zdrowie

Chodziłem do szkoły w szpitalu psychiatrycznym

Większość 16-latków swoje urodziny spędza na wielkiej domówce pijąc hektolitry alkoholu. Ja swoje spędziłem w drodze do zakładu psychiatrycznego

tekst Filip Zieliński
09 Styczeń 2017, 11:30pm

Nie będę oszukiwał, był to prawdopodobnie najgorszy dzień w całym moim życiu. Wyobraźcie sobie, że spędzacie którekolwiek urodziny w wielkim dziwnym lesie, w którym stoi kilka smutnych budynków (najbardziej rzucający się w oczy ma przyrdzewiałe kraty w oknach), z walizką pełną ciuchów, siateczką słodyczy i płaczącą mamą przy ramieniu. Bolało jak skurwysyn.

Stwierdzono, że muszę być hospitalizowany ze względu na moją depresję i fobię szkolną.  Prawo w Polsce nakazuje uczęszczać do szkoły aż do uzyskania pełnoletności – a w momencie, w którym indywidualne nauczanie przerasta nastoletnią główkę i nie zda się kilka razy z rzędu, trafia się do zakładu psychiatrycznego. Czułem się jakbym robił krzywdę mojej mamie, która poświęciła wszystko, żebym miał w życiu jak najlepiej.

27 sierpnia 2011 roku rozpocząłem intensywną terapię oraz zamieszkałem „na zamku" (tak, był to prawdziwy zabytkowy zameczek). Przez pierwszą godzinę przechodziłem przez badania psychologiczne, przydzielano mi psychologa, poznałem swojego współlokatora (z którym miałem dzielić mały pokój z obleśnymi obtartymi ścianami) oraz pewnego pielęgniarza, który lubił widok młodych męskich członków – wnioskuję to po tym, jak podczas testów na narkotyki patrzył mi na chuja i uśmiechał się, kontemplując ilość oddanego moczu. 

„Miałem się leczyć z fobii przed ludźmi i zyskać jakiekolwiek poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości, a z każdą godziną czułem się coraz gorzej i gorzej"

Po wszystkich procedurach: zajęcia grupowe, gdzie każdy miał narysować owoc. Narysowałem banana, bo to mój ulubiony. Oczywiście zaczęły się przycinki od starszych kolegów: „Patrz jaki pedał! Banana narysował". Miałem się leczyć z fobii przed ludźmi i zyskać jakiekolwiek poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości, a z każdą godziną czułem się coraz gorzej i gorzej. 

Po zajęciach przyszedł czas na kolację (typowy szpitalny gówniany zestaw: bułka z mikrofali, mortadela i plasterek masła), a po niej wolny czas przed ciszą nocną. Jakaś 15-letnia dziewczyna ze sznytami na rękach puściła na świetlicy Requiem dla snu. Od razu zauważyłem, że terapeuci mają nas raczej w dupie i jedyne na czym im zależy, to dać nam jak najwięcej leków i internetu, żeby się nami nie zajmować. 

Po kilku dniach zacząłem się przyzwyczajać do kolejek do prysznica, obleśnego jedzenia i okropnie wkurwiających lasek słuchających Tokio Hotel, licytujących się, kto ma więcej sznyt na łapach. Przyzwyczaić nie mogłem się za to do mojej pani psycholog, która za każdym razem wmawiała mi coraz to więcej chorób psychicznych oraz wypisywała masę psychotropów i leków na uspokojenie. Dawano mi je za każdym razem, gdy płakałem, tęskniąc za normalnym życiem i za grupką znajomych w „normalnym świecie".

Przez pierwsze 14 dni nie mogłem wyjść poza teren zakładu. To nie był czas, kiedy każdy miał iPhone'a i laptopa z Facebookiem czy Instagramem. Zabijała mnie nuda i coraz to głębsza depresja, nienawiść do ludzi, z którymi musiałem spędzać każdą możliwą sekundę życia (co udawało mi się całkiem dobrze maskować) i zakaz słuchania muzyki. Ta ostatnia zdaniem terapeutów sprawiała, że odcinałem się przez to od ludzi i zamykałem się w swoim świecie.

Najlepsze z VICE w twojej skrzynce. Zapisz się do naszego newslettera

Po 21 dniach i jakichś sześciu spotkaniach z panią psycholog (w myślach nazywałem ją „Głupią Szmatą") udało mi się załatwić przeniesienie na inny oddział. Dzięki temu mogłem mieszkać w domu, choć wiązało się to z codziennym spędzaniem dwóch godzin w autobusie i regularnymi testami na narkotyki. Plan dnia wyglądał mniej więcej tak: zebranie w ciasnej salce gdzie każdy mówił jak się czuje skali od 1 do 10, potem śniadanie składające się z najgorszych i najtańszych produktów marki Lidl, szkoła, obleśny obiad którego absolutnie nikt nie chciał jeść (raz, gdy odmówiłem jedzenia jakiejś obleśnej ryby, pani ordynator nastraszyła mnie, że dostanę karmienie przez rurkę), szkoła, a po szkole w zależności od dnia terapia indywidualna lub grupowa. 

Akurat szkoła była fajna i bardzo lubiłem większość nauczycieli. Wyrozumiali, spokojni i naprawdę chcieli nas czegoś nauczyć. W klasie mieliśmy osoby z maniakalną depresją, schizofrenią, osoby niepełnosprawne, osoby z porażeniem mózgowym, trafiały się też dresiki uzależnione od klepedronu, które zmyślały swoje choroby tylko po to, żeby móc siedzieć w pokoju i oglądać pornosy albo mecze Legii. Spędzanie większości swojego czasu w tym gronie bardzo dużo mnie nauczyło: głównie tego, że nikt nie jest lepszy czy gorszy. W takim miejscu jesteś zdany tylko i wyłącznie na siebie, więc wszystkim nam było łatwiej stworzyć tolerancyjną społeczność, gdzie każdy był na równi i pomagał sobie nawzajem (my pomagaliśmy chłopakom z porażeniem przepisywać prace domowe, a oni nas kryli jak szliśmy na fajka za winkiel). 

Zdarzały się bijatyki na przerwach, były romanse w szkolnych toaletach. Wszystko jak w normalnej szkole, poza małymi szczegółami, jak wyścigi na wózkach inwalidzkich, gdzie wygrany zgarniał wszystkie chrupki Maczugi z puli. Wiem, że z perspektywy czasu brzmi to trochę strasznie, ale uwierzcie mi, że nie kryło się za tym nic złego: nasi koledzy-wyścigowcy byli szczęśliwi, że mogą robić coś innego, niż siedzieć na kolejnej rehabilitacji, a dla nas byli tak samo równi jak wszyscy inni, nikt nie widział w tym nic złego i naprawdę każdy dobrze się bawił.

Zobacz nasz dokument o szpitalach psychiatrycznych w Meksyku:

Pozwalano nam wychodzić z różnymi inicjatywami, robić jakieś mikrowystawy swoich rysunków, raz na jakiś czas odbywał się pokaz talentów, gdzie każdy mógł zaśpiewać, zagrać na instrumencie czy po prostu wyrecytować wiersz. Udało mi się nawet zorganizować dyskotekę, na której zagrałem. Wyobraźcie to sobie: wielka sala gimnastyczna, ludzie ze wszelkimi możliwymi problemami i schorzeniami, absolutnie wszystkie możliwe subkultury w jednym miejscu i The Prodigy, które napierdala tak głośno, że aż dymią się głośniki. Całe moje miksowanie ograniczało się do dodawania dileja w niektórych momentach i mocno suchych przejściach między numerami, ale było super. Nawet fanki Tokio Hotel mogą odpuścić i dobrze się bawić w rytm techenka. Duże wrażenie zrobił na mnie chłopak, który po raz pierwszy w życiu usłyszał The Chemical Brothers i biegał w kółko, po czym zdarł z siebie koszulkę i zaczął się wspinać po drabinkach. To wszystko bez żadnych używek czy alkoholu. Myślę, że to była jedna z tych rzeczy które totalnie zabiorę ze sobą do grobu jako jedno z lepszych wspomnień. 

Dni mijały, a zima robiła się coraz bardziej sroga. Po pół roku bycia na oddziale miałem już dosyć, choć mocno zżyłem się z paroma osobami, z którymi zachowuję kontakt po dziś dzień. Miałem jednak dosyć ciągłych ograniczeń i braku możliwości bycia normalnym 16-latkiem. Wiecie, sporo osób się od ciebie odsuwa, kiedy słyszy, że jesteś „chory psychicznie". Wciąż nie mogłem słuchać muzyki – ktoś mnie podkablował, że w drodze do szkoły siedzę w autobusie z tyłu ze słuchawkami na uszach, zamiast się integrować. Nawet tam nie miałem chwili prywaty. 

Palić jointów nie mogliśmy, bo co chwilę robili nam testy – ale udawało się znajdować inne środki odurzające. Jedni wybierali wciąganie dezodorantu czy gazu z zapalniczek, a inni (w tym ja) pili 5 kaw na hejnał paląc przy tym pół paczki papierosów jeden od drugiego. Przyjemnie się od tego kręciło w głowie i nawet dało się zrzygać, dzięki czemu można było zostać na oddziale i np. przejść się na inny do znajomych, którzy poczynili to samo, by posłuchać muzyczki z telefonu czy pooglądać jakieś dziwne pornosy z karłami. 

Największą zmorą naszego oddziału była 80-letnia ordynator, która – co zabawne – miała też drugą pracę jako psycholog na oddziale kryminalnym, gdzie gadała z przyszłymi więźniami i robiła im testy psychologiczne. Niestety przekładała chyba metody z drugiej pracy na nas. Za każdym razem, gdy szła korytarzem, nastawała jakaś posępna cisza i każdy udawał, że coś robi w zeszycie, unikając kontaktu wzrokowego. Pamiętam, że pewnego zimowego dnia opierdoliła mnie, że nie noszę zimowej czapki, tylko sam kaptur (miałem wtedy dość bujny tapir i nie chciałem, żeby cokolwiek zniszczyło mój mroczny ejtisowy look, nawet zimowa czapka w kurewsko zimny dzień). Nie mogła zrozumieć, że 16 lat to moment, w którym najbardziej gloryfikuje się przynależność do subkultur i wyrażanie swojego wewnętrznego ja. Za karę postanowiła zwiększyć mi dawkę leków psychotropowych. 

„Wiedziałem, jak działają na mnie leki i nie chciałem stać się bezemocjonalną kluchą, więc dzień w dzień po rytuale przyjmowania leków leciałem do kibla je wyrzygać"

Leki chowałem pod język i od razu je wypluwałem. Kiedy lekarze zczaili, że tak robię, kazali mi za każdym razem podnosić język do góry, żeby sprawdzić, czy aby na pewno połknąłem te tabletki posłuszeństwa. Wiedziałem, jak działają na mnie leki i nie chciałem stać się bezemocjonalną kluchą, więc dzień w dzień po rytuale przyjmowania leków leciałem do kibla je wyrzygać. Trochę przez to schudłem ale wciąż uważam, że robiłem dobrze. Zmieniłem mi się psycholog: z Głupiej Szmaty na bardzo fajnego faceta w średnim wieku. On jako pierwszy powiedział mi, że nie jestem „psychiczny", tylko trochę bardziej wrażliwy niż reszta. Mówił, żebym nigdy się nie przejmował tym, że ktoś się śmieje z tego jak się ubieram czy jakiej muzyki słucham, bo to przecież moja sprawa i mogę robić absolutnie wszystko na co mam tylko ochotę. Pamiętam, że na wychodne kazał mi dużo imprezować i eksperymentować z różnymi psychodelikami, co jego zdaniem miało mnie otworzyć bardziej na ludzi i samego siebie (tak też zrobiłem).

328 dni, dziesiątki obleśnych śniadań, romanse, wagary, setki przepalonych papierosów w palarni, dużo dziwnych emocji przewalonych na terapii, masa głupich zajęć grupowych z rysowaniem figur geometrycznych. Z perspektywy czasu – bardzo fajne przeżycie. Jednak w wieku 16 lat i w tamtym stanie emocjonalnym to było okropnie. Pisząc ten tekst i mając już bardzo duży dystans do całego tego zdarzenia uroniłem sporo łezek i odwracałem co chwilę uwagę jakimś głupim filmem czy muzyczką. Ciężko się do tego wraca. Czy było mi to potrzebne? Czy coś mi to dało? Nie wiem. 

Ze szkolnej fobii się nie wyleczyłem. Rok później, gdy już wróciłem do normalnej szkoły, a krojenie z hajsu czy dosyć regularny wpierdol od kolegów z klasy nie ustawały, wraz z rodzicami podjęliśmy decyzje, że szkoła nie jest dla mnie. Wyjechaliśmy z Polski do kraju, gdzie obowiązek edukacji trwa do 16 roku życia. Co do depresji i innych komplikacji w mojej głowie – wydaje mi się, że w jakimś stopniu z tego wyrosłem. Idąc do pracy, poznając normalnych dorosłych ludzi, którzy traktują cię jak równego, będąc panem własnego losu, łatwiej wyleczyć się z fobii społecznych czy depresji maniaklanych – na pewno łatwiej niż w jakimkolwiek gimnazjum. 

Ale nie żałuje tego co było. Nie żałuje tych wszystkich nieprzespanych nocy, spacerów po lesie, niewinnych romansów na korytarzach zakładów. Poza tym, HEJ, zorganizowałem swoją pierwszą imprezę w PSYCHIATRYKU. Cały czas uważam, że to całkiem cool.