Reklama
Recenzje

Owiny Sigoma Band - Nyanza

Złoty środek.

tekst Michał Wieczorek
15 Wrzesień 2015, 8:20am

Historia Owiny Sigoma Band zaczyna się podobnie, jak w przypadku wielu podobnych zespołów. Biali muzycy (w tym wypadku Anglicy: Tom Skinner, Jesse Hackett i Louis Hackett) jadą do egzotycznego z ich punktu widzenia kraju (Kenia), poznają lokalnych artystów (Joseph Nyamungo i Charles Okoko) i mimo dzielących ich różnic kulturowych znajdują wspólny język. Efektem jest płyta. Zwykle reklamowana jako przełomowe połączenie różnych tradycji muzycznych, zacierające granice i będące zupełnie nową jakością. Rzeczywistość bardzo często weryfikuje buńczuczne zapowiedzi. Muzycy grają razem, ale tak naprawdę osobno, zamknięci w swoich przyzwyczajeniach. Powstaje kolejna wydmuszka oznaczona etykietką world music.

Owiny Sigoma Band od początku byli pod tym względem wyjątkiem. Ich debiut był zdecydowanie afrykański w wyrazie. Zakorzeniony w muzyce plemienia Luo, z którego pochodzą Joseph i Charles, ale czerpiący z dziedzictwa funkowych lat 70. i fali big bandów, która zalała cały kontynent. Anglicy w większości ograniczyli się do akompaniowania i tylko od czasu do czasu wplatywali w kompozycje dyskretną elektronikę. "Power Punch", nagrany w Londynie odwrócił proporcje, tu dominowały syntezatory ze stolicy Zjednoczonego Królestwa.

"Nyanza" sytuuje się pomiędzy nimi. Tak, to znaczy, że udało im się wypracować ten złoty środek. Do nagrania trzeciego albumu doszło ponownie w Kenii, lecz tym razem w tytułowej prowincji, nie w stolicy, Nairobi. To miasto pojawia się tylko na początku, ale muzycy szybko z niego uciekają w rytm karabinowych wystrzałów. Na południowo-zachodnich krańcach Kenii, nad Jeziorem Wiktorii zaczęli grać. Bez żadnej spinki. Narodziła się poszukiwana nowa jakość.

"Nyanza to płyta tropikalna". Wyluzowana, skąpana afrykańskim słońcem, leniwa. W takiej atmosferze nikt nie narzuca swojej wizji. Elektronika miesza się z tradycyjnymi instrumentami, Owiny Sigoma sięgają po lekko brazylijskie rytmy, a nawet dub. Szczypta funku i indie rocka dopełnia całości.

Niespieszne piosenki zespołu są po prostu fantastycznie skrojone. Zawieszone między kontynentami, charakterne, niedające się pomylić z czymkolwiek innym. Każda przyciąga na swój sposób - "Luo Land" tanecznością, w "Owour Won Gembe" syntezatorowa mgiełka świetnie uzupełnia skromną piosenkę. "I Made You/You Made Me" delikatnie kieruje skojarzenia w stronę Vampire Weekend i jest najbardziej przebojowym fragmentem Nyanzy. Jednak najpełniej idea Owiny Sigoma Band ucieleśnia się w kończącym album "Amolo Tienga". Joseph Nyamungu śpiewa i gra na nyatiti (lokalna odmiana liry) a wokół tego improwizuje reszta zespołu.

Dwa poprzednie albumy Owiny Sigoma Band były docieraniem się muzyków. Na "Nyanzie" wszystko wreszcie zagrało bez zarzutu, a zespół wzniósł się na nowy poziom. Jeśli tak ma brzmieć globalna wioska, to ja nie chcę jej opuszczać.