FYI.

This story is over 5 years old.

gry

Shadow Warrior. Z Polski do Japonii

​W Polsce jest ponad 150 deweloperów gier. To daje ponad 150 tytułów rocznie, z których coraz więcej osiąga światowy sukces. Jednym z nich jest bez wątpienia Shadow Warrior, który już niebawem doczeka się kontynuacji

Kurz po E3 powoli osiada, możemy przestać nerwowo obgryzać paznokcie (albo robić to jeszcze bardziej intensywnie w oczekiwaniu na wymarzone tytuły) i czekać na premiery, umilając sobie czas oczywiście przed ekranem komputera.

A jest na co czekać, ilość zapowiedzi z całego świata przytłacza, chociaż nie każdy jest usatysfakcjonowany w stu procentach.

Na targach znalazła się również polska reprezentacja, a nie da się ukryć że u nas właśnie powstają jedne z najgorętszych tytułów ostatnich lat. Wystarczy spojrzeć na Wiedźmina czy Dying Light, żeby przekonać się że nad Wisłą już nie tylko „da się", ale po prostu robi się to dobrze. Na E3 nie zabrakło również Warszawskiego studia Flying Wild Hog, tyleż młodego, co ambitnego, które znamy… no właściwie z czego? Póki co FWH ma na koncie trzy gry: Hard Reset, shooter w świecie cyberpunk, platformówkę JuJu i remake kultowego Shadow Warriora.

Reklama

Niby nic, gdyby nie ten ostatni, który spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem wśród graczy i krytyków, przy okazji przyczyniając się do finansowego sukcesu studia. Na tegorocznym E3 Flying Wild Hog zaprezentowało drugą część tego nietuzinkowego FPSa, a to doskonała okazja do przypomnienia sobie czemu właściwie Shadow Warrior zawdzięcza tak dobre przyjęcie.

Zacznijmy od początku, czyli od 1997 kiedy oryginalny Shadow Warrior ujrzał światło dzienne. Gra stworzona przez 3D Realms na fali popularności Duke Nukem 3D opowiada o przygodach Lo Wanga - szoguna do wynajęcia, który zwraca się przeciwko swym mocodawcom, cierpiącym na kompleks Hitlera, i ratuje świat, a przynajmniej jego piękniejszą część - Japonię, eliminując na swojej drodze hordę potworów z innego wymiaru. Grało się prosto i przyjemnie, wszystko okraszone sporą dawką humoru (niestety już nie tak dobrego jak w DN3D), gra doczekała się kilku dodatków aż wydawało by się - świat o niej zapomniał.

A jednak, w maju 2013 rodzime studio Flying Wild Hog ogłasza reboot tytułu sprzed lat i w zalewie FPSów nowej generacji zapowiada powrót do "starej szkoły".

Po polsku, pod prąd, Shadow Warrior wpycha się łokciami na rynek, ale czym faktycznie różni się od pozostałych strzelanek?

John Carmack stwierdził kiedyś, że z fabułą w grze jest jak z fabułą w filmie porno. Niby się przydaje, ale nie szkodzi jak jej nie ma. Twórcy Shadow Warrior nie wzięli sobie tego do serca - na szczęście - i choć pozornie pomysł nie jest oryginalny(przypomina ten z pierwowzoru), to twórcom udało się stworzyć scenariusz pełen zwrotów akcji i do końca trzymający w napięciu.

Reklama

Bez zmian pozostał główny bohater - Lo Wang, prawdziwy twardziel z samurajską kataną, którą wycina sobie drogę do celu(Od jego miecza ostrzejsze są tylko riposty i komentarze). Nie boi się niczego i chyba skrycie wierzy, że jest superbohaterem (ma nawet swoją jaskinię!). Nie jest skromny, lubi się popisywać i prowokować bójki, uśmiech nie schodzi mu z twarzy nawet w ciężkiej opresji. Cały czas coś dopowiada, naśmiewa się, wyzywa, a jest w tym na tyle wiarygodny, że naprawdę łatwo wczuć się w jego rolę. Mimo egzotyki, wydaje się być prawdziwie po polsku butny i zadziorny.

Jak zagrać w świetny horror

Znajdując się w złym miejscu i czasie, zostaje wplątany w międzywymiarową intrygę, która jest jedną z piękniejszych historii o władzy, miłości, zdradzie i poświęceniu, jaką widziałem ostatnimi laty w tym gatunku. Stopniowo wraz z postępem akcji dowiadujemy się coraz więcej o Królestwie Cieni, skąd na ziemię przybywają demony, i prawdziwym znaczeniu misji Lo Wanga, który zaczyna odgrywać coraz większą rolę w dramacie. A my wciąż nie mamy dosyć. Flying Wild Hog dało nam historię, która naprawdę wciąga i nie pozwala odejść od komputera przez długie godziny.

Wszystko to okraszone - tym razem wyśmienitym - humorem. Lo Wang i jego towarzysz podróży - Demon Hoji - doskonale puentują to, co dzieje się na ekranie, tworząc niezapomniany duet. Nie brakuje też licznych easter eggów i nawiązań do kultury masowej.

Reklama

Super Nintendo, moja pierwsza miłość

Pamiętacie scenę z Kill Billa w restauracji, gdzie Uma Thurman walczy z Crazy 88? Tak właśnie zaczyna się SW, a później jest już tylko bardziej intensywnie.

Całość po prostu cieszy, fabuła nie ma dziur i wytrzymuje wysoką próbę. Za to odpowiada w głównej mierze Jan Bartkowicz, który współtworzył również sukces serii Wiedźmin. To miłe, że choć rynek w zasadzie jeszcze dojrzewa, to już mamy swoje gwiazdy w branży.

Przypomnijmy że w tym samym roku dostajemy nowego Battlefielda, który znowu mówi o tym samym w ten sam sposób, czy kolejny Crysis, który… No cóż, o fabule (i jej dziurach) w tej serii chyba wszystko zostało powiedziane. John Carmack nie zawsze ma rację, bo historia w SW jest jedną z jego mocniejszych stron.

A przecież od kilku lat na całym świecie w gatunku FPS popularność zdobywają konsole, co niesie ze sobą konieczność zmian w tworzeniu gier, w efekcie widzimy coraz bardziej „zręcznościowe"podejście. Nowe pokolenia graczy oczekują coraz mniej skomplikowanej i coraz bardziej intensywnej rozgrywki. Reszta schodzi na dalszy plan.

Grałem przez 30 godzin w symulator jazdy tirem

Shadow Warrior powstał w dobie tytułów AAA, które porażają grafiką, realizmem, wybuchami spod znaku Micheala Baya i wręcz kinowej akcji i fabuły pełnej kliszy znanych z Hollywoodzkich produkcji. Coraz bardziej zacierają się różnice między filmem a grą, choć wydawać się może że są to zupełnie inne media. I nawet dobrze się w nie gra, lecz coraz częściej widać, że nowe tytuły powstają głównie z myślą o grze multiplayer, a tryb jednoosobowy to tylko dodatek, czego efektem właśnie kulejąca historia i wiele uproszczeń. Zjawisko to osiąga apogeum w takich tytułach jak Titanfall, przeznaczonych tylko do zabawy wieloosobowej.

Reklama

Dyskusja na temat co jest lepsze, nowe czy starsze strzelanki, trwa od kilku lat na forach internetowych i obydwie strony mają swoich zwolenników i przeciwników. Bo przecież starsze tytuły też nie pozostają bez wad, głównie za sprawą technicznych ograniczeń w latach dziewięćdziesiątych. I w tej dyskusji widać pewną tęsknotę za starym dobrym FPSem.

Ale czy z tego powodu nowe gry można nazwać wadliwymi? Na pewno gatunek wyewoluował, odpowiadając w jakimś stopniu na potrzeby graczy i obok uproszczonej fabuły powstały inne efekty uboczne w samej mechanice gier: apteczki zostały zastąpione przez automatyczną regenerację zdrowia, prawie z każdej broni da się „przymierzyć", ilość quick time eventów wypełnia coraz więcej czasu gry, kolejne poziomy stają się mniejsze i ciaśniejsze, i tak dalej. Wszystko to dzieje się w pogoni za szybkością i intensyfikacją wrażeń, a przecież między innymi po to gramy, żeby dobrze się bawić. Gorzej, że zamiast odpowiadać na potrzeby, deweloperzy zaczynają je kreować, idąc dalej w stronę uproszczeń.

Tym bardziej cieszą tytuły takie jak Shadow Warrior, który zresztą intensywnych doznań dostarcza co niemiara (krew, wybuchy, fajerwerki). Choć nie ma co liczyć, że w najgorszym momencie schowamy się gdzieś na chwilę i poczekamy na odzyskanie zdrowia, tu trzeba cofnąć się, rozejrzeć, poszukać apteczki. Są też olbrzymie poziomy momentami zachwycające swoim rozmachem (chociaż przyczepić się można miejscami do monotonii), no i oczywiście mamy do dyspozycji przenośny arsenał (czyli coś od czego również odchodzi się w nowoczesnych grach, gdzie dwie sztuki broni na raz to maksimum), rozbudowywany w miarę postępu w grze.

Reklama

A jest czym powalczyć: od miecza (który towarzyszy nam od początku i jest głównym narzędziem anihilacji), przez uzi, strzelby, wyrzutnie rakiet, do serc i głów demonów. Większość z nich ma dwa tryby strzału, co daje w sumie całkiem pokaźną listę sposobów na pozbycie się wrogów, rodzajów których też wcale nie brakuje.

Ale oprócz tego „archaicznego" podejścia, znajdziemy w grze elementy bardziej współczesne, na przykład rozwój postaci. Zabijając wrogów i znajdując artefakty, zyskujemy punkty doświadczenia, które wykorzystujemy do kupowania nowych umiejętności, amunicji czy modów do broni. To z kolei znacznie urozmaica rozgrywkę.

Co więc najważniejsze, Shadow Warrior nie nudzi. Grając w CoD:Ghost, Battlefield 4 czy Crysis 3, w pewnym momencie ciężko było mi odróżnić jedną od drugiej. SW zdecydowanie przełamuje ten schemat. Cofając się o krok dodaje jednak coś "nowego".

Być może to nasza polska specjalność, postawienie na sentyment, na "dobre bo znane", ale Flying Wild Hog stworzyło grę, która znalazła fanów na całym świecie, a to bardzo dużo. Grę, której może i bliżej do lat dziewięćdziesiątych, jednak podoba się również młodszym graczom, stanowiąc dla nich pewien powiew świeżości i stając się - po Serious Sam - kolejną polską strzelanką, obok której nie sposób przejść obojętnie.

Całość okazuje się doskonałym przykładem, jak robić rebooty i tworzyć produkt, który podbija serca fanów zarówno nowej jak i starej generacji strzelanek. Z pewnością nie udałoby się odnieść sukcesu, gdyby jedynym atutem SW był właśnie powrót do korzeni, takich produkcji przecież mamy na pęczki. Ale Polskie studio trafiło w dziesiątkę tak z wyborem tytułu do odświeżenia, jak z wypełnieniem pewnej niszy na rynku.

Reklama

Chciałoby się o tym wszystkim powiedzieć „dobre bo polskie", ale tak naprawdę jest to najwyższa liga i produkt, który broni się sam. Widziałem graczy, którzy po ukończeniu gry byli wręcz zszokowani, widząc tyle swojsko brzmiących nazwisk w napisach końcowych. I niech to będzie najlepszym potwierdzeniem światowej klasy, którą osiągają nasze studia.

Przy okazji: warto zagrać w polską wersję językową SW, wszystkie humorystyczne akcenty zyskują zupełnie nowe znaczenie.

Zaś na tegorocznych targach E3 FWH zapowiedziało drugą cześć przygód Lo Wanga, która wprowadza dużo więcej nowoczesnych rozwiązań. Ich przedsmak zobaczyliśmy w filmie z rozgrywki.

Czy całość będzie tak dobra jak pierwsza część? Będziemy to mogli ocenić za kilka miesięcy, ale poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko. O ile nowe rozwiązania nie zostaną wprowadzone kosztem ducha starej szkoły, i o ile uda się utrzymać ten sam wysoki poziom pozostałych elementów, jest szansa na drugi tak wielki sukces, na który polskie studio z pewnością zasługuje.