FYI.

This story is over 5 years old.

zdrowie

Co czujesz, kiedy umierasz? Ona zna odpowiedź

„Pięć razy przeżyłam śmierć kliniczną. Już dawno powinnam skończyć jako warzywko"
16.7.13

Pięć razy przeżyłam śmierć kliniczną i to nie licząc spontanicznych reanimacji w wykonaniu sanitariuszy albo przypadkowych przechodniów. Zdarzyło mi się nie dawać żadnych znaków życia przez 20 minut (kwadrans według oficjalnej wersji). Już dawno powinnam skończyć jako warzywko.

Cierpię na ciężką odmianę astmy. Jednego dnia czuję się całkiem nieźle, a już następnego mam zagrażającą życiu zapaść. Po jakimś czasie nauczyłam się rozpoznawać schemat, według którego następują epizody śmierci klinicznej. Zaczęłam też skrupulatnie zapamiętywać ich przebieg.

Reklama

Nie jest łatwo umierać. Zbliżająca się śmierć wzmaga wszelkie doznania. Rośnie wrażliwość na dźwięk i światło, w tym: wycie syren w karetkach na sygnale, odgłosy rozmów, podskakiwanie ciała w trakcie jazdy karetką, nagły chłód i wstrząs towarzyszące opuszczaniu ambulansu, rzędy oślepiających świateł nad głową w szpitalnym korytarzu, brzęk butelek do kroplówki, tupot nóg uwijających się wokół ciebie ludzi i antyseptyczne szpitalne zapachy.

Coraz trudniej jest złapać oddech, łapczywie chwytasz powietrze w płuca. „Oddychaj", słyszysz. Co za banda kretynów. Gdybym mogła swobodnie oddychać, nie byłoby mnie tutaj. Oddychanie boli. Ktoś mówi: „Brakuje jej tlenu". Zaczynam panikować, kiedy horda lekarzy rzuca się na mnie, starając się wbić igły w każdą dostępną żyłę na moim ciele. Faszerują mnie lekami, które mają podtrzymać mnie przy życiu.

Najlepsze z VICE w twojej skrzynce. Zapisz się do naszego newslettera

Cały personel medyczny to w tej chwili moi najlepsi przyjaciele. Są mi aktualnie bliżsi niż własna rodzina. Stanowią ostatnią więź łączącą mnie z tym światem. Mimo to, ciężko mi przypomnieć sobie ich imiona, czy rysy twarzy.

Wyostrzone zmysły rejestrują osobliwe szczegóły: odgłosy, jakie wydają niektóre osoby przy oddychaniu albo włosy wystające z czyjegoś kinola. Podczas reanimacji metodą usta-usta, zostaję uraczona smrodliwymi wyziewami z cudzych jam ustnych. Nie życzyłabym tego najgorszemu wrogowi. Chyba wiem, co czuje warstwa ozonowa. Zresztą to, co trafia do moich płuc z tlenem ma niewiele wspólnego.

Reklama

Na domiar złego sram pod siebie. I nie jest to jakaś zgrabna, standardowa dwójeczka. Na zewnątrz wydostaje się cała zawartość moich kiszek. W ten sposób organizm uwalnia stres. Przypomina to płukanie okrężnicy. Grzęznę we własnych odchodach i czuję ich przeraźliwy fetor. Mało tego, jestem boleśnie świadoma reakcji innych ludzi (chociaż szczęśliwie ekskrementy skrywa prześcieradło). Walka o życie, którą obecnie toczę, nie pozwala mi jednak zanadto się tym przejmować. W tych okolicznościach podtarcie mojego tyłka nie wchodzi w rachubę. Tym zajmie się później albo właściciel zakładu pogrzebowego, albo jakaś pechowa piguła, jeśli uda mi się przeżyć. Mój lekarz, którego los do tej pory nie oszczędzał, rzucił kiedyś: „Teraz śmierdzi jak diabli, ale już niedługo będziesz wąchać kwiatki. Od spodu".

Kiedy przestałam oddychać, usłyszałam, jak nad moją głową toczy się następująca rozmowa: „Już po niej, stary, tylko marnujemy czas"; „Ma jakieś dzieciaki?". Raz nawet byłam świadkiem sytuacji, w której koleś przykładający mi elektrody do piersi podczas defibrylacji, zaapelował do kumpla: „Kurde, za cholerę nie wiem, co z tym zrobić; pomóż mi, stary!". Aż chciałam wrzasnąć na debila: „Halo, JA TO WSZYSTKO SŁYSZĘ!". Niestety, byłam bardziej bezradna, niż nowonarodzony osesek; ten przynajmniej może do woli drzeć japę. Tymczasem z każdą kolejną chwilą nasila się ból, rozlewając się po całym ciele aż po koniuszki palców rąk i nóg. Czuję, jakby ktoś wbijał mi w skórę tysiące ostrych igieł i szpilek.

Reklama

Teraz czas na opowieść z cyklu „Nie do wiary". Możecie kręcić nosem, ale nie wygracie z faktami. Pięć razy byłam po drugiej stronie, więc wiem, o czym mówię. Oto, co się dzieje, kiedy umierasz.

Polub fanpage VICE Polska i bądź na bieżąco

Masz wrażenie, jakby ktoś wciskał cię w mokry garniak, która zbiega się na tobie o kilka numerów. Stajesz się świadkiem swoich ponownych narodzin. Czas kurczy się gwałtownie, a jednocześnie wydaje się nie mieć granic. Czujesz się jak na haju. Uświadamiasz sobie, że jesteś tylko maleńkim pyłkiem na powierzchni wszechświata, mikroskopijnym fragmentem czegoś nieskończonego. Raptem coś wypycha cię z przyciasnego kostiumu i, głową do przodu, z zawrotną szybkością torujesz sobie drogę na zewnątrz. Przeciskasz się przez najwęższy otwór i trafiasz do jeszcze ciaśniejszej przestrzeni. To trochę tak, jakbyś przeciskał się przez tubkę pasty do zębów rozmiarów armaty.

Potem ogarnia cię nieprzenikniona ciemność. Zawisasz w niej, jak w próżni, tracąc wszelką orientację w przestrzeni. Nagle zaczynasz spadać w absurdalnie szybkim tempie. Jest pusto i strasznie, ciemność spowija cię jak czarny aksamit. Otaczająca cię przestrzeń wydaje się nie mieć granic. Niespodziewanie następuje eksplozja kolorów. To jeden z plusów umierania. Intensywne barwy zmieniają się jak w kalejdoskopie, powietrze pulsuje od wibracji. Wreszcie przestałeś spadać. Wokół panuje niepokojąca cisza. Otaczające cię obrazy są uderzająco piękne i intensywne. Ta erupcja oślepiających barw trwa zapewne kilka sekund, a jednak wystarcza, żeby raz na zawsze zapomnieć o bólu. Motywy spadania i ferii kolorów powtarzają się w relacjach wszystkich osób, które doświadczyły śmierci klinicznej. Neurolodzy upatrują przyczyn tych doznań w chemicznej reakcji, zachodzącej w mózgu wskutek urazu, tuż przez zgonem. Trip za darmo, ot co. Zjawisko biologiczne czy doświadczenie duchowe? Ciężko stwierdzić, ale zdarza się za każdym razem, kiedy przechodzę na drugą stronę.


Japoński las samobójców:


Opowiem wam teraz o chwili, w której przychodzi śmierć. Otaczają cię życzliwe ci, dobroduszne istoty. Okala je aura mlecznego światła, emanującego ciepłem. Ogarnia cię głębokie zadowolenie. Czujesz ulgę. Nareszcie jesteś wolny.

Fajnie jest wpaść na jakiegoś znajomego nieboszczyka. Kiedyś spotkałam tam kumpla sprzed lat, który rok wcześniej odwalił kitę. Rzucił na mnie okiem i oznajmił: „Nie ma sensu z tobą gadać. Przecież ty tu nie zostajesz". Pamiętam, co odpowiedziałam: „Kurde, mam nadzieję, że inni też to wiedzą". Mówiąc o innych, miałam oczywiście na myśli pracujący w pocie czoła zespół medyczny, który desperacko starał się mnie ściągnąć z powrotem do świata żywych. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że ten kumpel pełnił rolę strażnika. Bronił dostępu do czegoś, czego widok zasłaniała mi jego postać (tak, po drugiej stronie istnieje pojęcie objętości). Do szału doprowadzała mnie niemożność ustalenia, co kryje się za jego plecami. Kiedy indziej natknęłam się na moją ukochaną przyjaciółkę, która zginęła w makabrycznym wypadku samochodowym. Spaliła się żywcem. Tragedia miała miejsce jakieś trzy lata wcześniej. Na początku mnie nie zauważyła, więc zawołałam w jej stronę: „Siema Donna, na co tak czekasz?". Zaskoczona moim widokiem, odparła: „Na mojego syna".

W tamtym czasie jej syn, a mój chrześniak, był dorodnym malcem i okazem zdrowia. Niestety, rok po moim spotkaniu z Donną, Max zginął w pożarze. Pociesza mnie fakt, że po drugiej stronie czekała na niego jego matka i odtąd są na zawsze razem.

Dzięki takim doświadczeniom nabrałam większej życzliwości i wyrozumiałości wobec innych. Poza tym utyłam. Nie lękam się śmierci, ale boję się samego aktu umierania. Głupotą byłoby się tego nie bać. To bolesny i przerażający proces, w swojej grozie porównywalny pewnie jedynie do narodzin.

Spoko, wiem, że połowa z was tego nie kupuje. Mam to gdzieś. Kiedyś sami przez to przejdziecie i spotkamy się po drugiej stronie. Powitam was wtedy słowami: „A nie mówiłam?".