10 najważniejszych płyt

10 najważniejszych płyt: Daria Zawiałow

To może być jeden z najlepszych debiutów roku! Ale zanim Daria Zawiałow wyda swój pierwszy album "A kysz!" (3 marca), sprawdźcie, czego prywatnie lubi słuchać ta intrygująca wokalistka.

tekst Artur Szklarczyk
24 Luty 2017, 8:30am

Rocznik 1992. Z powodzeniem brała udział w programach telewizyjnych "Mam Talent!" i "X Factor". Na przełomie 2015 i 2016 roku ze swoim najlepszym przyjacielem, Michałem Kuszem, zaczęła pracę nad własnym materiałem - on zajął się aranżacją utworów, a Daria ułożyła do nich melodie wokalu i napisała teksty. W czerwcu ubiegłego roku ukazał się jej pierwszy singiel "Malinowy chruśniak". I mocno "zażarł". Potem był "Kundel bury", a niedawno pojawiły się "Miłostki". Nic dziwnego, że jej debiutancki, autorski materiał "A kysz!" jest jedną z bardziej oczekiwanych płyt roku. Czy spełni oczekiwania? Przekonamy się niedługo. Za to już teraz możecie poznać najważniejsze płyty Darii. Uwaga, dużo (dobrego) się tu dzieje!

Czesław Niemen "Niemen" ("Czerwony Album"), 1971


Mój polski muzyczny guru. Od zawsze. Wiele razy miałam okazję śpiewać jego utwory, choć ciężko pływać po tak głębokich wodach. Zmierzenie się z repertuarem Niemena jest zawsze dużym ryzykiem. Myślałam na początku, żeby w tym zestawieniu zaproponować kompilację największych hitów Czesława, jednak wybrałam "Czerwony Album". Z dwóch powodów. Pierwszym argumentem jest na pewno jego odmienność. Uwielbiam elektronikę w wykonaniu Niemena, jednak tutaj jest klasycznie i gitarowo - to mi się bardzo podoba. Dzieła takie jak "Italiam, Italiam" zwalają mnie z nóg, zabierają w podróż w nieznane. No i lubię też Norwida. Kolejna sprawa - ten album jest po prostu niedoceniony, przepadł gdzieś między swoim poprzednikiem "Enigmatic" i następnym "Strange Is This World". Wielka szkoda, bo "Czerwony Album" jest fantastycznie, rockowo zagrany i zasługuje na to, aby błyszczeć tak samo, jak inne płyty artysty.

Arctic Monkeys "AM", 2013


Mam słabość do wszystkich albumów Małp, jednak kiedy usłyszałam tracklistę tego krążka, oszalałam. Przez jakiś czas nie słuchałam niczego innego, tylko zapętlałam "AM" i zapętlałam. Nie wiem, czy potrafię wybrać najlepszy utwór z tego albumu - wszystkie są moimi ulubionymi. Od brudnego, gitarowego i hitowego "Do I Wanna Know?" przez klimatyczny, płynący "Why'd You Only Call Me When You're High?" po beatlesowski "Snap Out Of It", przy którym zawsze tańczę w domu. Z... miotłą (śmiech). Absolutnie uwielbiam teksty Alexa Turnera, trochę nawet zazdroszczę mu tego talentu. Miałam okazję słyszeć i oglądać go na żywo w zeszłym roku i muszę przyznać, że śpiewa nieziemsko. Porusza się po dźwiękach jakby latał - zero skuchy. No chyba, że pod koniec koncertu, po którymś z rzędu drinku - wtedy może jego wokal kilka razy gdzieś się rozjechał.

The Last Shadow Puppets "The Age of the Understatement", 2008


Jak już jesteśmy przy Turnerze, dodajmy Milesa Kane'a i mamy kolejny duet doskonały. Uwielbiam TLSP za filmowy klimat rodem ze starych filmów o Bondzie, bo kiedy jadę autem i słucham tego albumu, to czuję się jak ich bohaterka. Wszystko za sprawą nie tylko idealnie dopasowanych wokali, przestrzennych kompozycji czy moich ulubionych "brudnych" gitar, ale również "symfonicznego" aranżu. Ogromną robotę zrobiła tu London Metropolitan Orchestra, która owiała ten album magią lub po prostu czymś, co powoduje u mnie ciarki na plecach. TLSP są według mnie objawieniem, ulubionym zespołem młodego pokolenia. Muzycznie i wizualnie są trochę jak oddech z zaświatów The Beatles. Można pomyśleć, że chyba nawet tego specjalnie nie ukrywają - zwłaszcza, kiedy się patrzy na klip do "Standing Next to Me". Fani bardzo długo czekali na ich kolejny album, w związku z czym oczekiwania były ogromne. Więc choć podobno "Everything You've Come To Expect" nie był zaskoczeniem, co sugeruje nawet jego tytuł, to ja tak bardzo miłuję TLSP, że nie mogłam nie pokochać tego materiału. 

Radiohead "Hail to the Thief", 2003


Nie wyobrażam sobie TOP10 bez mojego faworyta. Dawno temu odkryłam swoją miłość do Radiohead. I tak już zostało. Jednak ciężko wybrać najlepszy album spośród samych perełek. Ale że jestem dość przekorna, więc mój wybór nie jest tak oczywisty. Płyta "Hail to the Thief" jest dla mnie wyjątkowo emocjonalna, gdyż ukazała się właśnie wtedy, kiedy sama rozpoczęłam swoją przygodę z muzyką Radiohead. Ten album towarzyszył mi podczas moich nastoletnich rozterek, nie tylko sercowych. Rzecz jasna później odrobiłam zaległości, wróciłam do kultowych "OK Computer", "Kid A" czy "Pablo Honey". I nadal po nie sięgam, jednak "Hail to the Thief" to dla mnie wyjątkowy krążek. Z perspektywy czasu, który minął wiem, że jest w nim coś innego - dynamika, żywioł, może nawet radość. Chociaż ciężko przecież mówić o radości słuchając Thoma Yorke'a (śmiech).

Hey "Fire", 1993


Ta płyta ukazała się rok po moim urodzeniu, więc nie mogłam po nią sięgnąć w dniu premiery (śmiech). Z biegiem lat, kiedy stałam się dojrzalsza, zespoły takie jak Hey, Nirvana czy The Cure zaczęły mnie w sobie rozkochiwać swoją muzyką. Kasia Nosowska stała się wówczas moją inspiracją, poniekąd dzięki niej rozpoczęła się moja przygoda z piosenką aktorską - z PPA we Wrocławiu, Koszalińskim "Reflektorem", tekstami Agnieszki Osieckiej i Magdą Umer. Mam, co prawda, kilka ulubionych płyt Hey czy solowych albumów Kasi, jednak właśnie od "Fire" wszystko się zaczęło. Dzięki temu albumowi pokochałam gitarowe granie, zagłębiłam się w nim i odnalazłam choćby Radiohead. Pierwszy raz na koncercie Hey byłam w 2005 roku i pamiętam, że mimo słabej akustyki sam zespół i - rzecz jasna - Kasia, zrobili na mnie piorunujące wrażenie. Dla tych paru godzin z nimi naprawdę warto było wślizgnąć się do klubu - pomiędzy studentami, wręcz cudem!

Nirvana "Nevermind", 1991


Nirvana to kolejna moja nastoletnia miłość, czyli z okresu, do którego wracam bardzo często. Lubowałam i nadal lubuję się w grunge'u lat 90. Więc "Nevermind" to wybór dość przewidywalny, klasyka, choć bardzo lubię wszystkie albumy tego zespołu. Dzięki koncertowemu gitarzyście Nirvany Patowi Smear'owi odkryłam potem skład No Doubt - ponieważ wystąpił gościnnie w teledysku do ich przeboju "Don't Speak". Niestety nie miałam możliwości szaleć na koncertach Nirvany, nie pamiętam też Kurta Cobaina, bo pożegnał się ze światem, kiedy miałam 2 lata. Mój mąż, nieco starszy ode mnie, pamięta za to moment, w którym ukazała się "Nevermind", dzięki której stał się wielkim fanem Nirvany. Teraz razem wracamy do wszystkich ich płyt.

Billie Holiday "The Greatest Hits", 1996


Mając "naście" lat i będąc początkującą wokalistką, chciałam czerpać wzorce od najlepszych. Słuchałam wówczas nie tylko rocka, ale i jazzu. Jeździłam na warsztaty jazzowe, do Chodzieży, do Puław czy na Hanza Jazz Festival. Zwykle do słuchania wybierałam utwory raczej nie free jazzowe czy nawet stricte instrumentalne - wolałam jazz wokalny i damskie głosy, dzięki którym mogłam się uczyć - Ettę James, Ninę Simone, Dianę Krall, Julie London. Jednak największy podziw budziła we mnie Billie Holiday. I tutaj nie mam wybranego albumu, stawiam na "The Greatest Hits". Jest coś niepowtarzalnego w wokalu Billie - ciepło, piasek, może... karmel (śmiech)? Bardzo często oglądałam jej występy na żywo, ćwiczyłam swój warsztat inspirując się jej frazowaniem, nieprzesadzonym vibratto, delikatnymi ozdobnikami. Billie Holiday była jedyna w swoim rodzaju, pozostawiła po sobie szereg własnych, wspaniałych interpretacji standardów oraz swoje własne utwory - takie jak np. "God Bless the Child", którego miałam przyjemność wykonywać nie jeden raz.

Amy Winehouse "Frank", 2003


Amy poznałam zupełnie przypadkiem, surfując po sieci w kafejce internetowej i poszukując nowych muzycznych doznań. Natknęłam się wówczas na jakiś cover, który śpiewała, a jej głos totalnie mnie sparaliżował. Zaczęłam więc szukać głębiej, aż dotarłam do jej debiutanckiej płyty. Każdy utwór to był dla mnie geniusz, byłam zafascynowana jazzową wokalistyką i dzięki Amy miałam, obok Billie Holiday, nową inspirację. Coverowałam utwory Winehouse: "Take the Box" czy "October Song" - nie do końca rozumiejąc jeszcze teksty tych piosenek. Amy nie była wtedy tak bardzo znana, a już na pewno nie w Polsce. Śledziłam jej losy i czekałam na to, co dalej się wydarzy. A wydarzyła się rzecz oczywista - stała się światową gwiazdą, ukazała się jej druga płyta "Back to Black", która okazała się wielkim sukcesem. Płyta mimo tego, że była świetna, różniła się od poprzedniczki, była bardziej popowa. Ale dzięki temu Amy wypłynęła na szerokie wody. Nie jestem jednak pewna, czy wyszło jej to na dobre? Chociaż być może właśnie taki, dramatyczny los, był jej pisany? Do mojego zestawienia wybieram jej debiutancki album, bo mam wrażenie, że w tych utworach jest cała ona, że wsadziła w nie całą swoją duszę...

Explosions In The Sky "The Earth Is Not Cold Dead Place", 2003


Nie znam wielu osób, które chociażby znałyby Explosions In The Sky. Być może dlatego, że to post-rockowy zespół i nie ma tu wokali, co jednak absolutnie mi nie przeszkadza. A ich "The Earth Is Not Cold Dead Place" to płyta dla mnie bardzo sentymentalna i wzruszająca. A ja lubię się wzruszać słuchając muzyki. EITS to przygoda, podróże w chmurach, deszcz, śnieg, słońce, nadzieja, płacz, momentami rozpacz, melancholia, a za chwilę radość. Właśnie za to uwielbiam ten zespół - bo za każdym razem słuchając ich utworów teleportuje się do innego świata. A zwłaszcza ten album tak na mnie działa.

The Beatles "Revolver", 1966


"Revolver" to chyba najambitniejsza i najtrudniejsza płyta Beatlesów. A dla mnie osobiście - najlepsza. Podobno właśnie te skomplikowane kompozycje i wszystkie eksperymenty nagraniowe spowodowały, że The Beatles nie wykonywali utworów z tego albumu na żywo. Sama próbowałam ostatnio wziąć, wraz z zespołem, na warsztat "Eleanor Rigby". Okazało się to niezwykle trudne i ryzykowne. Oprócz pięknej harmonii wokalnej mamy tu aranżację opartą na smyczkach, więc coś takiego nie jest łatwo przearanżować na gitary. Więc daliśmy sobie na jakiś czas spokój z tym pomysłem (śmiech). Oczywiście kocham poprzednie i kolejne płyty zespołu, a "Don't Let Me Down" jest moim ulubionym utworem Beatlesów. Natomiast "Revolver" wywarł na mnie szczególne wrażenie właśnie tym, że jest inny. Nie wiem, co mogę jeszcze wyznać prócz tego, że to przepiękny album z cudnym "Yellow Submarine" na czele. Będę niezbyt oryginalna i opiszę go jednym słowem: arcydzieło!