Macio Moretti: Brazylia zmieniła moje życie

Współtwórca wytwórni Lado ABC w rozmowie o fenomenie warszawskie-go Jazdowa, podejściu do wydawania muzyki i brazylijskich inspiracjach.

|
23 Listopad 2016, 10:02am

Zdjęcia: Paweł Zanio

Muzyka, jak każda inna gałąź przemysłu, ma to do siebie, że pomysł gdzieś z tyłu głowy artysty dzieli od gotowego produktu stosunkowo długa droga. Teraz zastanów się, ile razy pomyślałeś o wszystkich osobach zaangażowanych w proces powstawania muzyki: producentach, menadżerach, bukerach. Oni wszyscy dbają o to, żebyś mógł pójść do sklepu, wziąć z półki płytę, a po jej przesłuchaniu, kiedy stwierdzisz, że z chęcią zobaczyłbyś ten zespół live - żeby koncerty trafiły tam, gdzie jest na nie potrzeba. Zbyt często się o nich zapomina, więc my postanowiliśmy z nimi porozmawiać. Oto Ludzie z cienia - niezastąpieni, choć dla wielu niewidoczni.

Macio Moretti to artysta wielu talentów. Powiedzieć o nim, że jest "człowiekiem z cienia" byłoby grubą przesadą. Macio to jeden ze sprawców zamieszania, jakie powstało wokół albumu Mitch & Mitch i Zbigniewa Wodeckiego oraz laureat Paszportu Polityki sprzed kilku lat. To także współtwórca LXMP i 60/67,5 Minut Projekt, którymi żyje polska scena niezależna. Razem z muzycznymi przyjaciółmi, z potrzeby wydawania własnej muzyki założył wytwórnię Lado ABC, która już od ponad 12 lat zwraca uwagę na najbardziej nieoczywiste zjawiska w polskim niezalu. Macio jest również autorem muzycznych okładek i motorem napędowym wielu inicjatyw, a prywatnie po prostu bardzo szczerym, serdecznym człowiekiem. Postanowiliśmy  porozmawiać z nim o inspiracji Brazylią (w której już za parę dni zagra serię koncertów w różnych konfiguracjach), podejściu do wydawania muzyki i miejscu, jakie Lado ABC znalazło dla siebie na mapie Warszawy.


Noisey: Zacznijmy od Jazdowa. Kiedy ostatnio się tam widzieliśmy, wspominałeś, że w wakacje nie za  często udawało ci się bywać w Ladomiu...
Macio Moretti: Rzeczywiście bywałem rzadko, z racji tego, że domek ruszył tak naprawdę na początku wakacji. Miałem w tym okresie dość mocno zatkany kalendarz, częściowo wyjazdami stricte muzycznymi, a częściowo po prostu byłem na wakacjach. Jakoś tak się zdarzało, że ciągle w te środy byłem gdzieś w delegacji, więc dopiero w końcówce sierpnia udało mi się dotrzeć.

Jak w ogóle wpadliście na pomysł, żeby właśnie tam ulokować swoje miejsce na mapie Warszawy?
Wiesz co, to jest długa historia. Tak naprawdę od długiego, długiego czasu myśleliśmy o jakiejś siedzibie, miejscu, które by integrowało ekipę. Te poszukiwania były często pogrążone w depresji dlatego, że nie byliśmy w stanie znaleźć nic takiego, co nie kosztowałoby milion złotych, a byłoby możliwe do ogarnięcia. W końcu Kamila Bondar rzuciła pomysł, żeby spróbować o to zawalczyć, bo to był po prostu miejski konkurs na zagospodarowanie tych domków. Zaproponowała i poszło. Poszło tak, że na ostatnią chwilę zgłosiliśmy się do tego konkursu i okazało się, że wygraliśmy ten domek, o który wnioskowaliśmy. No i tyle... To dość śmieszne, bo przez długi czas nie mieliśmy żadnego miejsca, łącznie z tym, że nasze płyty były po prostu składowane w piwnicy. Pomyśleliśmy, że fajnie byłoby mieć jakąś przestrzeń do spotkań, więc wynajęliśmy i przygotowaliśmy jedną suterenę, no i w tym samym czasie dowiedzieliśmy się, że ten domek wygraliśmy. Więc wyszło na to, że w tamto miejsce zainwestowaliśmy czas i jakieś tam pieniądze, żeby je przystosować, po to żeby się zaraz z niego wyprowadzić i zasiedlić domek.

A zasiedliliście go raczej na stałe? Jakie macie wobec niego plany? Dopóki było ciepło, odbywał się cykl Lado na Wsi, a co teraz, kiedy zrobiło się trochę chłodniej?
Te eventy to jest trochę taki spontaniczny efekt uboczny tego, że mamy ten domek. Nie planowaliśmy, że będziemy od razu tam robili jakieś koncerty. Wiadomo, że z biegiem czasu byśmy o tym pomyśleli, ale w dużej mierze chodziło o to, że ten domek wymaga remontu i po prostu w jakiś sposób chcieliśmy spróbować zebrać na ten remont środki. I to był najprostszy sposób. Wystarczyło pogadać z różnymi znajomymi, żeby zagrali koncerty, zadbać żeby to było dość nieformalne i utrzymać luźny klimat, przy okazji zbierając trochę pieniędzy. To świetnie zintegrowało ludzi, bo wszyscy się wkręcili w to, żeby tam działać i pilnować, opiekować się tym domkiem. Mamy już tam nasz cały magazyn płyt, więc plan na dalszy okres jest taki, że będziemy mieli tam biuro, będzie też mała pracownia muzyczna i sala warsztatowo-wystawienniczo-koncertowa - dość mała, jak zresztą sam widziałeś. 

Wiesz, nie mamy jakichś dalekosiężnych planów, bo działamy w dużej mierze na spontanie. Nie mamy więc rozplanowanego do grudnia kalendarza... ale na pewno, tak jak w przypadku Lado Na Wsi, ten kalendarz po prostu sam się nagle wypełni. Plan jest więc taki, że domek jest i póki będziemy go mieli, to będziemy działać (śmiech).

W czym tkwi fenomen Lado na Wsi? To jest kwestia miejsca, czy może doboru artystów? A może ludzie po prostu już wiedzieli, po co tam przychodzą? Przez całe lato zabierali tu ze sobą dzieciaki, zwierzęta... Wszyscy siadali razem i traktowali się, jak gdyby znali się od lat.
Totalnie nie mam pojęcia. Też to obserwowałem i to naprawdę jest niesamowite, że w środowy wieczór, bez żadnej reklamy tak naprawdę... kiedy jedyną reklamą jest jakiś paździerzasty event na Facebooku, gdzie właściwie nic nie jest napisane... i rzeczywiście zbierali się ludzie, siedzieli cicho, słuchali muzyki. Kurde, naprawdę nie wiem na czym to polega. Ale to jest piękne, bo znaczy to, że ludzie chcą czegoś takiego doświadczać i w jakiś sposób chcą być zaangażowani w taką sytuację. To też naprawdę fajny eksperyment, nawet w kwestii tak zwanych cegiełek na domek. Dowolność oznacza, że każdy mógł tam wejść, niezależnie czy miał kasę, czy jej nie miał. Po prostu to jest jego decyzja, czy chce się jakoś do tego dorzucić, czy nie. No i super działa - to budująca sprawa.  

No właśnie. To ciekawe, bo nad Wisłą w ramach cyklu Lado w Mieście nie wytworzyła się aż tak zacieśniona społeczność...
Być może to przez to, że w domku wszystko jest nieformalne. Okoliczności też są dość nietypowe. Jazdów jest bardzo urokliwy i sam pamiętam, jak pierwszy raz tam trafiłem, mając pewnie naście lat, przez przypadek przechodząc Wiejską w stronę CSW. Pamiętam, że byłem w ciężkim szoku kiedy zobaczyłem, że istnieje takie miejsce w centrum miasta, gdzie naprawdę czujesz jakbyś przenosił się w spowolnioną strefę czasu. Zaczynasz sam zwalniać, więc być może to też ludziom dużo daje, że są w takiej przestrzeni i chcąc  nie chcąc bardziej się relaksują. Nad Wisłą jest jednak gęsto - są bary, jest muzyka tu, muzyka tam, ciągle ktoś łazi. Tak naprawdę teraz to już jest normalny trakt rowerowo-spacerowy, więc po prostu inna jakość jest tam, inna jakość jest tutaj. Z drugiej strony porównując ilościowo, ile osób przychodzi na Lado na Wsi i Lado w Mieście, to są to pewnie podobne liczby, tylko że tutaj rzeczywiście czujesz, że ci ludzie się wszyscy spotykają, robią sobie kółko z krzeseł, siadają i sobie gadają.

Myślisz, że domek na Jazdowie, który jest oazą spokoju w centrum najgłośniejszego miasta w Polsce, to może być metafora miejsca, jakie zajmuje Lado ABC na polskim rynku muzycznym?
To ciekawe (śmiech). Nie wiem tak naprawdę, jakie jest nasze miejsce, bo przez to, że jesteśmy tak nieprofesjonalni, a jednak dość ekspansywni, bo dużo rzeczy przez te kilkanaście lat zrobiliśmy, to trudno stwierdzić, gdzie obecnie jesteśmy. Na pewno jest coś w tym, że to ubocze w centrum (śmiech). Można byłoby taką analogię znaleźć. Ale ja chyba nie jestem dobrym obiektem do rozmów, żeby myśleć takimi kategoriami... Nie myślę tak szeroko o tym wszystkim, bardziej robię to doraźnie, skupiam się na tym, co dzieje się teraz i nie zajmuje mnie kontekst historyczny, ani przyszłościowy. 

Przede wszystkim cieszę się bardzo, że mamy wreszcie swoje miejsce, bo zawsze byłem orędownikiem tego, że miejsce jest niezbędne, żeby ludzi ze sobą zetknąć i wywołać jakąś reakcję twórczą. Kiedyś mieliśmy takie miejsce na Kasprzaka. Fabryka VIS udostępniała tam stare pofabryczne budynki. Teraz tam jest już ogromne osiedle mieszkaniowe, a my tam mieliśmy taką miejscówkę, którą rzeczywiście wynajęliśmy, wypicowaliśmy i zrobiliśmy tam przestrzeń do pracy. To wszystko trwało dosłownie rok z hakiem, bo potem nas wyrzucono. Ale przez ten rok... to był bardzo kreatywny rok i bardzo dużo wtedy zrobiliśmy jako wytwórnia, ekipa. Potem była Chłodna, która spełniała funkcję takiego miejsca, do którego zawsze możesz dotrzeć i zrealizować tam po prostu każdy pomysł. Teraz mam nadzieję, że takim miejscem stanie się domek. Bez tego wszystko się trochę rozsypuje, rozjeżdża...

Chyba nie lubicie, kiedy mówi się o Lado ABC per "wytwórnia"...
To jest wytwórnia, ale to tylko pod tym względem, że wydaje płyty. A tak ogólnie to nie mamy infrastruktury wytwórni, nie mamy też myślenia wytwórniowego, bo się na tym nie znamy. W skrócie - nie stać nas na to, żeby mieć wytwórnie pełną gębą.


W czym w takim razie tkwi fenomen właśnie takich przedsięwzięć jak Lado? Zawsze bardzo podobało mi się to, że pomiędzy niezależnymi wytwórniami, czy też niewielkimi podmiotami zajmującymi się muzyką nie zauważa się rywalizacji - to jest raczej współpraca. Myślisz, że bardziej stymulująca do intensywnej pracy nie byłaby jednak rywalizacja?
Tak naprawdę rywalizacja może być po to, żeby zarobić pieniądze, albo po to, żeby się polepszyć na takiej zasadzie, jak rywalizują sportowcy. Więc żeby zarobić pieniądze, rywalizacja na rynku tak zwanej muzyki niezależnej, małych wytwórni, w ogóle nie ma sensu, bo tutaj nie ma czegoś takiego, że jak odbierzesz komuś trzech klientów, którzy kupią trzy kasety, to ty będziesz do przodu tak strasznie, że warto o to rywalizować (śmiech). Myślę, że nie ma co pod tym kątem tego rozpatrywać. Pod kątem rozwoju - że chcesz się z kimś ścigać? Ja nie lubię się ścigać, nie jestem tego typu człowiekiem, więc na pewno zdrowa rywalizacja ma sens, ale mnie się bardziej podoba, jak ludzie się wspierają i afirmują, i starają się być lepszymi z własnej woli, a nie na przekór komuś.

Więc wydaje mi się, że ta sytuacja jest ekstra, bo teraz tych różnorakich wytwórni pojawiło się dużo. Wiesz, ja nawet nie nadążam za tym. Co jakiś czas tylko czytam, dochodzi do mnie, że jest jakaś kolejna mała wytwórnia, kolejny ktoś decyduje się, że chce takie rzeczy robić. Wydaje mi się, a przynajmniej mam taką nadzieję, że często idzie za tym to, że chcesz w jakiś sposób skonsolidować pewne środowisko albo chcesz, żeby pewne środowisko muzyczne, czy też pewne indywidualności muzyczne, które nie mają należytej ekspozycji - chciałbyś w jakiś sposób pomóc im przekazać to, co mają do powiedzenia. No i to jest super, że masz takich ludzi, którzy niekoniecznie są muzykami i chcą w jakiś sposób, gdzieś tę tkankę tkać.

Często zdarza się, że trafiają do was muzycy zupełnie wam nieznani, którzy podsyłają różnymi drogami swoje demówki z prośbą, żebyście na to zerknęli?
Oczywiście zdarza się to, ale nie zdarzyło się chyba ani razu, żeby ktoś przysłał coś, czego słuchasz i myślisz: "kurde, rzucam wszystko i to jest to!". Ale wiesz - my jesteśmy totalną bandą zjebów oczywiście i przeważnie jest tak, że kiedy ludzie coś podsyłają, to nie odpisujemy, ale nie ze złej woli, tylko wiesz - pięć osób dostaje maila i każdy myśli, że odpisał może ten drugi. Wynika to też może z tego, że gdyby to było coś naprawdę niesamowitego, to ktoś jednak by się tym zainteresował. Ja znowu mam tak, że jeśli jest coś, czym totalnie zapaliłbym się, żeby to wydać, to i tak muszę zobaczyć taki zespół na żywo. Ale my trochę zrezygnowaliśmy z bycia wytwórnią, bo zdaliśmy sobie sprawę, że bycie wydawcą nakłada na ciebie obowiązki, których jako muzyk nie chcesz mieć. Ja na przykład jako muzyk zawsze sam wydawałem swoje płyty, Paweł Szamburski chciał sam sobie wydawać płyty, inni też, więc połączyliśmy się i każdy sobie wydał płytę pod wspólnym szyldem i w sumie tak to powinno wyglądać. Jeżeli chcesz wydać płytę, to mimo że masz jakąś ekipę, jakąś platformę, to nie możesz prosić piętnastu osób, żeby coś za ciebie robiły, bo każdy ma ograniczoną ilość czasu. Teraz jeszcze wszystkim porodziły się dzieci i nagle nastąpił duży deficyt czasu.

Wokół niewielkich wytwórni tworzą się społeczności ludzi, którzy są w stanie właściwie w ciemno zamawiać kolejne płyty, tak naprawdę bez większej reklamy.
To oczywiście nie jest aż tak. Tak naprawdę nie chodzi o to, żeby ktoś kupował coś, co my robimy, zupełnie bezkrytycznie, tylko ze względu na to, że to my robimy. Chociaż to jest oczywiście kwestia wiary w jakąś ekipę. Każdy po prostu ma swoje pomysły i wierzy, że ludzie, którzy go otaczają mają również coś do powiedzenia. To jest forum dla nich, żeby to powiedzieć. Więc ty niekoniecznie musisz się interesować każdym z tych wytworów i każdym rodzajem muzyki, którą oni grają, czy każdym pomysłem. To jest akurat fajne, że jest jakiś krytycyzm, ale mimo to gdzieś też tworzy się swego rodzaju trade mark. Ludzie przynajmniej wiedzą, że może nie będą się tym jarać, ale jakość zostanie zachowana. To jest też bardzo ważne, żeby tego się trzymać. Żeby nagle nie zrobić syfu. Chociaż w sumie, jeżeli chcesz zrobić syf, robiąc takie coś, jak my robimy, to musisz z jakiegoś powodu zdecydować, że rezygnujesz z trzymania tej jakości. I nie chodzi o hajs. Przeważnie im gorszy poziom, tym więcej hajsu możesz na tym zbić. A my nie myślimy w ogóle o tym, żeby zbijać hajs na czymkolwiek, więc po prostu robimy rzeczy, które niekoniecznie są popularne. 

To też nie jest tak, że kiedy wydajemy płytę, na przykład - Pękala | Kordylasińska | Pękala i jest sto osób, które śledzą, co Lado ABC robi, to ci ludzie nagle kupują te płyty - tak niestety nie bywa. Chociaż mnie akurat trochę to smuci, bo zawsze słuchałem muzyki przez pączkowanie, czyli że interesowałem się jedną rzeczą i od razu sprawdzałem, co ci ludzie robili dalej. Zawsze wiedziałem więcej niż to, że zespół X to jest zespół X, ale wiedziałem też, że zespół X wydaje w wytwórni Y, a ta wytwórnia wydaje jeszcze inne zespoły i że na przykład perkusista z grupy X gra jeszcze w innym zespole. Oczywiście zawsze myślałem, że większość ludzi tak właśnie działa, a okazuje się, że właśnie nie i ich to nie interesuje w dużej mierze. Patrząc na płyty, które sprzedajemy jako sklepik internetowy, to zawsze, poza wypadkiem przy pracy, czyli płytą Mitchów z Wodeckim, która sprzedała się jakoś szalenie, nie przekłada się to na to, że sprzedaje się też LXMP, Slalom, Der Father, czy inny zespół, którego członkowie tworzą akurat tę inkarnację Mitchów. Co do followingu na zasadzie, że ufasz czyimś wyborom, to wydaje mi się, że zmieniły się czasy i nie ma już czegoś takiego, że potrzebujesz jakichś autorytetów, żeby ci selekcjonowały informacje. Po prostu ludzie są do tego przyzwyczajeni, że dostają frontalny atak bzdur razem z wartościowymi rzeczami i muszą to przetwarzać. Bzdura i ważna rzecz ma tę samą wagę.

Potrafisz jakoś wytłumaczyć boom, jaki zrodził się wokół projektu Mitchów ze Zbigniewem Wodeckim?
Po pierwsze, Zbigniew Wodecki to jest pewnie jedna z parunastu postaci, którą w Polsce każdy zna. Nie wiem jak jest z dziećmi - czy Pszczółka Maja jest nadal puszczana w telewizji, ale generalnie ludzie od nastu do stu na hasło Wodecki od razu wiedzą, o kogo chodzi.

Jasne, Zbigniew Wodecki jest osobą kojarzoną, chociaż wydaje mi się, że nie przekłada się to jednak na żywe zainteresowanie jego twórczością...
Tak, oczywiście, ale ja nie do tego zmierzam. Bo to jest tak, jak czerwone światło - każdy na nie reaguje, wie, że trzeba się zatrzymać. Czyli po pierwsze sporo daje już sama obecność Wodeckiego. Po drugie, to jest po prostu świetna muzyka, super utwory - to jest piękna płyta, którą nagrał w 76 roku. I często spotykaliśmy się z tym, że ludzie mówili, że te utwory ich wzruszają - ktoś tańczył do nich swój pierwszy taniec na ślubie, czyli ten utwór znaczy dla niego naprawdę wiele. Więc ta pierwotna funkcja muzyki dla samej muzyki wydaje się tu być spełniona. Poza tym, z naszej strony nie robimy też nic, czego nie robilibyśmy grając bez Zbyszka. Po prostu gramy to z przyjemnością i najlepiej jak możemy, z całą miłością, jaką możemy temu dać. Pewnie jak na potencjalne możliwości komercyjne tego materiału i tak zrobiliśmy może połowę. Oprócz Zbigniewa tak naprawdę nas w tym nie ma - gramy koncerty, ale ani nie udzielamy wywiadów, ani nie jeździmy do Polsatu i Pytania na śniadanie i nie wałkujemy tematu, bo po prostu nikt z nas nie chciałby tego robić. Z kolei Zbigniew robi to od ponad 40 lat, ma totalny luz i po prostu ciągnie temat (śmiech). Ale generalnie, gdyby być klasycznym szołbiznesowcem i poświęcać codziennie temu czas, pompując temat, to pewnie byłby to jakiś ultra hit. 

Ja jednak zawsze odnoszę się do tego tak, jak sam to widzę - czasem mam rację, a czasem zupełnie nie, ale to pozwala mi trzymać pewien pion. Chodzi mi o to, że w żadnym wypadku tego nie deprecjonuję, ale i tak traktuję całe zamieszanie wokół tego jako wypadek przy pracy. Oczywiście nie jest tak, że ludzie przypadkiem zaczęli tego słuchać, bo to cały czas są ludzie, którzy znaleźli w tym jakąś swoją prawdę, jakkolwiek by to nie brzmiało górnolotnie, albo banalnie. Po prostu szukasz w tej muzyce czegoś więcej, niż że ona przeleci i już jej nie będzie. Dla części osób ta płyta coś znaczy - rozumiejąc to tak trochę po starodawnemu.

A jak wygląda twoje zaangażowanie w inne, liczne projekty, w których bierzesz udział. Nie gubisz się w tym wszystkim - w liczbie materiałów, składów (śmiech)?
Nie, nie gubię się, bo też zawęziłem temat przez ostatnie lata. Trochę rzeczy "przyschło", nie pojawia się i nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek się pojawi, więc tak naprawdę nie mam tak wiele do robienia i też nie robię aż tak wielu rzeczy naraz. Przestało mi to być potrzebne. Było mi potrzebne, kiedy byłem dużo młodszy i miałem miliard litrów paliwa i idei, pomysłów i utopijnej wiary w róże dziwne koneksje i budowanie tym jakiejś rzeczywistości. Wtedy akurat potrzebowałem tego bardzo, również żeby jak najwięcej się nauczyć - jestem samoukiem, więc to była moja szkoła - wszystkie te spotkania, pomysły i rzeczy, które można w pewien sposób uruchomić. A teraz mam z tym trochę większy luz (śmiech). Poza tym jest to trochę małolackie, ale cały czas myślę o tym, jak robić tylko to, co chcę robić - żebym się tym cieszył, a nie męczył. Więc wracając do pytania - nie gubię się, odcedziłem, co niepotrzebne, albo co już nie dawało mi w żaden sposób radości albo zwyczajnie nie miałem na to czasu. Aktualne rzeczy są na tyle ciekawe, intensywne i rozwijające, że wystarczy mi to.

Wiele osób uważa ciebie za jedną z najbardziej produktywnych osób na scenie alternatywnej. Rozmawiałem o tym kiedyś z Błażejem Królem, któremu też zarzucano swego rodzaju nadproduktywność. Czy uważasz, że faktycznie, tak jak wielu, moim zdaniem niesłusznie, twierdzi, więcej niż jeden materiał w ciągu roku to zbytnie rozdrabnianie się i pozbawianie słuchaczy całej magii wyczekiwania na nowe?
To wszystko zależy od tego, jak dany człowiek pracuje, co go interesuje, ile potrzebuje czasu na przygotowanie płyty. Czynniki, które decydują o tym, że zespoły nie wydają dwóch płyt w ciągu roku, to często czynniki rynkowe, a u mnie one nie istnieją. Raczej po prostu, jeśli nad czymś pracuję i jest jakiś dogodny termin, czy powód, żeby to wydać, to to robię. To jest kwestia tego, że niektórzy ludzie potrzebują pracować rok nad jakimś materiałem i go cyzelować, a są tacy, którzy potrafią nagrać płytę w dzień. Decyduje o tym też specyfika muzyki - jeżeli grasz muzykę improwizowaną, to nie siedzisz nad tą płytą rok, tylko jest szansa, że nagrasz ją w jeden dzień. No i pytanie, czy jeśli wydasz taką płytę w marcu, to trzeba czekać aż rok, żeby wydać następną? W moim przypadku kwestia ekonomiczna, która by to warunkowała, nie istnieje. To nie jest też tak, że każda płyta z moim udziałem, automatycznie oznacza, że jestem głównym kompozytorem i aranżerem - tak nie jest. 

Parę lat temu był taki rok, że wydaliśmy płytę Mitchów "XXII Century Sound Pioneers", wtedy też wyszło drugie ParisTetris, wyszła też chyba Baaba "Disco Externo", na której grałem. Każdy ten materiał, to było konkretnie przedsięwzięcie - to nie było tak, że weszliśmy na dzień do studia - to było parę miesięcy pracy i to były przemyślane rzeczy z konkretnym konceptem. Pytanie: czy to jest rozdrobnienie, czy nie, no bo to nie jest tak, że nagraliśmy w jeden dzień cztery płyty na czterośladzie i dobra - wszystko jest ekstra, więc wypuszczamy (śmiech). To wszystko były godziny pracy i godziny działania. Zamiast siedzieć w biurze 8 godzin dziennie, to tyle spędzaliśmy pracując nad jedną, drugą, czy trzecią płytą. Ja w ogóle ufam twórcom - mówię o takich ludziach, którzy mają pomysł na to, co robią. Tak jak na przykład Błażej ewidentnie ma pomysł na to, co robi i nieważne, czy wydaje go Kayax, czy wcześniej Thin Man, to wiem, że on na pewno w Kayaxie, mimo że musi inaczej ustawiać klocki w kwestii promocyjnej, to w kwestii artystycznej nadal jest bezkompromisowy, robi to, co chce. Więc ja wychodzę z założenia, że trzeba ufać artystom tego typu, którzy jeśli mają do powiedzenia coś, to to mówią, a jeśli nie mają, to wierzę, że nie powiedzą. Więc jeżeli ktoś ma do powiedzenia dużo w krótkim czasie, no to super (śmiech). Nie traktowałbym tego tak, że jeśli czegoś jest dużo, to jest od razu rozdrabnianie się, a jak jest mało, to jest skupienie - niekoniecznie to musi to oznaczać.

W rozmowie z tobą nie mogę nie zapytać o Brazylię. Jak to się dzieje, że Brazylia aż tak cię inspiruje?
To jest dobre pytanie (śmiech). Kiedyś miałem dziewczynę z Brazylii i w latach 90. po prostu pojechałem tam. Dzisiaj gadałem nawet o tym z moją żoną, myśląc o tym, że podróże i wyjeżdżanie gdzieś na dłużej niż tydzień, szczególnie w dość młodym wieku, to jest po prostu coś, co każdy powinien zrobić. Jest to coś, co zmienia cię ewidentnie, możesz nawet o tym nie wiedzieć, ale zmienia cię bezpowrotnie na całe życie. I dla mnie Brazylia jest właśnie tym czymś. To jest mój kierunek, moja druga ojczyzna. Byłem tam wielokrotnie, spędziłem tam w sumie ponad rok mojego życia przez te 20 lat od kiedy pierwszy raz tam poleciałem. I kiedy myślę o jakimś innym miejscu na świecie, gdzie mógłbym mieszkać, to jest to Brazylia. Wzięło się to stąd, że w latach 90., kiedy miałem 21 lat poleciałem pierwszy raz do São Paulo, właściwie przed erą Internetu (śmiech). Co roku latałem tam na zimę, na trzy miesiące kwarantanny i to totalnie zmieniło moje życie. Poznałem tamtejszą muzykę, która zmieniła moje podejście do grania i myślenia. Spotkałem ludzi, którzy są otwarci, ciepli, którzy na powitanie przytulają się i życzą sobie dobrze... I to zmieniło moje życie i wpłynęło na to, że tęsknota za tym miejscem i to takie wszczepione obce DNA cały czas we mnie buzuje.

W Brazylii bywa też Wojtek Kucharczyk...
Ja Wojtka w ogóle poznałem w taki sposób, że w czasach zupełnych początków internetu przeczytałem jakiś artykuł o Mołr Drammaz i zobaczyłem zdjęcie, na którym oni byli chyba z flagą Brazylii. To był taki symbol, który nie istniał wtedy w polskiej przestrzeni publicznej, nikt się tym nie interesował, nikt tego nie znał, a ja byłem po prostu fanatykiem - miałem płyty itd. I przeczytałem nagle, że jakiś gość robi muzykę, która jest inspirowana muzyką brazylijską. I wydaje mi się, że kiedy grali w Warszawie, to ja poszedłem po prostu na ten koncert, żeby się z nim poznać i powiedzieć "człowieku, my się musimy poznać, bo czerpiesz z tego samego źródła". W ten sposób się poznaliśmy. Wojtek w końcu poleciał do Rio w zeszłym roku. I ta Brazylia, która przez lata była taką jego fantomową ojczyzną stała się faktem. Dotarł tam i z tego co mi opowiadał, to nie zawiódł się. To jest naprawdę piękne miejsce. I to jest ciekawe, bo dzięki temu poznaliśmy się z Wojtkiem i zaczęliśmy grać razem. 

Brazylia to jest dość szalony temat po względem tego, jak wiele w moim życiu wydarzyło się od momentu, w którym tam się znalazłem do momentu, kiedy w połowie lipca tego roku wróciliśmy z Brazylii, gdzie nagrywaliśmy nowy materiał Mitchów z gościem z Rio, który się nazywa Kassin. To jest producent, muzyk, który współpracował z artystami, na których poniekąd się wychowałem. I nagle to koło się zamyka i znajdujesz się w końcu w swoim wymarzonym miejscu, takim LA, dokąd każdy chciałby polecieć i zrobić tam karierę. I tak jak niektórzy chcieliby polecieć do Londynu i nagrać płytę z kimśtam, to ja myślałem gdzieś podskórnie, że to właśnie w Brazylii chciałbym nagrywać płyty. I nie nagrywać z nie wiadomo jak rozdmuchaną gwiazdą światowych scen, tylko np. z Caetano Veloso - to było moje marzenie (śmiech)! I tak ta Brazylia drga przez pół mojego życia.

Jako muzyk poszukujesz jeszcze nowych ścieżek, nowych dróg i rozwiązań?
Niedawno myślałem o tym, że nigdy nie miałem w muzyce czegoś takiego, żeby w coś wchodzić bezkrytycznie, czyli że podoba mi się jakaś jedna rzecz danego artysty i w takim razie wchodzę w to i wszystko jest ekstra. Zawsze słuchałem, szukając tego, co może mnie zainspirować. Jeśli chodzi o rzeczy nowe, to bardzo słabo śledzę, co się dzieje, tylko wyławiam rzeczy, od których dostaję prawdziwego plaskacza i stwierdzam, że to jest to. Muszą to być rzeczy, które w jakikolwiek sposób mnie zaskoczą, ale nie, że zaskoczą z przyczajki, tylko czuję, że w jakiś sposób mnie wzbogacą. 

Nie powiedziałbym, że szukam stricte muzycznie. Dla mnie to wszystko zawsze się ze sobą łączy - czyli co dany człowiek ma do powiedzenia, kim jest, jakie ma podejście i jaką robi muzykę. Zdarzało się tak, że bardziej inspirowało mnie czyjeś podejście na przykład do kwestii etycznych, niż muzyka, którą tworzył. Przez lata na przykład nie słuchałem hip-hopu, praktycznie zero, chociaż cały czas ktoś na bieżąco mi coś polecał, ale nie miałem wkrętki, a kiedy usłyszałem Tylera - po prostu sztos. W rapie to jest dokładnie to, co powinno być robione pod względem całości: muzyki, tekstów i całej aury, podejścia i sprzeczności, które on z premedytacją sprzedaje. Tak samo muzyka elektroniczna przeważnie była dla mnie jałowa i nagle TNGHT - Hudson Mohawke i Lunice i ta epka - po prostu rozpierdol. Pewnie w życiu nie kupię innej płyty Hudsona Mohawka, ale w tym jest zawarte coś takiego, że dostajesz bangerem w ryj i nie ma dyskusji. Więc takie rzeczy mnie interesują. Nie ma wtedy dla mnie znaczenia, w jakim czasie się pojawiły. Aczkolwiek ogólnie faktem jest u mnie zdziadziały regres w stronę lat 50. i 60. - kupuję dużo płyt z tamtych czasów - różne stare orkiestry. To mnie totalnie jara - kunszt aranżerski, instrumentalny, kompozytorski, jest to bardzo ciekawa, bogata muzyka.


Jako artysta zajmujesz się też warstwą graficzną muzyki. Czy tak rozbudowane zaplecze muzyczne, jakie posiadasz, pomaga w tworzeniu okładek płyt?
Punkt styczny jest na pewno taki, że myślenie abstrakcyjne i łączenie różnych, z pozoru nieistotnych faktów w jakiś dziwny sposób - to pewnie może pomagać. Ale to, że tworzysz okładkę płyty muzycznej i jesteś muzykiem - chyba nie. Wiesz, może to tylko tyle oznaczać, że możesz wyeliminować takie sytuacje, jak coś, czego na przykład Piotrek Zabrodzki nie mógł przeboleć, jak Dawid Ryski robił okładkę płyty Baaby i był na niej Korg MS-20, który miał wszystkie klawisze czarne jeden obok drugiego, bez przerw. A jak jesteś muzykiem, to wiesz, że dany instrument wygląda tak, a nie inaczej. Takie rzeczy możesz weryfikować od razu, ale ogólnie wydaje mi się, że specjalnie nie ma to wpływu.

W takim razie uważasz, że oprawa graficzna powinna korespondować z muzyką, czy lepiej, kiedy jest niezależnym bytem?
Moja praktyka jest taka, że w ogóle nie słucham muzyki, do której robię okładki - w 80% nie słucham, a z tych 80% to połowy w ogóle nawet z premedytacją nie chcę słuchać. Bardziej łapię inspirację z intuicji - wiesz, staram się wyłapywać, jakie mam skojarzenia a propos tego, czym się będę zajmował. Po drugie - wiadomo - tytuł i te rzeczy. Ale ja na przykład lubię, kiedy to totalnie ze sobą nie koresponduje, gdy pojawia się kontrast. W ogóle lubię ryzyko, kiedy coś ma szansę sprawdzić się dopiero, kiedy wyjdzie na światło dzienne. Więc nie inspiruję się muzyką przy tworzeniu okładek. Musiałbym pomyśleć, czy kiedykolwiek było tak, że słuchałem płyty i myślałem "Boże, ta płyta powinna mieć taką okładkę!". Raczej chyba wolę myśleć, co by było gdyby...