FYI.

This story is over 5 years old.

Varials

Oda do jointa

Przyszłość zaczyna się już dziś, moi drodzy fani marihuany. Stwierdziłem, że to idealny moment, by pochwalić zwykłego jointa, najlepszy sposób na spożycie zielonej ambrozji, ponieważ niedługo te cudowne dni staną się rutyną

Wystarczy spojrzeć. Czego chcieć więcej? Photo via Flickr user Wiros.

Do przyszłych i obecnych miłośników zielska.

Przyszłość maluje się przed nami w jasnych barwach. Maryśka nigdy wcześniej nie była tak łatwo dostępna, tak dobra i tak szeroko akceptowalna przez społeczeństwo. Marihuanę można dostać z wielu źródeł, można przyjmować ją na wiele różnych sposobów. Martwisz się o swoje zdrowie? Wypróbuj inhalator albo e-papierosa. Chcesz zrobić się tak, żeby David Crosby żałował, że w ogóle podniósł gitarę? Wypróbuj haszowego olejku albo substancji, którą bierze ten koleś.

Reklama

Przyszłość zaczyna się już dziś, moi drodzy fani marihuany. Stwierdziłem, że to idealny moment, by pochwalić zwykłego jointa, najlepszy sposób na spożycie zielonej ambrozji, ponieważ niedługo te cudowne chwile staną się rutyną.

Joint jest jak rodzinny minivan wśród metod palenia zioła. Relikt przeszłości, który czeka, aż zostanie zastąpiony przez nowe, efektywniejsze i droższe metody palenia. Paląc w ten sposób, tracisz sporo zielska, upalasz się słabiej, poza tym to dosyć niezdrowe. To powszechne argumenty przeciwko tej metodzie. Są to jednak te same powody, dla których kocham jointy.

Całe piękno zaczyna się już podczas procesu tworzenia jointa. To rytuał, który wymaga umiejętności. Wszystko składa się powoli i dokładnie. Trzeba wiedzieć, ile maksymalnie można nabić w bletkę, jak równomiernie rozłożyć zioło oraz kiedy joint jest już gotowy do skręcenia i spalenia. Ostatnim krokiem jest zwilżenie boku językiem, sklejenie i ostatecznie skręcenie jointa. W rezultacie dostajemy swoiste dzieło sztuki, warte czasu oczekiwania i włożonej pracy. Musisz poświęcić kilka chwil na zrobienie dobrego jointa. Ale dzięki temu możesz zatrzymać się na chwilę i oderwać się od szczurzego pędu, od swoich mediów społecznościowych, od wszystkich asapów na wczoraj, od kolacji z rodzicami swojej drugiej połówki. To chwila dla ciebie, twoich rąk, twoich ust i twoich narkotyków.

Aby jednak obalić trochę ten podniosły nastrój, dodam, że wszyscy moi znajomi nie lubią, jak zwijam jointy. Jestem w tym dosyć chujowy. Obejrzałem tysiące tutoriali na YouTube, ale niestety, niczego to nie zmieniło, moje jointy dalej wyglądają chudo i dziwnie, jak Ebenezer Scroodge w Opowieści wigilijnej. Bardzo możliwe, że to ta niezdolność doprowadziła mnie do fetyszyzowania jointów.

Reklama

Wygląda na to, że jacyś dobrzy ludzie w Madison, Wisconsin, w 1970 roku również fetyszyzowali jointy. Zdjęcie: Flickr/jfzastrow

Weźmy dla porównania fifkę. Bez względu na to, czy kupisz ją za pięć dolarów na wyprzedaży w kiosku (przy czym sprzedawca sprzeda ci oceniające spojrzenie), czy wybulisz 90 dolarów na dzieło sztuki godne studenta szklarstwa, który wykonał je pod wpływem grzybów i powieści fantasy, jest to ta sama szklana rurka, do której wrzucasz trawkę i którą odpalasz, i tak w kółko. Nie ma tutaj żadnej wielkiej filozofii ani trudności technicznych. Z czasem ten szklany przedmiot pokrywa się coraz bardziej brązowym osadem, który odzwierciedla twoje niespełnione życiowe ambicje.

Następne w kolejce są bongosy. Są tym dla fifki, czym ciężarówka dla osobówki. Głównym problemem z tym przedmiotem jest odbicie w nim całego łobuzerstwa i apodyktycznych zapędów niektórych członków zielonej kultury. Gdy patrzy się na bongo, wracają wspomnienia wszystkich niedojrzałych wyskoków i upalania się na parkingu przed liceum. Wtedy celem było maksymalne nastukanie się, ale w taki sposób, by dało się to kontrolować. Bongo to również symbol spoko dzieciaków – jesteś fajny, tylko jeśli palisz trawę. Trawa nie powinna przerażać, powinna zachęcać każdego do spróbowania. Ciężko jednak przekonać kogoś do zajarania, jeśli używasz do tego czegoś, co wygląda jak atrapa broni do zabijania kosmitów.

Bongo nie jest takie poręczne, fifka nie jest tak subtelna, a poza tym, w porównaniu do obu, skręty wyglądają naprawdę zachęcająco. Joint jest jak zaproszenie. Jointem wręcz trzeba się dzielić. Pojawiają się tam, gdzie wystąpi taka potrzeba. Na plaży czy na koncercie, w każdej chwili z plecaka czy z torebki można wyjąć dobre zioło i skręcić jointa. Raczej ciężko wyobrazić sobie kogoś, kto wyjmuje na festiwalu muzycznym 30-centymetrową szklaną rurę.

Reklama

Dzielenie się jest też częścią idei marihuany, pozostałością po hipisowskim stylu życia, którego iskierka pojawia się w każdym skręcie. Z tego powodu inhalatory nie odnoszą na rynku jakiegoś spektakularnego sukcesu. Vapowanie nie jest przekazywaniem sobie bucha. Zioło jest tą rzadką częścią w naszej kulturze, która rządzi się zasadą przypadku. Z marihuaną powinna się wiązać ogromna hojność. To nic, jeśli się przez nie zbiednieje. Dzielę się swoim zielskiem, bo wiem, że zwróci mi się to z nawiązką. Zresztą marihuana zawsze generuje straty – traci się czas, traci się myśli. Ale o to w tym wszystkim chodzi. Inhalatory są tego kompletnym przeciwieństwem. Skupione na maksymalnej efektywności, chwalone są za oszczędność pieniędzy i czasu. Halo, zioło to przecież nie jest lokata.

Argumenty, że inhalatory to zdrowsza i wydajniejsza alternatywa, są prawdziwe, ale tylko jeśli nie weźmiemy pod uwagę spadku witaminy D spowodowanego uzależnieniem od vapowania. Wszyscy moi znajomi, którzy kupili sobie ten inhalator, wciągają parę do płuc non stop, przerywają tylko podczas posiłków.

Zioło stanie się legalne jeszcze za naszych czasów, a kiedy do tego dojdzie, nasz rynek zaleje marihuanowa fala. Gadżety do zioła i nowe szczepy – w końcu zrealizujemy nasze najskrytsze zielone marzenia. Zanim jednak marihuana stanie się pełnoprawnym, płacącym podatki i spłacającym hipotekę obywatelem, chciałbym dodać, dlaczego wspominam jeszcze o joincie. Alternatywy i ich wartość dodana będą nam wpychane każdego dnia, teraz jednak warto się zatrzymać i zastanowić nad wartością przyjaźni, wyższością dawania nad posiadaniem. Dlatego właśnie jointy pozostaną z nami na zawsze. Prawdziwi palacze zioła starej daty nie zapomną o wszystkich wspomnieniach związanych ze skrętami.

No, chyba że mówimy o takich jointach. O tych lepiej zapomnijmy.

Śledź Jordana Foisy'ego na Twitterze.