polska

Jak nacjonaliści zabiegają o względy myśliwych i leśników

„Nie jestem niestety myśliwym, ale gdybym był, to zabierałbym syna na polowania” – powiedział do zebranych Robert Winnicki, który na marsz przyszedł z dzieckiem. Chwilę wcześniej jego syn wypadł z wózka

tekst Paweł Mączewski
14 Maj 2018, 11:51am

Uczestnicy I Marszu św. Huberta, Warszawa. Fot: Autor tekstu

Nie od dziś wiadomo, że Polacy to naród skory do głośnego manifestowania swoich poglądów, tak więc ostatni weekend w Warszawie obfitował w różnego rodzaju demonstracje i przemarsze. W piątkowe popołudnie na stronie Biuletynu Informacji Publicznej można było znaleźć informacje o ponad 30 publicznych zgromadzeniach.

Na sobotę zaplanowano m.in. Marsz solidarności z protestującymi w Sejmie oraz Marsz Wolności, zorganizowany przez Platformę Obywatelską i Nowoczesną. Mnie jednak najbardziej zaintrygowała nowa inicjatywa I Marsz Świętego Huberta leśników, myśliwych, rolników i ludzi związanych z przemysłem futrzarskim, zorganizowanym przez Ekologiczne Forum Młodzieży; czyli osób, które do tej pory można było raczej kojarzyć z elektoratem Prawa i Sprawiedliwości.

Oficjalnie wydarzenie miało charakter uczczenia 100-lecia niepodległości Polski. W rzeczywistości było pokazaniem żółtej kartki władzy oraz możliwością artykułowania swoich interesów przez wyżej wymienione grupy.

Leśnicy mają żal o odwołanie profesora Jana Szyszko, słynnego ze swojej „bojowej” postawy wobec Puszczy Białowieskiej, której wycinka – według oficjalnego wyroku Trybunału Europejskiego – była nielegalna. Myśliwi mają zastrzeżenia wobec uchwalonych przez Sejm nowelizacji ustaw myśliwskich (opierających się m.in. na zwiększeniu nadzoru nad Polskim Związkiem Łowieckim oraz wyłączeniu prywatnych terenów z polowań). Natomiast branża futrzarska domaga się możliwości dalszego prowadzenia swojej działalności.

Oficjalnie marsz zaczął się o godz. 11 pod pomnikiem Józefa Piłsudskiego. Chociaż był mocno promowany w Radiu Maryja, na miejscu pojawiło się ok. 200 osób. Tym łatwiej jednak dało się zauważyć grupę nacjonalistów: ubranych na czarno z zielonymi przepaskami z falangą członków ONR oraz członków Ruchu Narodowego, m.in. Krzysztofa Bosaka i prezesa RN Roberta Winnickiego, który na wydarzenie przyszedł z synem w wózku.

Poseł Robert Winnicki zapytany, dlaczego przyszedł na ten marsz, odpowiedział, że: „jako poseł zawsze staję w obronie środowisk rolniczych, myśliwskich, czy chociażby hodowców (mowa o zwierzętach futerkowych, przyp. red.), więc po pierwsze: czuję się solidarny. Poza tym jestem urodzony i wychowany na wsi, więc jet to dla mnie bliska tradycja". Udzielanie wywiadów przerwało nagłe wypadnięcie jego syna z wózeczka, co udało się zarejestrować dziennikarzom Gazety Wyborczej (całość ich relacji możecie zobaczyć TUTAJ):

Osobiście nie mam złudzeń, że właśnie dzięki głośnemu wsparciu interesów rozgoryczonych obywateli, nacjonaliści będą walczyć o względy wyżej wymienionych grup społecznych i zawodowych. Wszakże to część ich strategi: przejmują daty i wydarzenia, które dla Polaków są ważne i stanowią okazje do wyjścia na ulice. Po Święcie Niepodległości przejęli też „Godzinę W”, co pokazuje, że ich system działa.

Marsz zakończył się pod Sejmem, gdzie doszło do przepychanek nacjonalistów z przeciwnikami odwołanego ministra Jana Szyszki. Jak podaje OKO.press, do jednej z tych osób musiano wezwać karetkę.

W tym samym czasie, w innym miejscu Warszawy kilkadziesiąt tysięcy osób (według danych Ratusza było to ok. 50 tys., według TVP Info zaledwie 11 tys.) wzięło udział w Marszu Wolności, zorganizowanym przez PO i Nowoczesną. W poniedziałek natomiast pojawiły się wyniki sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej”, z którego wynika, że PiS odrobiło straty i obecnie partię rządzącą popiera 37,6 proc. społeczeństwa.

Śledź autora tekstu na jego profilu na Facebooku

Czytaj też: