Mój miesiąc bez mięsa, alkoholu, narkotyków, glutenu, cukru i orgazmów
Wszystkie zdjęcia Justin Caffier

Mój miesiąc bez mięsa, alkoholu, narkotyków, glutenu, cukru i orgazmów

Na 30 dni zrezygnowałem ze wszystkich słabostek i złych nawyków, by sprawdzić, czy dzięki temu stanę się lepszym człowiekiem
5.7.17

Każdy chyba zna słowa alpinisty George'a Mallory'ego, który zapytany o to, dlaczego ludzie czują potrzebę zdobywania takich szczytów jak Everest, odparł: „ponieważ istnieją". Niestety, jako że na przełomie wieków jego rodacy stawili czoła praktycznie wszystkim wyzwaniom, jakie oferuje nam świat natury, kolejne pokolenia zostały zmuszone do szukania innych sposobów na to, jak sprawdzić siłę swojego charakteru.

Jedną z popularniejszych obecnie form testowania własnej wytrzymałości są wszelkiego rodzaju „miesiące trzeźwości" czy 30-dniowe diety oczyszczające. Polegają one na tym, że ktoś odstawia na miesiąc jakąś szkodliwą substancję (na przykład alkohol) i sprawdza, jak wpłynie to na jego wagę, poziom energii i ogólne samopoczucie.

Chciałem podjąć się takiego wyzwania, ale zrezygnowanie z jednego, dwóch, a nawet trzech złych nawyków w moim wypadku byłoby niewystarczające. Musiałem pójść na całość. Jeśli miałem z tego zrobić własny Everest, potrzebowałem kompletnej abstynencji. Zdecydowałem się zrezygnować z mięsa, nabiału, gluten, cukru (tj. produktów z dodatkiem cukru), kofeiny, alkoholu, narkotyków, seksu i masturbacji. Tak wiele ograniczeń składało się na naprawdę imponującą górę i bardzo intrygujące wyzwanie.

Zanim rozpocząłem eksperyment, skontaktowałem się z dwójką dyplomowanych dietetyków, żeby zapytać, czy nagłe odstawienie tylu rzeczy na raz może mi wyrządzić jakąś szkodę. Luisa Sabogal, dietetyczka z organizacji Kaiser Permanente, stwierdziła, że nic mi się nie stanie, o ile będę jadł odpowiednią ilość roślin strączkowych (z powodu ich wysokiej zawartości białka), brał codziennie multiwitaminę i pilnował, aby moje posiłki pozostawały kolorowe. Podkreśliła również, że bardzo ważne jest odpowiednie nawodnienie organizmu i dodała, że w tej kwestii najlepiej sprawdza się prostota. „Jestem wielką fanką zwykłej wody" – wyjaśniła Sabogal. „Daje ci dokładnie to, czego potrzebujesz. Nie ma potrzeby, żebyś sięgał po wodę alkaliczną, elektrolity czy jakiekolwiek inne dodatki". LeeAnn Weintraub, dyplomowana dietetyczka prowadząca własną praktykę, zgodziła się z tymi sugestiami.

W wieczór poprzedzający nowy rozdział mojego życia zrobiłem zapasy spożywcze, poszedłem na grilla, po czym urządziłem mojej dziewczynie uroczyste pożegnanie w sypialni, licząc na to, że wspomnienie tamtej nocy wystarczy jej na najbliższy miesiąc. Zachowywałem się, jakbym następnego dnia stawał do walki z Hunami, a nie po prostu był głąbem, który planuje zaniedbać jej potrzeby z powodu głupiego artykułu.

Ostatni sensowny posiłek

Dzień 1

Dzień rozpocząłem od kontrolnego ważenia (86,1 kg) i prostego śniadania złożonego ze świeżych owoców.

Pierwsza fala dyskomfortu uderzyła znacznie szybciej i mocniej, niż się spodziewałem. Już po kilku godzinach moje ciało zaczęło się buntować przeciwko mnie, ponieważ nie dostarczyłem mu zwyczajowych hektolitrów kawy i napojów energetycznych. Ledwo powłóczyłem nogami i przez cały czas miałem wrażenie, że zachowuję się jak rozpuszczony bachor, który nie ma żadnej kontroli nad swoimi emocjami. Byłem przewrażliwiony, zgryźliwy i zmęczony.

Na kolację przyrządziłem sobie jakieś warzywa z komosą ryżową, a resztki zapakowałem na następny dzień. Szybko zdałem sobie sprawę z tego, że a) głodomory takie jak ja bardzo szybko pochłaniają swoje zapasy zieleniny; b) gotowanie dla jednej osoby jest chujowe nawet wtedy, kiedy przyświeca temu jakiś cel.

Dzień 2

Dzisiaj było już lepiej niż pierwszego dnia, ale moje zmęczenie psychiczne płynnie przeszło w zamglenie myśli, które sabotowało wszelkie próby wysiłku umysłowego. Usiadłem przed komputerem, żeby coś napisać, ale straciłem tylko godziny na bezmyślnie gapienie się w pusty dokument w Wordzie. Nie potrafiłem wykrzesać z siebie ani jednego zdania. Nawet Twitter, po którego zawsze sięgam w chwilach prokrastynacji, przerastał mnie intelektualnie.

A tak z zupełnie innej beczki, jestem zaskoczony tym, jak szybko zmieniła się moja kupa. Nie mam pojęcia, czy klocki o konsystencji pesto to coś normalnego wśród bezglutenowych wegan, ale będę miał na to oko.

Dzień 3

Chleb bezglutenowy zdecydowanie przeszedł wiele zmian, odkąd ostatnio go próbowałem. Wrzuciłem kromkę na patelnię i na śniadanie zjadłem naprawdę pyszny tost z awokado (tym samym przekreślając wszelkie marzenia o posiadaniu własnego mieszkania).

Dzień 4

Chyba w końcu przestałem cierpieć z powodu odstawienia kofeiny. Po raz pierwszy od lat obudziłem się z naprawdę dużymi pokładami energii i, co więcej, od razu po przebudzeniu wstałem z łóżka (zamiast oddawać się grze „ile razy mogę wcisnąć drzemkę, zanim stanę się zakałą całej rodziny?"). Poszedłem na pierwsze zakupy od momentu rozpoczęcia diety i zauważyłem, że syreni śpiew toksycznego szajsu, który zazwyczaj kupuję, dzisiaj był jakby cichszy niż normalnie.

Dzień 5

Weganie pierdzą non-stop czy mogę żywić nadzieję, że to w końcu przejdzie?

Dzień 6

Znalazłem w plecaku stary Adderall [środek pomocniczy w leczeniu ADHD; jego substancją czynną są sole amfetaminy], najważniejszą pigułkę w życiu każdego pisarza. Jednak w tym miesiącu muszę znaleźć jakiś nowy sposób, żeby wyrobić się na czas ze wszystkimi zleceniami.

Lokalny sklep ze zdrową żywnością sprzedaje proszek o nazwie Brain Dust. Jest to „formuła rewitalizująca, która została przemieniona w jadalny proszek zgodnie ze starym przepisem alchemicznym i pozwala połączyć się z potężnymi mocami kosmicznymi". Mówiąc po ludzku, ma poprawiać koncentrację. Kupiłem jedną saszetkę, bo liczyłem, że pomoże przekopać mi się przez zaległości, które powstały podczas wybitnie nieproduktywnego okresu odstawiania kofeiny.


Robimy rzeczy, żebyś ty nie musiał. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Kiedy mój znajomy-lekarz potwierdził, że produkt jest nieszkodliwy („zwykłe roślinne hokus-pokus, ale ci nie zaszkodzi"), zalałem proszek wodą. Wyglądał i smakował jak ziemia. Nie wiem, czy Brain Dust zrobił cokolwiek oprócz zepsucia smaku mojej wody, więc w kolejnych tygodniach postanowiłem darować sobie ziołowe wspomagacze umysłu.

Dzień 7

Moje libido zaczyna o sobie przypominać. W moim poprzednim życiu lubiłem zaczynać dzień leniwym, jeszcze trochę nieprzytomnym rękodziełem. Teraz codziennie budzę się z ptakiem w dłoni, który – jakby tego było mało – z dnia na dzień robi się coraz twardszy.

Zaniepokojony, podjąłem kroki mające na celu zmniejszenie ryzyka pojawienia się kolejnych erekcji. Teraz myję się ostrą gąbką, chodzę w majtkach zrobionych z szorstkiego materiału i zwracam uwagę na to, gdzie w chwilach zamyślenia kładę dłoń.

Dzień 9

Wiedziałem, że w końcu będę musiał zrobić sobie przerwę od domowych posiłków i wyjdę do knajpy. Na szczęście mieszkam w Los Angeles, jednym z najlepszych miast na bycie na tak głupiej diecie, jak moja. Dzięki temu dowiedziałem się, że w ciągu ostatnich kilku lat żywność wegańska i bezglutenowa przeszła ewolucję, której się w ogóle nie spodziewałem. Jadłem z radością i aż wylizałem talerz.

A propos wylizywania – zainspirowany słowami Billa Clintona: „seks oralny nie jest stosunkiem płciowym", uznałem, że zrobienie minety mojej dziewczynie nie łamie żadnych zasad, które obowiązują mnie w tym miesiącu.

Dzień 10

Przygotowałem dzisiaj niesamowite guacamole, które zjadłem z salsą i chipsami zbożowymi. Sprawiło mi to niepokojąco dużo przyjemności. Nie byłem emocjonalnie przygotowany na to, że na nowej, wspaniałej diecie uda mi się jeść ukochane potrawy z poprzedniego życia. I to w ogóle nie psując ich smaku! Dzięki guacamole odzyskałem nadzieję.

Dzień 12

Przez jakiś czas czułem się świeższy i miałem więcej energii, ale obawiam się, że nadciąga jakieś załamanie. Dzisiaj po raz drugi musiałem się zdrzemnąć po obiedzie, bo byłem tak senny. Zaczynam podchodzić do moich posiłków coraz bardziej praktycznie i instrumentalnie, a smak potraw nie przynosi mi wiele przyjemności.

Dzień 14

Choć pierwszy tydzień był prawdziwym piekłem, drugi minął w mgnieniu oka. Wydaje mi się, że dzięki wypracowaniu pewnej rutyny nie muszę się już tak mocno skupiać na wymyślaniu posiłków i zwalczaniu różnych pokus. Z czasem chyba przestanę mieć wrażenie, że moje życie obraca się wokół tego projektu i po prostu uznam to za pewien styl życia.

Dzień 16

Postanowiłem sprawdzić moja silną wolę i wybrałem się do baru ze znajomymi. Podczas gdy oni raczyli się kolejnymi kolejkami soju [koreańskiego napoju alkoholowego], ja sączyłem wodę sodową z limonką. Wszyscy wyrażali swój podziw/współczucie, że siedzę o suchym pysku, podczas gdy oni się upijają. Jeśli jednak mam być szczery, w ogóle mnie to nie kusiło. Sukces?

Dzień 21

Zgodnie z przewidywaniami, moja wewnętrzna potrzeba łamania reguł zaczyna się ujawniać. Nie oszukuję per se, ale szukam sposobów, żeby jakoś naginać zasady. Jakieś danie nie zawiera glutenu, ale przez sposób, w jaki zostało zapakowane lub przyrządzone, nie może zostać nazwane bezglutenowym? Nie mam celiakii, odczepcie się ode mnie. Ktoś pali trawkę na imprezie? Czemu by nie przejść obok i trochę biernie powdychać? Uznałem, że skoro istnieje cała izraelska branża specjalizująca się dostosowywaniu nowoczesnych urządzeń do wymogów Tory, wykorzystanie przeze mnie kilku luk nie jest jeszcze zbrodnią.

Dzień 22

Wydawało mi się, że kwestię libido mam już pod kontrolą, ale kiedy się dzisiaj rano obudziłem, od razu zauważyłem przy łóżku charakterystycznie sztywną chusteczkę. Albo powinienem wymienić zamki w drzwiach, albo zrobiłem sobie dobrze przez sen. Uznałem, że nie będę tego liczył jako złamania zasad.

Dzień 24

Teraz, kiedy zbliża się już koniec eksperymentu, działam jak na autopilocie. Myślałem, że będę bardziej podjarany perspektywą nadchodzącej wolności, ale szczerze mówiąc, do przyszłego braku ograniczeń podchodzę na luzie.

Wiedząc o mojej miłości do Taco Bell, kilka osób poinformowało mnie, że sieć wprowadza niedługo nowe danie, w którym tortillę zastąpi panierowana pierś z kurczaka. Wszyscy pytali, czy będzie to mój pierwszy posiłek po zakończeniu diety. Normalnie od razu bym tam pognał, ale teraz mam mieszane uczucia. Ten miesiąc pozornie zmienia mnie na lepsze, mam jednak dziwne wrażenie, jakbym jednocześnie tracił fragmenty mojej osobowości.

Dzień 27

Wpadłem do domu znajomego i jego dziewczyna, z którą nie wiedziałem się od dłuższego czasu, stanęła jak wryta i powiedziała, że bardzo schudłem. Jeszcze przed rozpoczęciem tego miesiąca większość osób powiedziałaby, że wyglądam na wysportowanego, ale po tylu latach mieszkania w Los Angeles, nie sposób pozostać zupełnie obojętnym na panujący tu kult ciała. Dlatego przez resztę dnia byłem w euforii z powodu jej komplementu.

Dzień 29

Właśnie zauważyłem, że na blacie w kuchni stoi karton z ciepłym mlekiem migdałowym, którego nigdy nie odważyłem się otworzyć. No cóż.

Wspominając ostatni miesiąc, nie mogę nie zauważyć, że moje ciało jest jakby żwawsze, a umysł ostrzejszy. Jednocześnie mam wrażenie, że moja kreatywność, dziwactwa i inne uroki osobiste uległy ewidentnemu stłumieniu. W podobny sposób, w jaki antydepresanty czasem sprawiają, że czujesz się jak cień dawnego siebie, ten styl życia również przytępił moją osobowość.

Dzień 30

No i nadszedł koniec. Myślałem, że będę się czuł jak uczeń na dobę przed wakacjami, ale w rzeczywistości dzień mija mi zupełnie normalnie. Nie leci mi ślinka na myśl o przyszłych posiłkach czy popijawach. Pomijając celibat, nie śpieszy mi się, żeby złamać którąkolwiek zasadę. Zastanawiam się, czy Mallory miał równie mieszane uczucia, kiedy zbliżał się do szczytu Everestu.

Przed i po

Epilog

Jestem ciekaw, jak długo będę w stanie przestrzegać tak zdyscyplinowanego trybu życia, teraz kiedy zostałem już z niego zwolniony. Jasne, restrykcyjny weganizm jest w moim wypadku nie do utrzymania, ale zdecydowanie chciałbym ograniczyć spożycie mięsa i przestać obżerać się w samotności. Obfite posiłki zostawię sobie na różne sytuacje społeczne.

Podobnie picie i narkotyki mam zamiar podciągnąć pod kategorię „z umiarem i tylko w towarzystwie".

Moja słabość do słodyczy chwilowo zniknęła, ale podejrzewam, że w przyszłości raz na jakiś czas będzie dawała o sobie znać.

A, no i gluten wraca do mojej diety. Jeśli nie masz alergii, ograniczanie go jest nie tylko bezsensowne, ale i potencjalnie szkodliwe.

Często pracuję z kawiarni, gdzie moja kawa służy zarówno jako opłata za miejsce, jak i napędzające mnie paliwo, więc nie za bardzo widzę swoją przyszłość bez kofeiny. Chciałbym jednak ograniczać się do dwóch filiżanek dziennie i przyjmować ją jedynie w formie kawy. Trochę wstydzę się przyznać, ale w moim życiu istniał okres, kiedy codziennie wypijałem kilka litrów możliwie najtańszych energetyków.

Oczywiście, musiałem jakoś uczcić tak wielki sukces i nie miałem zamiaru sobie niczego odmawiać. Przecież dopiero bombardując moje nowe ciało i nastawienie starymi pokusami, będę w stanie się przekonać, czy którakolwiek z tych zmian ma szansę przetrwać próbę czasu.

Kiedy się zważyłem, odkryłem, że schudłem 6,8 kg. Chyba po raz pierwszy od czasów studiów zszedłem poniżej 80 kilogramów.

Pierwszej nocy wolności oddałem się kompletnej rozpuście. Waliłem szoty wódki, popijałem je Red Bullem, paliłem z bonga i uprawiałem seks z moją niezwykle cierpliwą i wyrozumiałą partnerką. To wszystko miało miejsce jeszcze przed kolacją – tę spędziłem w knajpie Animal, prawdziwej Mekce wszystkich mięsożerców. Stanowiła ona całkowite przeciwieństwo zdrowych, wegańskich lokali, które odwiedzałem w poprzednim miesiącu. Moje zamówienie nie tyle stanowiło triumfalny powrót do radości jedzenia mięsa, ile sadystyczną zemstę na królestwie zwierząt za całą faunę, której musiałem sobie odmawiać przez ostatnie tygodnie. Serio, to było naprawdę pojebane. Stół zapełniały okrutne i krwiste potrawy tak jak foie gras, język cielęcy czy szpik kostny. Pochłaniając je, miałem wrażenie, jak gdyby przejęła nade mną kontrolę moja uśpiona brutalna strona, istny mięsożerny pan Hyde. Nie zdziwiłbym się, gdyby białka moich oczu stały się czerwone, zupełnie jak w filmach o zombie. W końcu za sprawą niekończących się drinków straciłem przytomność.

Kiedy obudziłem się następnego ranka, odkryłem, że pomimo zeszłonocnego hedonizmu, wcale nie kusiło mnie, żeby wrócić poprzedniego stylu życia. Właściwie to jedyną rzeczą, na którą naprawdę miałem ochotę, była obfita wegetariańska (ale nie wegańska) sałatka na obiad. Nawet podziękowałem za darmowe crostini, które przyszły w zestawie. Oczywiście przez chwilę mnie kusiły, ale znacznie mniej niż zwykle.

Zobaczymy, czy te nowe nawyki żywieniowe i używkowe przetrwają próbę czasu, pospieszne jedzenie posiłków na mieście i hulaszczych kompanów, którzy towarzyszą mi w pracy i życiu osobistym. Wszystko przecież może lec w gruzach. Jeszcze się okaże, że przybędzie mi z nawiązką kilogramów, które dopiero co zgubiłem. Jestem pogodzony z możliwymi konsekwencjami. Chwilowo bardzo się cieszę z tego, że reklamy fast-foodów i gify z jedzeniem w ogóle już na mnie nie działają. Mam wrażenie, jakbym przestał być niewolnikiem własnych popędów.

Chociaż pewnie wkrótce spróbuję tej tortilli z piersi kurczaka.


Więcej na VICE: