Reklama
Moje zdanie

Dlaczego mam gdzieś Przystanek Woodstock

Pijani fani Ryśka Riedla zażywający błotnych kąpieli, chcący posępić piwa, a potem zrobić dziękczynnego miśka sprawiają, że mój pokojowy nastrój może zniknąć szybciej, niż Owsiak powie pięćdziesięciozłotówka

tekst Michał Przechera
28 Lipiec 2015, 3:43pm

Zdjęcie: commons.wikimedia

Seria „Moje zdanie" prezentuje spojrzenia obeznanych osób, które nie pretendują do obiektywizmu i niekoniecznie pokrywają się ze zdaniem redakcji.

Zbliża się kolejny Przystanek Woodstock, a wraz z nim niebawem zaczynie się coroczne męczenie buły: wtedy to uaktywniają się nieznośni entuzjaści tej imprezy. Na przeciwległym biegunie stoją natomiast pogardliwie narzekający na mainstreamową juwenaliowość trzydniowego ochleju. Kolejną sporą grupę tworzą wszyscy mało poważni łowcy szatana, którzy grożą palcem – czasami wskazującym, czasami środkowym. Ja w całym tym domu wariatów na owsiakową imprezę staram się patrzeć z przymrużeniem.

Dość długo nie miałem ochoty na zabawę w gronie ludzi, o których śpiewał Castet w „Pozerze". Przełamałem się dopiero w 2007 roku, wraz z koncertem Type O Negative, który był całkiem pozytywny. Oprócz tego towarzyszyło mi tak solidne rozczarowanie, że drugiego dnia zawinąłem graty i opuściłem pole namiotowe z pewnością, że moja noga już tam nie postanie.

Później na Przystanku byłem jeszcze kilka razy – to tyle w temacie mojej konsekwencji. Jechałem tam zarówno jako dziennikarz (wiecie, że akredytacje są płatne?), jak i miłośnik muzyki. I za każdym razem moje wrażenia były do siebie podobne.

Nie kumam ludzi, którzy z Woodstocku robią styl życia. Żaden festiwal w Polsce nie obrósł taką legendą, a dzisiejszy Przystanek nie ma nic wspólnego z amerykańskim pierwowzorem

Może jestem tradycjonalistą, ale dla mnie taki festiwal to głównie muzyka. Jeśli ktoś mówi, że Przystanek to tylko propagandowy zjazd średnio rozgarniętej młodzieży, mimo wszystko jest w sporym błędzie. To — choćby nie wiadomo jak zaklinać rzeczywistość — event nadal oparty zasadniczo na koncertach i chyba w takim kontekście przede wszystkim należałoby odbierać Woodstock.

Bardzo lubię intymną relację pomiędzy artystą a słuchaczem. A na Przystanku — nawet przy ogromnych chęciach — trudno jest mi przełamać niechęć do (nie bójmy się tego słowa) śmierdzącego tłumu. Koncertu The Prodigy, który muzycznie również był bardzo cienki, nie dało się słuchać właśnie przez jego nieznośnie uciążliwą masowość. Jakiś koleś w tłumie dość ostentacyjnie potraktował mnie barkiem, chciałem mu oddać, ale mój adwersarz został już dawno porwany w drugą stronę. I tak przez cały czas.

Mam przekonanie graniczące z pewnością, że cała wyjątkowość Przystanku opiera się w głównej mierze na tym, że jest darmowy. Nie lubię, gdy ktoś przekracza moją strefę osobistą, a na Woodstocku to nagminne zjawisko. O ile nie mam nic przeciwko skąpo ubranym dziewczynom chcącym się przytulić, o tyle najebani fani Ryśka Riedla zażywający błotnych kąpieli, chcący posępić piwa, a potem zrobić dziękczynnego miśka sprawiają, że mój pokojowy nastrój może zniknąć szybciej, niż Owsiak powie pięćdziesięciozłotówka.

Ostatni Woodstock, na którym byłem, miał miejsce trzy lata temu. Przez pierwsze dwa dni chodziłem po kostrzyńskim polu niesamowicie wkurwiony. Nie dość, że przegapiłem Ministry, to jeszcze maksymalnie rozczarowali mnie Asian Dub Foundation i Anti Flag, dla których się tam znalazłem.

Trzeciego dnia postawiłem wszystko na jedną kartę, spotkałem starych znajomych, szybko znieczuliłem się z nimi nagrzaną wódką oraz browarami bez gazu i... bawiłem się świetnie.


Zdjęcie: commons.wikimedia/Ralf Lotys

„Jeśli wejdziesz między wrony..." – jak to mówią, chyba chodzi o to. Ponoć nawet dałem się namówić na pójście na koncert Sabatonu i My Riot, całe szczęście, że niewiele pamiętam.

Nadal daleki jestem od rozumienia „klimatu" tego miejsca, uważam, że tłoczenie się w nagrzanych pociągach, przyjazd do Kostrzyna w połowie lipca czy wreszcie wskakiwanie do błotnego ścieku to beznadziejne pomysły, jednak każdy powinien swobodnie dysponować swoją wolnością, nawet jeśli ktoś chce pić kałużę, w której inni się kąpią.

Trzeba jednak przyznać, że na Woodstocku można nieźle się pośmiać. Obawiam się jednak, że to zabawa rodem z programu Dirty Sanchez. Nie kumam ludzi, którzy z Woodstocku robią styl życia. Żaden festiwal w Polsce nie obrósł taką legendą, a dzisiejszy Przystanek nie ma nic wspólnego z amerykańskim pierwowzorem. No ale przecież „punki" rok w rok przyjeżdżają do Jarocina, który dziś jest tylko kolejnym komercyjnym spędem. Jedak w dobie przehipsterstwa i rewii mody na koncertach (tyczy się to obu płci) woodstockowe prawdziwki w koszulkach z pacyfką prezentują się całkiem szczerze – podzielą się blantem, podniosą obrzyganego nołfjuczera, nie obrażą się, gdy ktoś przez pomyłkę wbije im się do namiotu. Piss and laugh.

W tym roku po raz kolejny nie wybieram się do Kostrzyna. Z kapel, które bym tam zobaczył wystąpią tylko Flogging Molly, których zresztą już widziałem. Coś mi się wydaje, że Owsiakowi po prostu brakuje odwagi w wyjściu poza rockową sztampę – zaproszenie onanistów z Dream Theater i wyjców z Within Temptation z pewnością jest bezpieczniejsze, niż koncert Neurosis czy Melvinsów.


Jesteśmy też na Facebooku. Polub nasz nowy fanpage VICE Polska


Aha, jeszcze jedno. Jeżeli jednak chcecie tam pojechać, uważajcie ze wszelkiego rodzaju nielegalnymi gadżetami. Mój znajomy został zawinięty 20 kilometrów przed Kostrzynem podczas rutynowego trzepania fury z oszałamiającą ilością półtora grama marihuany. Większość festiwalu spędził w słubickim areszcie – jak widać, wpaść można wszędzie, nawet w przedsionku „enklawy wolności".