ulicy i napadałem na staruszki – przez większość czasu rodzice pozwalali mi spać u siebie. Po prostu żadne z moich marzeń się nie spełniało. Robiłem się coraz starszy, a nic w życiu nie osiągnąłem. Człowiek zaczyna ćpać, bo dzięki temu czuje się lepiej. Jednak po pewnym czasie nie ma w tym już nic fajnego. Prochy powodowały w moim życiu jedynie cierpienie. Nadszedł czas na zmiany.

Dzisiaj mogę powiedzieć, że jestem czysty od 508 dni, czyli od roku, czterech miesięcy i 22 dni. Spędzam dużo czasu na spotkaniach Anonimowych Narkomanów. Jestem również wolontariuszem i pomagam ludziom na odwyku znaleźć miejsce w ośrodkach przejściowych dla narkomanów. Nakłaniam też osoby żyjące na ulicy do pójścia na odwyk. Przez cały czas udzielam się w jadłodajni dla bezdomnych, a do tego grywam na odwykach. Piszę piosenki o powrocie do zdrowia: na Facebooku moje kawałki mają ponad 65 tysięcy odtworzeń. To wspaniałe uczucie pisać rzeczy, które naprawdę pomagają innym ludziom i mają na nich pozytywny wpływ. Spędzam też sporo czasu na siłowni. Odkąd przestałem ćpać, schudłem 27 kilogramów i teraz staram się nabrać trochę masy mięśniowej.

Jednym z moich głównych celów jest powrót do szkoły. Chciałbym studiować zarządzanie organizacjami ochrony zdrowia. W przyszłości pragnę pracować na odwyku. Obecnie jestem kelnerem w znanej restauracji w Filadelfii, gdzie podaję jedzenie naprawdę szanowanym osobom. Podoba mi się bycie trzeźwym. Ludzie mnie teraz znacznie bardziej lubią.

Jeśli ty lub ktoś w twoim otoczeniu jest uzależniony od narkotyków, zadzwoń:

801 199 990 telefon zaufania Krajowego Biura ds. Przeciwdziałania Narkomanii

Więcej informacji znajdziesz na stronach:

http://www.kbpn.gov.pl/portal

http://www.monar.pl/


Więcej na VICE: