This story is over 5 years old
wywiad

Salonowe granie

Witajcie w Sofarowej bajce, ktoś zagra na fujarce, ktoś inny nam zaśpiewa, zatańczą wokół drzewa

tekst Ana Zalewska
30 Maj 2014, 3:20pm

Wreszcie w Polsce znalazło się miejsce dla fanów muzyki, którzy doceniają granie na żywo, ale gardzą tłumami, które odprawiają pogo w szaleńczej muzycznej ekstazie pod sceną. Czyli dla ludzi podobnych mnie samej. Ulubione wino (bądź zgrzewka piwa), poduszka pod tyłek i w kącie czyjegoś salonu możesz być częścią genialnego koncertu, w którego trakcie czujesz się, jakby przystojny gitarzysta grał i śpiewał tylko dla ciebie. No i dla reszty obecnych, ale jest to tylko wybrana garstka szczęśliwców, którzy dostali się na ten event, żeby doświadczać muzykę w tych kameralnych okolicznościach.

Sofar Sounds powstało w Londynie z inicjatywy dwóch muzycznych zajawkowiczów – Rafe Offera i Rocky’ego Starta. Cała idea polega na tym, żeby pomóc wybić się młodym zespołom i sprowadzić muzykę jak najbliżej jej fanów. Zachęca do angażowania się w nią w ramach wolontariatu – budują ją pełni pasji ludzie, którzy mają wspólny cel. Z założenia ani organizatorzy, ani zespoły nie zarabiają na imprezie. Liczy się wzajemne wsparcie. Jak to działa? Jesteś fanem muzyki i masz fajne lokum albo tworzysz dobrze brzmiącą akustycznie muzykę i chcesz zagrać dla wyselekcjonowanej grupy fanów muzyki i osób działających na rynku? Sofar jest otwarty na wszystkich, którzy chcieliby współtworzyć eventy. Na stronie organizacji możesz się też zarejestrować, jeśli masz ochotę po prostu przyjść na koncercie. 

Nie trzeba było długo czekać, żeby koncept rozprzestrzenił poza miejsce urodzenia. Koncerty organizowane są w około 50 państwach, co miesiąc w różnych miejscach na świecie odbywa się mniej więcej 40 koncertów pod szyldem Sofar. Od zeszłego tygodnia również w Polsce. Pierwszy koncert ulokował się w samym centrum, na ulicy Wilczej, w starej kamienicy… Od bramy wejściowej ręcznie wypisane informacje wskazywały kierunek przybyłym gościom. Nie ma przypadkowych ludzi, wejście kontroluje para 20-kilkulatków z listami w dłoniach. Na górze czeka mała niespodzianka – nie ma prądu, pokoje oświetlone są świeczkami albo wcale, w salonie konsola kontrolująca dźwięk podpięta jest na przedłużaczach przez balkon do mieszkania piętro niżej…

Podpytałam Martę, jedną z lokatorek mieszkania, w którym odbył się koncert i Anię Wysocką, która jest organizatorem polskiej edycji sofarowych imprez, o to, jak to wszystko doszło do skutku.

VICE: Koncert bez prądu? Jak? Akustyczne granie teoretycznie nie wymaga podłączania niczego, ale jednak trochę kabli tutaj widzę…

Ania: Koncert musiał być nagłośniony  i nagrywany, akustycznie czy nie, parę kabli trzeba było podłączyć. O braku prądu dowiedziałam się w ostatniej chwili, trochę stresu nas to kosztowało, ale jak okazało się później- zupełnie niepotrzebnie. 50 metrów przedłużaczy, sąsiad, który wspaniałomyślnie udostępnił nam prąd ze swoich gniazdek i problem przestał istnieć. Wszystko wyszło dobrze, nawet bardzo. 

Dobór zespołów był prosty? Uczestnicy sami się zgłosili, czy to Ty ich znalazłaś?

Ania: To była chyba najłatwiejsza część organizacji całego eventu - szczerze mówiąc od pierwszego dnia, kiedy zdecydowaliśmy się na wprowadzenie Sofar Sounds do Polski wiedziałam, że chce, aby właśnie te trzy zespoły zagrały na pierwszym koncercie. Prawda jest taka, że mamy w Polsce tylu utalentowanych muzyków, że teraz Line-upy mam ułożone w głowie na 100 następnych Sofarów. Na razie nikt sam się nie zgłasza, ale wydaje mi się, że to tylko kwestia czasu. Ludzie zaczną mieć świadomość, że taka impreza istnieje i że jest super i będą chcieli ją z nami współtworzyć.

Skąd pomysł, żeby koncert odbył się właśnie tutaj?

Ania: Na Wilczą trafiłam, bo gospodarze wyprawiali imprezę urodzinową mojej przyjaciółce. Wpadłam tam prosto ze spotkania, na którym dogadywałam zupełnie inną lokalizację, ale jak tylko przeszłam próg, zapomniałam o wcześniejszym miejscu i zaczęłam kombinować, żeby koncert wcisnąć właśnie pod ten dach.  Miejsce musi mieć swój specyficzny, „sofarowy” klimat… I właścicieli, którzy rozumieją naszą ideę. Marta, Ralph i „ich Wilcza” to dokładna definicja tych wymogów.  

Jak to się stało, że Ty weszłaś w ten koncept?

Ania: Miałam to szczęście, że znalazłam się na Sofarze organizowanym w Londynie, poznałam ludzi, którzy go tworzyli i zakochałam się w idei. Wróciłam do Warszawy i pomyślałam, że zamiast czekać na następną wizytę gdzieś, gdzie organizowane są takie imprezy, ściągnę Sofara do siebie. Rafe (założyciel Sofara) poparł pomysł i wszystko nabrało rozpędu. W Warszawie wszystko rozpoczęło się od mojej inicjatywy, zebrałam ludzi, którzy okazali się być nieocenioną pomocą i bez których Sofar nigdy by się nie odbył . Ja wymyśliłam, że cała historia ma zacząć swój polski etap i jestem leaderem teamu, którego siłą napędową jest pasja do muzyki. Asia, Victor, Marta, Mikołaj, Artur, Tomek, Paulina, Maria, Rob, Ana – bez nich to wszystko by się nie wydarzyło!

Brzmi to jak spełnienie powiedzenia – „znajdź pracę, którą pokochasz, a już nigdy nie będziesz musiał przepracować dnia w swoim życiu”. Tylko co z tego wszystkiego mają zespoły, które grają na tych koncertach?

Ania: Zapewniamy im globalną promocję. Sofar funkcjonuje na całym świecie, koncerty śledzą producenci, przedstawiciele wytwórni… Stąd tylko jeden krok, żeby podbić świat ;).  

Co Was podkusiło do tego, żeby przyjąć pod swój dach taką imprezę?

Marta: Jestem raczej otwartym człowiekiem, szczególnie na wszelkie zaangażowane artystycznie inicjatywy. Dwa tygodnie temu był kręcony u nas teledysk,  mamy też za sobą sesję zdjęciową. Myślę, że na tym nie koniec, lubię być częścią takich przedsięwzięć.

Otworzyliście drzwi dla kilkudziesięciu niemal totalnie obcych ludzi –  nie przerażało was, co może z tego wyniknąć?

Marta: Ja generalnie nie myślę specjalnie o konsekwencjach, Ralph próbował mieć jakąś kontrolę nad sytuacją, lubi mieć wszystko poukładane, więc te 50 osób, które miało się pojawić, wprowadziło pewne niebezpieczeństwo zaburzenia tej harmonii. Ale też lubi jak coś się dzieje, dlatego nie trzeba było nas specjalnie namawiać, żebyśmy udostępnili mieszkanie.

Romantyczne świece w toalecie, ciemnia w korytarzu, kable zrzucone do sąsiada… Wy na pewno tu mieszkacie, a nie znaleźliście sobie przyjemnego squata?

Marta: Wiele osób zadaje nam to pytanie, kiedy tu przychodzi. Może i luksusów nie ma, ale Wilcza daje radę, jako zagłębie artystyczne. Przyznam, trochę śmierdzi squatem, ale nie zaprzeczę, że jara mnie ten klimat. 

Śledz relacje z koncertów na Sofarowym kanale Youtube 

Sprawdźcie sofarsounds.com

ARTYSTA POWINIEN BYĆ WOLNY

Z MIECZEM I ŁUKIEM NA NAZISTÓW

UMARŁ KRÓL POPU, NIECH ŻYJE JEGO HOLOGRAM