FYI.

This story is over 5 years old.

Interviews

Miłosny performans, czyli co łączy sztukę i miłość

„Miłość jest uniwersalnym uczuciem. Przeżywasz ją tak samo, niezależnie od tego, czy jesteś kasjerką, czy krytyczką sztuki" – mówi Zofia Krawiec, autorka książki o tym, jak pod wpływem miłości tworzyli polscy artyści

Jan Smaga, Bez tytułu (Pies), 2008

Zofia Krawiec napisała książkę sytuującą się gdzieś na granicy między literackimi opowieściami o miłości polskich artystów współczesnych, chwytającymi niekiedy za gardło szczerością wyznań, a krytyką artystyczną. I niech złowrogo brzmiąca „krytyka artystyczna" was nie przeraża, ponieważ Miłosny Performans to prawdopodobnie najbardziej wzruszająca (czasami także zabawna) książka o polskiej sztuce współczesnej, jaką możecie przeczytać. Zofia jest również kuratorką wystawy Miłosny Performans, którą jeszcze niedawno można było oglądać w Galerii Labirynt w Lublinie, a w przyszłym roku, trafi w nieco zmienionej formie w BWA Tarnów.

Reklama

VICE: Zacznijmy od początku. Czym jest miłosny performans?
Zofia Krawiec: Miłosny performans to dzieło sztuki, które zostało stworzone pod wpływem miłości. Takie dzieło jest wyrazem silnych emocji, wynikających z relacji kochanków. Powstaje np. z poczucia szczęścia, kiedy indziej jest wyrazem frustracji, której dostarcza związek, bywa też reakcją na rozstanie się.

Niektórzy uważają, że miłość nie istnieje.
Takiego myślenia w ogóle nie rozumiem. Nawet, jeżeli nie mogę czegoś zmierzyć, ani zbadać pod lupą, nie oznacza, że tego nie ma. Bardzo lubię Psychologię miłości Artura Schopenhauera, który we wstępie wylicza wszystkich filozofów bagatelizujących wpływ miłości na życie ludzkie i konkluduje stwierdzeniem, że to była ich największa pomyłka. Miłość mąci największe umysły. Popycha ludzi do samobójstw. Jest tematem co drugiego wiersza, piosenki, filmu. Nie możemy lekceważyć jej wpływu.

Mądre reguły na nic się nie zdają, bo miłość nie jest mądra

A jak wpadłaś na pomysł napisania książki o wpływie miłości na polską sztukę?
Wpadłam na ten pomysł oczywiście dlatego, że sama się zakochałam. Zakochanie to uczucie totalitarne, bierze w posiadanie wszystko. W tamtym czasie zarabiałam niewielkie pieniądze pisząc o sztuce i po prostu nie mogłam tego dłużej robić. Trudno było mi skupić się na czymś innym, niż to zakochanie. Zrozumiałam wtedy, że najbardziej interesuje mnie życie, intymność moja i innych osób, emocje, cierpienie. Coś z czym mogę się spotkać i utożsamić. A już przede wszystkim interesowało mnie to, w jaki sposób artyści radzą sobie z zakochaniem. Co robią, kiedy nie wychodzi im związek? Postanowiłam, że muszę pisać o miłości. Po prostu nie mogłam niczego innego robić, tylko słuchać miłosnych historii artystów, które były bodźcem do tworzenia sztuki i pisać o nich.

Reklama

Czyli pisanie książki o miłości było dla ciebie formą terapii?
Trochę tak. Była to forma przerabiania tematu i sposób na radzenie sobie z obsesyjnymi myślami. Kiedy francuska artystka Sophie Calle w 1984 roku wyjechała na stypendium do Japonii, zerwał z nią chłopak. Po powrocie do domu zamiast o egzotycznej Azji, opowiadała znajomym o swoim bezbrzeżnym cierpieniu. W zamian prosiła swoich słuchaczy o ich historie największego cierpienia. Kiedy przeżywasz kryzys, to mocniej empatyzujesz z innymi ludźmi. Po kilku miesiącach przerabiania tematu Calle czuła, że odzyskuje równowagę. To pomogło jej przetrwać trudny czas. 15 lat później powróciła do zebranych wtedy materiałów i tak powstał projekt Wykwintne cierpienie. Kiedy wpadłam na pomysł książki Miłosny Performans nie skojarzyłam go z projektem Sophie Calle, dopiero po czasie zrozumiałam, że jest to podobna próba poradzenia sobie z zakochaniem.

Wkurza mnie, kiedy sztuka mówi ludziom z ulicy „nie jestem dla was, spieprzajcie"

Unikasz naukowego języka. Piszesz, że chciałabyś, aby to była książka o sztuce współczesnej czytelna dla wszystkich, nawet osób, które nie interesują się sztuką.
Tak, to było dla mnie bardzo ważne. Z jednej strony dlatego, że miłość jest uniwersalnym uczuciem. Przeżywasz ją tak samo, niezależnie od tego, czy jesteś kasjerką w Lidlu, czy krytyczką sztuki. Z drugiej strony dlatego, że nie mogę już dłużej czytać pozbawionej emocji, wykoncypowanej krytyki artystycznej. Śmiertelnie nudnej. Wkurza mnie, kiedy sztuka mówi ludziom z ulicy „nie jestem dla was, spieprzajcie". Całe szczęście nie jest to regułą i zdarzają się też świetne wystawy. Dlatego chciałam napisać książkę dla wszystkich, nie obrażając przy tym inteligencji osób z artystycznego środowiska. Kiedy dostaję pochwały za książkę od osób, dla których sztuka mogłaby nie istnieć, to jestem szczęśliwa.

Reklama

Fragment performansu Artist is Present, w którym na przeciwko Mariny Abramović siada Ulay, obiegł i wzruszył cały internet.
Tak, taka popularność prawie nie zdarza się sztuce współczesnej. Fenomen tego fragmentu, w którym widzimy spotkanie kochanków po latach, polega właśnie na tym, że dotyczy uniwersalnych emocji. Miłosne performansy Mariny Abramović i Ulaya zawsze wspaniale komentowały ich związek. Po dwunastu latach intensywnego związku stworzyli projekt Kochankowie. Postanowili wtedy, że wspólnie przemierzą Wielki Mur Chiński. Mieli iść z przeciwległych stron, Marina ubrana w czerwień, z zachodu, a Ulay w niebieskim stroju, ze wschodu. W pierwotnej wersji zamknięciem projektu miał być ich ślub. Ale kiedy po około trzech miesiącach spotkali się w połowie drogi, było jasne, że muszą się rozstać. Powodem był romans Ulaya z ich chińską tłumaczką, która spodziewała się dziecka artysty. Warto też zaznaczyć, że nie każdy artysta robi miłosny performans.

Czy miłosne opowieści artystek różniły się od opowieści artystów?
Rozumiem, że pytasz o to, czy kobiety opowiadały bardziej emocjonalnie od mężczyzn? Otóż nie miałam takiego poczucia. W ogóle jestem przeciwna takiej dychotomii. Na pewno nie sprawdza się w przypadku artystów. Za to mam inną obserwację. Artystkom trudniej jest przyznać się do tego, że zrobiły sztukę z miłości, z obawy, że nie zostaną poważnie potraktowane. Artystki obawiają się, że jeżeli przyznają, że szalały za facetem i zrobiły miłosny performans, a nie sztukę feministyczną, polityczną, czy na inny „poważny" temat, to na tym stracą. Zdecydowanie łatwiej o wpływie miłości na twórczość opowiadały dojrzałe artystki, które mają silną pozycję w środowisku. One czuły, że już mogą sobie pozwolić na miłosny coming out.

Reklama

Trzeba być bardzo silną i odważną laską, żeby przyznać się do słabości

Dziwi cię to?
Nie, nie dziwi mnie to. Żyjemy w kraju, w którym wyrazistą dziewczynę linczuje się mocniej niż księdza pedofila. Kobiety społecznie charakteryzowane są przez emocje, które mają symbolizować ich słabość, więc rozumiem te obawy. Ale uważam, że poddawanie się takiemu myśleniu, to zamykanie siebie samej w stereotypie. Trzeba być bardzo silną i odważną laską, żeby przyznać się do słabości, np. do tego, że platonicznie kochało się mężczyznę i poświęciło się mu półtora roku swojego życia, obdarowując go miłosną korespondencją. Ja sama przez moment zastanawiałam się, czy to dobrze, że jako dziewczyna piszę książkę o miłości. Ale potem rozmawiałam z męskimi artystami, którym załamywał się głos i szkliły się oczy na wspomnienie sprzed kilkunastu lat. Pisząc tę książkę dostałam dużo dowodów na to, że miłość to nie jest dziewczyńska sprawa.

Czy pisząc o życiu prywatnym artystów cenzurowałaś się jakoś? Narzucałaś sobie granicę?
Bardzo ważny był dla mnie wymiar etyczny tego projektu i taką granicą był komfort bohaterów mojej książki. Nie umieszczałam w książce treści, na których publikacje nie zgadzali się artyści, mimo tego, iż pojawiały się w naszych rozmowach. Niektórzy artyści, z którymi rozpoczynałam rozmowy, nie byli gotowi, aby w pełni opowiedzieć swoją historią miłosną. Nie chciałam zdobywać tych opowieści za wszelką cenę.

Reklama

Wiele osób marzy o miłości utożsamiając ją ze szczęściem, tymczasem w twojej książce szczęścia jest raczej niewiele.
Zależało mi na tym, żeby odczarować myślenie o miłości, jako o pasmie przyjemności, bo tak po prostu nie jest. Miłość to nie komedia romantyczna z happy endem. To raczej thriller z elementami filmu pornograficznego. Miłość łączy się też z wieloma niemiłymi emocjami. W ważnej dla mnie książce Bez opamiętania Leny Andersson czytamy o miłości młodej intelektualistki, krytyczki sztuki do dojrzałego i sławnego artysty. Książka zaczyna się takimi kurtuazyjnymi rozmowami bohaterów o filozofii i sztuce.


O miłości, sztuce i nie tylko. Polub fanpage VICE Polska, żeby być z nami na bieżąco


Bohaterka zakochuje się niemal natychmiast i od razu zrywa ze swoim dotychczasowym wygodnym życiem oraz miłym chłopakiem. Ale szybko okazuje się, że artysta nie jest tak zakochany, jak ona by sobie tego życzyła. A właściwie nie wiadomo, czy cokolwiek czuje. No i wtedy zaczyna się piekielna jazda bohaterki. Ta książka to taki negatyw przewodnika po zakochaniu i po tych wszystkich kompromitujących zachowaniach. Bohaterowie mojej książki, których związek przetrwał wiele lat powtarzają, że relacja to praca. Być może najcięższa, bo nie możesz wziąć od niej urlopu. Ale mimo tego warto podjąć wyzwanie poznania kogoś naprawdę, ponieważ owoce są słodkie.

Czy w miłości wszyscy jesteśmy artystami?
Myślę, że na pewno nie wszyscy jesteśmy artystami w miłości, ale zakochanie w pewien sposób jest w bliskie sztuce, ponieważ karmi kreatywność. Zakochanym osobom zwykle wydaje się, że przeżywają coś, czego nikt przed nimi nie doświadczył, więc tworzą swój prywatny słownik, szukają własnych narzędzi do wyrażania uczuć, sięgają po formy wizualne. Koleżanka opowiadała mi kiedyś, że jej chłopak, który nie był artystą, przez kilka miesięcy codziennie rano, przysyłał jej mms-a z jej imieniem ułożonym każdorazowo z innych przedmiotów.

Reklama

Otworzyłaś drzwi mikrohistoriom (prywatności artystów) w odczytywaniu polskiej sztuki. Czy myślisz o tym, żeby pociągnąć ten temat i zająć się teraz np. codziennością, życiem rodzinnym?

Książkę

Miłosny Performans

napisałam, ponieważ czułam, że muszę to zrobić. Pisanie o rodzinie, która jako temat badawczy niespecjalnie mnie teraz interesuje, byłoby nieszczere.

Powiedz na koniec, czego nowego dowiedziałaś się o miłości, badając miłosne performansy polskiej sztuki?
Zaczynając pracę nad książką bardzo chciałam zrozumieć, czy jest jakaś zasada, dlaczego zakochujemy się w tej, a nie w innej osobie, w tym i nie innym czasie (i niekiedy rujnuje nam to życie). No i nadal nie wiem. Nie ma żadnej matematycznej, czy psychologicznej zasady. Miłość to jest magia. No bo jak inaczej wytłumaczyć to, że dziewczyna poświęca półtora roku swojego życia na tworzenie miłosnej korespondencji dla mężczyzny, z którym nawet dłużej nie rozmawiała? Albo to, że mężczyzna mija kobietę na schodach, patrzą sobie w oczy i on już wie, że tylko ta i żadna inna? I po roku są małżeństwem. Mądre reguły na nic się nie zdają, bo miłość nie jest mądra. Prawda do której doszłam pracując nad Miłosnym Performansem, nie jest zgodna z modnym teraz myśleniem o niezależności: w każdym z nas jest rodzaj pustki, którą wypełnić może tylko drugi człowiek.

Zofia Krawiec. Fot. Bownik