Mój ojciec, przemytnik LSD
Ilustracje: Ben van Brummelen
używki

Mój ojciec, przemytnik LSD

Tata latami rozprowadzał kwas po całym świecie. Mama o niczym nie wiedziała
20 Styczeń 2017, 7:45am

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE Netherlands

Pewnego dnia w 1988 roku straż graniczna zatrzymała mojego ojca na przejściu między Francją a Belgią. Tata opuścił szybę w swoim ciemnoszarym Volvo, podał dokumenty temu z dwóch celników, który miał bardziej podejrzliwą minę, po czym spokojnie czekał. Funkcjonariusz przejrzał pobieżnie paszport i zapytał: „Czy mógłby pan wysiąść z samochodu?". Tatę w środku skręcało ze strachu, ale zachował kamienną twarz – był przygotowany na taką sytuację i wiedział, jak się zachować.

Nie przewidział jednak tego, że celnik znajdzie w jego dokumentach pięć małych kartoników z nadrukowanymi gwiazdkami. Chociaż trochę przypominały znaczki pocztowe, strażnik się nie nabrał. Wiedział, że w ręku trzyma bibułki nasączone LSD, które mój ojciec musiał niechcący zostawić między kartkami paszportu. Nie wiedział natomiast, że każdy zakamarek auta, od kół po dach, był wypchany kwasem.

„Co to jest, proszę pana? Wypadły z pańskiego paszportu". Mój ojciec starał się wiarygodnie roześmiać i odpowiedział, że to jego szczęśliwe gwiazdki.

„Dostałem je w zeszłym roku od jakiegoś guru podczas mojej podróży do Goa w Indiach. Powiedział, że przyniosą mi szczęście" – wyjaśnił. Funkcjonariusze usadzili go na ławce na poboczu, po czym zaczęli przeszukiwać jego samochód. Tata poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku; nie chciał trafić do francuskiego więzienia. Poszczęściło mu się – strażnicy wkrótce wrócili i powiedzieli, że może jechać dalej. Na odchodne rzucili: „Następnym razem proszę zostawić swoje szczęśliwe gwiazdki w Goa".

Kryminalna kariera mojego ojca rozpoczęła się w połowie lat 80., kiedy zdecydował się przeprowadzić z Londynu do Amsterdamu. Działo się to jeszcze przed moimi narodzinami, ale moi dwaj przyrodni bracia byli już na świecie. Tata prowadził wtedy wypasioną klinikę stomatologiczną w Londynie i odnosił spore sukcesy. Miał żonę, dwóch synów (7 i 9 lat), ładny dom, samochód i motor. Pewnego dnia postanowił rzucić wszystko w diabły i zostać handlarzem LSD w innym kraju.

Nigdy w pełni nie zrozumiałam, co dokładnie nim kierowało. Niedawno postanowiłam go o to zapytać.


Nie tylko o ćpaniu. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Na początek opowiedział mi o swoim pierwszym doświadczeniu z kwasem: „W 1971 roku Toby, mój przyjaciel z Ameryki, przyjechał ze swoją dziewczyną do Londynu. Przywiózł ze sobą jakieś 10 tys. działek LSD. Przeniósł je przez kontrolę graniczną w swoich nogawkach, a dokładnie między dwoma kawałkami tektury, które okręcił sobie wokół łydek, a na nie naciągnął grube skarpety. Obyło się bez jakichkolwiek problemów, bo w tamtych czasach, inaczej niż dziś, ani handlu narkotykami, ani bezpieczeństwa lotniczego nie traktowano poważnie. Toby sprzedał prochy w Londynie, kupił biały kabriolet i zaczął urządzać dzikie imprezy, na których ludzie brali narkotyki i uprawiali seks. Jego przyjęcia przyciągały śmietankę towarzyską i artystów; w latach 60. i 70. Londyn był pięknym miejscem".

Podczas jednej z tych imprez Toby dał kwas mojemu tacie i jego ówczesnej żonie. „Nie mieliśmy pojęcia, co to było. Moja żona miała świetny trip i wszędzie widziała piękne kolory. Ja wręcz przeciwne; nigdy chyba gorzej nie tripowałem. Później wielokrotnie zdarzały mi się flashbacki z tamtych makabrycznych wizji, najczęściej podczas jakichś codziennych zajęć (chociażby podczas plombowania zębów). Jednak fatalna pierwsza przygoda z LSD nie zniechęciła mnie do dalszych eksperymentów. Obudziło się we mnie głębokie pragnienie zmiany i nowego życia. Potrzebowałem na to kilku lat, ale w końcu rzuciłem wszystko i przeprowadziłem się do Amsterdamu".

Ojciec zostawił swoich synów, rozwiódł się z ich matką i przeniósł się do Holandii. Mimo chęci rozpoczęcia „nowego życia", na miejscu znowu zajął się dentystyką i otworzył klinikę stomatologiczną. Co było do przewidzenia, stracił wszelkie zainteresowanie tą pracą. „Nie pasowała do mojego życia w Amsterdamie. Chciałem chłonąć wyzwoloną atmosferę miasta – palić jointy, randkować z Holenderkami i spotykać ciekawych ludzi".

W 1985 roku w jednym z amsterdamskich coffee shopów poznał amerykańskiego aktora Tony'ego. Wkrótce się zaprzyjaźnili i tata odkrył, że jego nowy znajomy zajmował się handlem narkotykami. „Zapytał mnie kiedyś, czy brałem pod uwagę zarabianie na sprzedaży LSD". Nie minęło wiele czasu, nim mój ojciec wyjechał na swój pierwszy dilerski „wyjazd służbowy". „Wydawało mi się to wtedy niezwykle ekscytujące. Nikomu nawet nie musiałem się z tego tłumaczyć, żyłem wtedy sam" – powiedział.

„Zacząłem od drobnych przemytów. Przez pierwsze dwa lata odnosiłem małe i raczej niewiele znaczące sukcesy. Dopiero po pewnym czasie zacząłem zarabiać przyzwoite pieniądze. Kiedyś, lecąc do Hiszpanii, wziąłem ze sobą torbę winyli; miałem nagrania Stonesów, Beatlesów, Boba Dylana… Same klasyki. Wewnątrz nich ukryłem około 22 tys. kartoników z LSD. Ponieważ było Boże Narodzenie, lotnisko świeciło pustkami. Znudzeni funkcjonariusze celni z entuzjazmem zaczęli sprawdzać moje płyty, szczęśliwi, że w końcu mieli coś do roboty. Podczas inspekcji powiedzieli, że uwielbiają Stonesów i Beatlesów, po czym oddali mi torbę. Dopiero później dowiedziałem się, że za taki numer mógłbym spędzić w więzieniu nawet osiem lat".

Wśród producentów oraz przemytników LSD tata czuł się jak ryba w wodzie. Pod koniec lat 80. często podróżował do Stanów. „Kupcy, z którymi miałem wówczas do czynienia, chodzili w hawajskich koszulach i czekali na mnie na lotnisku, trzymając tabliczki z moim nazwiskiem. Nikt się szczególnie nie ukrywał ze swoją działalnością. Kolesie mówili o sobie per »Słoneczko« czy »Tęcza« i zabierali mnie do pięknych posiadłości, pełnych dzieł sztuki i otoczonych okazałymi ogrodami . Pamiętam, że uważałem wtedy handlarzy LSD za nadzwyczaj miłe i interesujące osoby. Wydawało mi się, że różnili się od ludzi sprzedających inne prochy, od szemranych typków z ciemnego zaułka".

Jednak po kilku latach policja zainteresowała się działalnością mojego ojca i do 1991 roku zebrała wystarczającą ilość dowodów, żeby go aresztować.

Kiedy rozmawiam z mamą o tamtym okresie, mówi, że nic nie wiedziała o nielegalnej działalności taty. Wierzę jej; gdybyście ją znali, też nie mielibyście żadnych wątpliwości. Od dwudziestego roku życia pracuje jako urzędniczka; nigdy nie przejechała nawet na czerwonym świetle. „W tamtym okresie nasza relacja była bardzo niezobowiązująca, widywaliśmy się tylko parę razy w tygodniu" – powiedziała. „Często mówił, że wyjeżdża na jakieś szkolenia dentystyczne czy na służbowe spotkania". O jego kryminalnej działalności dowiedziała się z prasy – jedna z gazet opublikowała na pierwszej stronie komiks o dentyście rozdającym swoim pacjentom kartoniki z kwasem. Procesem mojego ojca zainteresowały się media, szczególnie holenderska gazeta „De Volkskrant". „Patrząc na to z perspektywy czasu, widzę, że powinnam była się wtedy bardziej zainteresować jego ciągłymi wyjazdami. Jednak w tamtym okresie moja mama ciężko chorowała i w każdej chwili mogła umrzeć. Myślałam przede wszystkim o niej".

Gdy ojciec czekał w areszcie na proces, mama odkryła, że spodziewała się dziecka: mnie. Ciężko to zniosła. Mój tata spędził rok w więzieniu i dla niego też nie był to łatwy okres. Powiedział mi, że uczył innych więźniów angielskiego i przekonał strażników, że ma klaustrofobię. Dzięki temu mógł zostawiać drzwi do celi lekko uchylone. W zakładzie odkrył, że ma talent plastyczny. Kiedy skończył odsiadywać wyrok, został artystą. Mówi, że już nigdy nie wrócił do działalności kryminalnej.