używki

Heroiniści opowiadają o śmierci i powrocie do życia po przedawkowaniu

Nalokson, lek opioidowy odwracający skutki przedawkowania heroiny, każdego roku ratuje życie setek ludzi
Max Daly
tekst Max Daly
London, GB
29.12.16
Otwierająca ilustracja: Ella Strickland de Souza

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE UK

Jerzy Waszyngton, pierwszy prezydent USA, powiedział kiedyś, że „śmierć jest miejscem, z którego nie wraca żaden podróżnik". Nie wziął chyba pod uwagę ludzi, którzy dają sobie w żyłę. Znaczna część heroinistów nieustannie balansuje na granicy życia i śmierci. Szala przeważa się na korzyść tej drugiej, gdy ktoś przedawkuje – dochodzi do zatrzymania oddechu, twarz nabiera niebieskiego odcienia, a szczęka się zaciska (co stanowi pierwszy objaw powstawania stężenia pośmiertnego). Jednak gdy z ciała ofiary powoli uchodzi życie, czasem obok niej pojawia się ktoś, kto zrobi jej zastrzyk z naloksonu. Dzięki niemu organizm znowu zaczyna funkcjonować i pojawia się oddech. Ofiara dostaję drugą szansę – być może to szansa na kolejną działkę.

Reklama

Nalokson każdego roku ratuje życie setkom Brytyjczyków. Szacuje się, że w Szkocji codziennie ocala przynajmniej pięć ofiar przedawkowania heroiny. Niestety w Anglii nie istnieją podobne statystyki, ponieważ nadal nie powstał żaden ogólnokrajowy program, który przeprowadziłby takie badania. Od londyńskiego pogotowia ratunkowego dowiedziałem się, że w ciągu ostatnich 10 miesięcy nalokson podano 1440 osobom, czyli średnio pięciu dziennie. A należy pamiętać, że statystyka ta nie uwzględnia tych, których uratowali pracownicy społeczni i inni narkomani – w niektórych obszarach Wielkiej Brytanii zaczęto bowiem rozdawać nalokson osobom uzależnionym od heroiny, żeby mogły pomóc swoim znajomym. Odkąd w zeszłym roku udostępniono go w Walii ludziom żyjącym z narkomanami, ocenia się, że dziennie ratuje to przynajmniej dwie osoby.

Jakie to uczucie wrócić do żywych, gdy jedną nogą było się już w grobie? I co z tymi, którzy jedynie dzięki swojej błyskawicznej reakcji uratowali heroinistów przed przekroczeniem Styksu?

„Pamiętam wrażenie niesamowitego komfortu i bycia otulonym przez cieplutki kocyk heroiny. Poczułem się wolny, jakby z ramion spadł mi wielki ciężar" – tak swoje doświadczenia opisuje były heroinista Kevin Jaffray, który przedawkował kilka godzin po wyjściu z więzienia. „Wydaje mi się, że tak właśnie może wyglądać umieranie. W pewien sposób to dosyć pocieszające – świadomość, że śmierci będzie towarzyszyła ulga, pozwala przezwyciężyć lęk przed nią i zdystansować się od rzeczywistości".

Reklama

Chociaż jego ciało powoli przestawało już funkcjonować – płuca nie pompowały dłużej powietrza, a mózgowi zaczynało brakować tlenu – nagle wstrzyknięto mu nalokson i Ponury Żniwiarz musiał obejść się smakiem.

„Powrót do żywych to koszmar. Nie masz pojęcia, co się dzieje. Otacza cię tłum nieznajomych, a ratownicy albo twoi kumple stoją nad tobą i mówią, że jeszcze przed chwilą byłeś martwy" – opowiada Kevin, który obecnie pracuje jako terapeuta uzależnień i edukator w Bedford. „Czujesz się zdezorientowany, masz mętlik w głowie, jesteś osłabiony i skrajnie przerażony. Jedyne, o czym marzysz, to powrót do poprzedniego stanu. Chcesz znowu zanurzyć się w poczuciu absolutnego spokoju, jaki daje heroina. Każda cząstka ciebie krzyczy, żebyś stamtąd uciekał, żebyś po prostu biegł przed siebie, ale kompletnie nie masz na to siły. Tak naprawdę, nie masz nic – czujesz się zupełnie oderwany od rzeczywistości i tego, co się wokół ciebie dzieje; trochę jak gwiazda kiepskiego reality show, którego przebieg nie zależy od ciebie. Wiesz tylko tyle, że nigdzie nie możesz się ukryć".

„Pięciokrotnie uratowano mnie zastrzykiem z naloksonu ‒ tyle przynajmniej zapamiętałem" – kontynuuje. „Moje życie sprowadzało się do odsiadek, szpitala, bezdomności i szukania sposobów, żeby zapomnieć o bólu istnienia. Wychodzi na to, że mój lęk przed życiem był silniejszy niż lęk przed śmiercią. Problem z reanimacją naloksonem polega na tym, że mózg nie przyjmuje do wiadomości, że było się martwym. To mechanizm obronny, który pozwala pogodzić się z tym, co przed chwilą miało miejsce. Gdy narkomanowi z powodzeniem udaje się wyprzeć ze świadomości fakt własnej śmierci, znowu może skupić się jedynie na tym, żeby zażyć kolejną działkę i zapomnieć o rzeczywistości".

Reklama

Prawie każda osoba przyjmująca dożylnie heroinę otarła się o śmierć albo własną, albo swoich znajomych. Barbara, która obecnie bierze udział w leczeniu substytucyjnym mającym pomóc jej pokonać uzależnienie od heroiny i cracku, szacuje, że na przestrzeni lat uratowała życie 15 innym narkomanom. Przede wszystkim udało jej się to dzięki masażowi serca i sztucznemu oddychaniu, ale w zeszłym roku w trzech przypadkach skorzystała z naloksonu. Sama przedawkowała siedem razy i ją również trzykrotnie ocalił ten lek.

Barbara mówi, że przedawkowanie i reanimacja „trochę przypomina uderzenie w głowę" podczas jazdy na rowerze do pracy. Po raz pierwszy ocalono ją naloksonem, gdy miała 19 lat i zignorowała ostrzeżenie, że kupiona przez nią heroina była bardzo mocna. „Załadowałam razem z moim chłopakiem w samochodzie. Następne co pamiętam, to że obudziłam się w szpitalu o drugiej nad ranem" – opowiada. „Od razu zauważyłam irytację lekarza i jego zły humor. Zapytał mnie: »Czy ty w ogóle wiesz, co zrobiłaś? Prawie umarłaś«. Mój chłopak płakał".

Czy powstrzymało ją to od wstrzykiwania sobie heroiny? „Nie. Zrozumiałam, że muszę być ostrożniejsza, ale nic poza tym. To bardzo dziwne, że przedawkowanie nie wywołuje w człowieku natychmiastowej reakcji w stylu: »hej, podążasz niebezpieczną ścieżką, prawie się zabiłaś – przestań«. Po prostu potraktowałam to jako jednorazową wpadkę; dałam w żyłę i byłam na haju, a potem obudziłam się, nie wiedząc, co się ze mną działo przez poprzednie dziesięć minut".

Nie tylko o narkotykach. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco.

Może właśnie dlatego, że proces umierania po heroinie przebiega zupełnie bezboleśnie, narkomani nie wyciągają wniosków ze swojego przedawkowania. Zdarza się, że wielokrotnie trzeba ich ratować naloksonem. „Ponieważ heroina wywołuje u człowieka błogostan, przedawkowanie ma miejsce niejako obok niego i nie rejestruje on go we własnej świadomości. Po prostu w jednej chwili ma się odlot, a w następnej twoi rodzice płaczą nad twoim grobem. Przedawkowanie nie jest powolnym zmierzaniem ku śmierci. Ulotność tego doświadczenia powoduje, że trudno w pełni przyjąć do wiadomości fakt, że przez moment było się martwym" – mówi Barbara. „Gdy uratowałam mojego byłego naloksonem, powiedział mi potem: »O Boże, jak łatwo się umiera«".

Jednak gdy człowiek jest już na najlepszej drodze, by stać się kolejną bezimienną ofiarą heroiny (których w Wielkiej Brytanii odnotowuje się coraz więcej), obok niego czasem znajduje się ktoś, kto próbuje go uratować. Dla osób, które nie należą do przeszkolonego personelu medycznego, często bywa to traumatycznym przeżyciem. Barbara znalazła się w takiej sytuacji dwa miesiące temu, gdy jej były partner przedawkował w jej mieszkaniu w Londynie. Wspomnienie jego sinej twarzy do dziś budzi w niej grozę.

Reklama

„Rozmawiałam ze znajomym przez telefon i robiłam w kuchni herbatę. Mój były cały czas coś do mnie mówił, ale gdy zerknęłam do salonu, zauważyłam, że trochę zszarzał. Zanim herbata zdążyła się zaparzyć, cała krew odpłynęła mu z twarzy. Jej kolor płynnie przeszedł z szarości, poprzez siny, do głębokiego niebieskiego. Nie oddychał".

Barbara starała się mu pomóc metodą usta-usta, jednocześnie zaciskając palce na jego szczęce, która zdążyła już zesztywnieć. Opowiada, że najtrudniejszym elementem przeprowadzania sztucznego oddychania na ofierze przedawkowania jest to, że trzeba bardzo mocno wdmuchiwać powietrze – „ciało stawia opór, zupełnie jakby chciało umrzeć". Pomiędzy kolejnymi wydechami Barbara próbowała sobie przypomnieć, gdzie położyła swój nalokson. Wiedziała, że liczy się każda sekunda; przypominało to szukanie kluczyków do samochodu, tylko tym razem stawką było życie drugiej osoby. Pierwsza szafka, którą sprawdziła, okazała się niewypałem. Od razu wróciła do reanimacji, ale chłopak nadal nie reagował. Nagle doznała olśnienia – szuflada z majtkami. Rzuciła się w jej kierunku, złapała strzykawkę i wbiła ją mu przez spodnie w udo. „Po minucie jego twarz nabrała brązowo-żółtego koloru" – mówi Barbara. „Gdy w końcu otworzył oczy, nie miał pojęcia, co się właśnie stało. Powiedziałam mu, że przedawkował. Jego jedyną reakcją było: »O, naprawdę?«".

„Panuje przekonanie, że śmierć to coś doniosłego, naprawdę wielkie przeżycie. Jak się jednak okazuje, po heroinie może być zupełnie bezbolesna i bardzo prosta: siadasz sobie na fotelu, zakładasz słuchawki i po 50 sekundach jesteś już po drugiej stronie. Inaczej oczywiście wygląda to z perspektywy osób próbujących cię uratować – dla nich rzeczywiście jest to koszmarnym, traumatycznym doświadczeniem".

Reklama

Często rolę ratownika muszą odgrywać ludzie kompletnie do tego nieprzygotowani. W przypadku heroinistów często są to osoby same będące na haju. Andrew McAuley, starszy epidemiolog w szkockim Ministerstwie Zdrowia, przeprowadził rozmowy z narkomanami, którzy uratowali kolegów zastrzykiem z naloksonu. Zgodnie mówili, że przede wszystkim czuli panikę i strach.

Gdy ktoś przedawkuje, zegar zaczyna tykać; liczy się każda minuta. Najczęstszym powodem zgonu jest niewydolność oddechowa. Heroiniści zazwyczaj doskonale zdają sobie z tego sprawę, bo większość z nich na własne oczy widziała śmierć przynajmniej jednego ze swoich znajomych. Im dłużej ofiara przedawkowania zostaje pozostawiona sama sobie, tym większe staje się prawdopodobieństwo, że dojdzie do trwałego uszkodzenia mózgu lub śmierci. Ogólnie rzecz biorąc, istnieje dwugodzinne okienko, podczas którego możliwe jest odratowanie drugiej osoby – później uszkodzenia organizmu stają się nieodwracalne. A nierzadko się zdarza, że ofiara przedawkowania zostaje odkryta znacznie później.

Zanim w 2005 roku zestawy z naloksonem zaczęto rozdawać heroinistom (a nie tylko szpitalom i personelowi medycznemu), osoby będące świadkiem czyjegoś przedawkowana mogły jedynie próbować reanimacji metodą usta-usta lub poprzez masaż serca, albo zaryzykować i wezwać pogotowie. Nie zdarzało się to zbyt często, ponieważ większość z nich obawiała się, że tym samym ściągnie na siebie uwagę policji.

Reklama

McAuley podkreśla, że pomimo paraliżującego strachu, większość z nich odczuwała wielką ulgę i dumę, gdy udało im się uratować kogoś naloksonem. Niektórzy nawet nawiązali bliższe relacje z niedoszłymi ofiarami.

Jednak nie wszyscy są wdzięczni swoim wybawcom; część potrafi mieć im to wręcz za złe. W badaniu przeprowadzonym w 2009 roku przez radę południowego Londynu oraz zespół opieki zdrowotnej NHS [National Health Service, brytyjski odpowiednik NFZ]  im. Maudsleya opisano historię, gdy uratowana kobieta domagała się od swojego wybawcy odszkodowania wysokości 20 funtów (ok. 120 złotych), uzasadniając to zmarnowaniem jej działki.

Marcus Ellis, pracownik socjalny uczestniczący w bristolskim projekcie antynarkotykowym, w ciągu poprzednich kilku miesięcy uratował życie dwóm osobom biorącym heroinę na pobliskim cmentarzu. Pierwsza z nich, trzydziestolatek, leżał na ziemi, a z jego ust toczyła się piana. Nie oddychał. Dopiero po czterech dawkach naloksonu (każda strzykawka zawiera pięć), jego płuca w końcu zaczęły pompować powietrze. Po pewnym czasie odwiedził Marcusa i podziękował mu za uratowanie życia. Cały czas podkreślał, jak bardzo był mu wdzięczny. Marcus opowiada, że za każdym razem, gdy na siebie wpadają, mężczyzna „uśmiecha się w bardzo specyficzny sposób". „Nie rozmawiamy na ten temat, ale widać, że cały czas to pamięta".

Niewiele później Marcus znowu znalazł się na cmentarzu, tym razem ratując zastrzykiem z naloksonu sinego czterdziestolatka. Gdy mężczyzna odzyskał przytomność, jego pierwszymi słowami było: „Kim ty do cholery jesteś? Ściągnąłeś mnie kurwa z mojego haju". Chociaż nawet nie mógł poruszyć palcem, ostrzegł sanitariuszy, że jakakolwiek próba przewiezienia go do szpitala skończy się bójką. „Jego znajomy wszedł w krzaki, dał w żyłę, a potem sobie razem poszli. Najsmutniejsze, że ocaliłem mu życie tylko na chwilę – zaledwie dwa dni później przedawkował we własnej sypialni, gdzie nie było nikogo, kto by go uratował".

Ludzie bywają wściekli na swoich wybawców nie tylko z powodu zmarnowanej działki – część z nich z premedytacją przedawkowało, żeby umrzeć. Jim Thompson z ośrodka dla bezdomnych w Glasgow opowiedział mi o kobiecie, która po odratowaniu zachowywała się bardzo agresywnie. Dwa miesiące później przyszła do niego i przeprosiła za swoje zachowanie. „Chciała umrzeć, ponieważ nie potrafiła dłużej wytrzymać swojego życia i rozłąki z dziećmi, które zostały jej odebrane. W dalszym ciągu nie była szczęśliwa, ale poprosiła o wybaczenie, że była wtedy taka »bezczelna«. Nie widziałem jej od tamtego czasu, ale słyszałem, że już kilka razy trafiła do więzienia".

Heroina zbiera obecnie w Anglii wyjątkowo śmiertelne żniwo. Zapewnienie narkomanom i pracownikom społecznym dostępu do naloksonu wydaje się w takiej sytuacji oczywistym rozwiązaniem – wystarczy spojrzeć na efekty, jakie przyniosło to w Szkocji.

Kirsten Horsburgh, która z ramienia Szkockiego Oddziału ds. Narkotyków koordynuje dystrybucję naloksonu, powiedziała mi: „Większość przedawkowań jest spowodowana nadużyciem opioidów oraz zazwyczaj ma miejsce w obecności innych osób. Jeżeli ktoś posiada nalokson, może pomóc osobie poszkodowanej, zanim jeszcze przyjedzie pogotowie. Nie ma żadnych wątpliwości, że ten lek może uratować olbrzymią ilość ludzi. Śmierć z powodu przedawkowania to zazwyczaj nieszczęśliwy wypadek, ale jak widać, łatwo można odwrócić jego skutki".