rozmowa

Polski artysta stworzył własne końce świata, na jakie było go stać

„Jesteśmy jak ten piesek z mema, który siedzi w płonącym domu, popija kawę. Przynajmniej pije tę kawę bez słomki” –​ mówi Tymon Nogalski, autor wystawy „Jutro zatańczyłbym na zgliszczach świata”

tekst Paweł Mączewski
12 Luty 2019, 10:10am

Wszystkie prace Tymon Nogalski

Popkultura obfituje w wizje końców świata już od dawna, niekoniecznie w celach edukacyjnych, co raczej rozrywkowych. Wojna nuklearna, klęski żywiołowe, asteroidy, kosmici, koniec kalendarza Majów, brak internetu – smutna kondycja naszej cywilizacji często służyła raczej jako tło do nowych konfliktów ludzi, którzy ów koniec przetrwali. Tym samym zostawiając nas ze smutną konstatacją, że ludzka natura nie zmieni się nawet w obliczu zagłady, a dostawcy kultury masowej będą powielać schematy podobnych apokalips zapewne do chwili, aż jedna z nich się zmaterializuje.

Pisał o tym chociażby Adam Horowski, autor Leksykonu filmów postapokaliptycznych (Tom 1), kompletnego przewodnika po filmach i serialach ukazujących świat po zagładzie. Temat porusza też Tymon Nogalski wykładający na Akademii Fotografii w Warszawie. W jego projekcie „Jutro zatańczyłbym na zgliszczach świata” nie znajdziecie pościgów rodem z Wojownika Szos, a raczej obrazy serwujące nam wiele interpretacji i pytanie: a może koniec się już zaczął?

VICE: Jak będzie wyglądał koniec świata?
Tymon Nogalski: Mam nadzieję, że będzie szybki. Chciałbym, żeby wydarzył się jeszcze za naszego życia, to byłoby najbardziej jednoczące wszystkich doświadczenie w historii ludzkości – chociaż raz każdy z nas byłby równy. Skoro nie mogłem być na początku, to chciałbym być chociaż na końcu.

Kiedy pierwszy raz poczułeś, że jesteśmy bliżej końca, niż początku?
Podczas mojej wizyty na greckiej wyspie Lesbos w 2016 roku. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem skalę tego, co się wokół nas dzieje. Byłem tam, kręcąc nie swój projekt. Pewnego dnia jeden z członków Lekarzy bez Granic [międzynarodowa organizacja pozarządowa, przyp. red.] powiedział mi, że muszę zobaczyć jedno miejsce – zabrał mnie tam samochodem. To, co zastaliśmy, zmieniło mój sposób patrzenia na świat, zdjęło mi z oczu różowe okulary.

Co zobaczyłeś?
Olbrzymie wysypisko porzuconych kamizelek ratunkowych, których ilość była niepoliczalna. Ciągnęły się po horyzont.

To cię zainspirowało do stworzenia projektu artystycznego i wystawy „Jutro zatańczyłbym na zgliszczach świata”?
Ta nazwa wydaje mi się adekwatna, bo mówi o niemożności doczekania się tego końca – wciąż żyjemy w obawie przed tym, co się dopiero wydarzy. Myślenie o końcu towarzyszy nam chyba od zawsze. W 2012 roku miał nastąpić koniec, bo tak zinterpretowano kalendarz Majów; wcześniej była pluskwa milenijna. W większości przypadków nie mamy na to wpływu. Był Neron, który wziął sprawy w swoje ręce i spalił otaczający go świat, więc ja stworzyłem własne końce świata, takie, na jakie było mnie stać.

Wspominasz o Neronie, a to jeden z tematów twoich prac – miniaturowe koloseum z wosku z dwoma nadpalonymi lontami.
Zgadza się, Neron to mój homage dla tego wydarzenia i dla samej postaci rzymskiego cesarza.

Co symbolizuje zdjęcia przewracającego się chłopaka na krześle?
Sfotografowałem mojego przyjaciela, widząc scenę, w której bujał się na krześle – chciałem uchwycić ten moment, w którym przekraczamy granice bezpieczeństwa i zrywamy się, by ratować sytuacje, nie wiedząc, czy nam się to uda. To zdjęcie nazywa się „Stan rzeczy na dzień dzisiejszy". Okazało się, że zrobiłem je w dniu, w którym Donald Trump wygrał wybory prezydenckie.

Chłopak przewraca się na krześle

Jest też praca ukazująca zafoliowane w próżni jajko?
To moja reinterpretacja ratowania sytuacji, kiedy jest już na to za późno. Podejmowania zbyt późnych decyzji.

Chociaż praca powstała jakiś czas temu, zyskała na aktualności przez dzisiejszą walkę ze wszechobecnym plastikiem.
Plastik jest teraz naszą kolejną możliwością końca, kolejnym wątkiem w palecie potencjalnych apokalips.


By być z nami na bieżąco: polub nas, obserwuj i koniecznie zaznacz w ustawieniach „Obserwuj najpierw”. Jesteśmy też na Twitterze i Instagramie.


Zdjęcie pustyni ze znakiem „proszę nie deptać zieleni” zdaje się sugerować, że nie mamy realnej siły sprawczej w walce o lepsze jutro.
Bo ta walka nie jest w czyimkolwiek interesie. Ludzie myślą przez pryzmat długości swojego życia, niektórzy jeszcze ewentualnie długością życia swoich dzieci, jeżeli je mają. Dlatego ilekroć słyszę o akcjach typu „słomki”, mam wrażenie, że jest to działanie nieadekwatne do problemu. Jesteśmy jak ten piesek z mema, który siedzi w płonącym domu, popija kawę i zastanawia się „Maybe we should ban straws". Przynajmniej pije tę kawę bez słomki.

Myślisz, że odejdziemy stąd w jakiś konkretny sposób (oprócz tego, że chciałbyś, by stało się to szybko)?
Nie sądzę, by realny koniec pokrywał się z tymi, które możemy zobaczyć w popkulturze. Wszystko wskazuje na to, że Ziemia pozbędzie się nas tak, jak my pozbywamy się zarazków – mając gorączkę. Jesteśmy grypą tej planety, temperatura podskoczy, my wymrzemy i przyjdzie nowe.

Więcej prac Tymona Nogalskiego znajdziecie też na jego stronie, możecie też go śledzić na Instagramie. Wystawa: „Jutro zatańczyłbym na zgliszczach świata”, kurator: Łukasz Białkowski, Galeria Widna, Kraków.

Śledź autora tekstu na jego profilu na Facebooku.

Zobacz poniżej prace Tymona:

Model koloseum z wosku
jajko zapakowane w folii
ściana z tapetą pustyni
tabliczka po środku pustyni
tabliczka na pustyni
tabliczka na pustyni

Więcej na VICE: