FYI.

This story is over 5 years old.

Wywiady

Błażej Król: W muzyce jestem dyktatorem

Król opowiada o koncertowych rytuałach, muzycznej nici porozumienia z żoną oraz planach na wydanie komiksu.

Foto Iwona Król

Błażej Król to człowiek wielu talentów i twarzy. Szerszej publiczności dał się poznać głównie za sprawą tworzonego z Maurycym Kiebzakiem-Górskim duetu UL/KR. Po drodze muzycznie realizował się też jako Bangeliz, Dwutysięczny, a przed dwoma laty zadebiutował jako KRÓL. W marcu swoją premierę miał album "Przez Sen", na którym charakterystyczna dla Błażeja liryczność przenika się z ambientowymi killerami, tworząc unikatowy rodzaj słuchowiska. To kilkadziesiąt minut prawdziwego odlotu, z gęsią skórką i ciarkami na plecach. Przed koncertem w warszawskiej Hydrozagadce spotkaliśmy się z Błażejem, by zapytać o wszystkie jego muzyczne wcielenia.

Reklama

Czytaj wywiad poniżej.

Noisey: Stresujesz się jeszcze przed występami na żywo?
Błażej Król: Nie bardzo. Czuję, że moje ciało jakoś na to reaguje, mam lekko podniesione ciśnienie, jestem trochę napięty, ale psychicznie jestem raczej wyluzowany.

Masz jakieś rytuały, natręctwa przed wyjściem na scenę?
Miałem kiedyś coś takiego, w co bardzo się wkręciłem, bo jestem trochę lekomanem i hipochondrykiem. Wkręciłem sobie, że świetnie mi się śpiewa po pewnych pastylkach do ssania - takich, które reklamowały pingwiny (śmiech) i musiałem zeżreć kilka przed koncertem… Ale potem zapomniałem o tym. A teraz lubię po prostu trochę się wyluzować, wypić parę drinków, piw i nie mam poza tym jakichś specjalnych rytuałów. Jeśli chodzi o natręctwa, to staram się właśnie je hamować, żeby na koncercie zaprezentować się z jak najlepszej strony, a nie, żeby wyszło ze mnie jakieś paskudztwo.

Na czym skupiasz się grając koncert? Szukasz kontaktu wzrokowego z publicznością, czy bardziej pochłania cię dbałość o dobre odegranie materiału pod kątem technicznym?
Na pewno na wszystkim po trochu. Bardzo lubię kontakt wzrokowy i prowokacje - czy to ze strony publiczności, czy z mojej strony. Ta moja ekspresja może wydawać się czasami za mocna, jeśli chodzi o mimikę, czy sposób zachowywania się na scenie. Nie bez powodu ludzie przychodzą jednak na koncerty. Czasem chcą zobaczyć normalność, a czasem coś zupełnie innego, niespotykanego. Wydaje mi się, że udaje mi się to jakoś zrównoważyć. Myślę, że całościowo nasze występy (bo nie jestem przecież na scenie sam) to taka wypośrodkowana przyjemność - to znaczy, że znajdziemy tam walor tekstowy, uniwersalny, walor taneczny, melancholijny, a momentami rozluźniający…

Reklama

Dodatkowym walorem jest też to, że materiał tworzysz zazwyczaj sam, albo przy pomocy żony, a na scenie dołącza do ciebie dwóch muzyków…
W zasadzie, to nawet trzech, bo trzecia osoba, to realizator. Jeździmy w tym samym składzie już od jakiegoś czasu. Płyta to jest coś mojego. Chcę na niej uchwycić moment - w mieszkaniu, w głowie. Potem z głowy na komputer, gitarę, czy na tekst. A próba wygląda tak, że przynoszę chłopakom już gotową płytę - czasami słuchają jej bardzo dokładnie, a czasem przesłuchują tylko raz i gramy te utwory na nowo. Oprócz trzonu, który musi być zachowany, budujemy na nim trochę inny klimat, każdy daje coś od siebie. Każdy z nas ma inną energię i inny pomysł na to, przez co nieco inaczej to rozumie. Dlatego kiedy spotykamy się we trójkę na scenie, to mimo że to moje utwory, to często partie perkusyjne i melodyjne są interpretowane mocno dowolnie. Nie jest to zupełna improwizacja, ale każdy dodaje coś od siebie. Nie jest tak, że przynoszę kwity i gramy wiernie to, co sobie wymyśliłem. Pozostawiam tu chłopakom pole do popisu.

Granie koncertów traktujesz czysto rozrywkowo, czy też starasz się przemycić jak najwięcej ciekawych sztuczek technicznych, nieoczywistych rozwiązań sprzętowych i brzmieniowych?
Jak najbardziej to drugie. W muzyce jestem dyktatorem. Może niezbyt często to okazuję osobom, które mnie znają, ale bardzo lubię, jak jest po mojemu. To się trochę gryzie z tym, co powiedziałem na początku, ale jednak, kiedy jest już zbudowany klimat, utwory są opracowane, to później chciałbym, żeby to było zagrane jak najlepiej. Dopuszczam pewne zmiany, ale wszystko musi być utrzymane na w miarę profesjonalnym poziomie. Czasem pozwalamy sobie może na o jedno piwo, czy drinka za dużo, ale robimy to jednak nadal w pewnych pasach bezpieczeństwa.

Reklama

Zdarzyło ci się zagrać kiedyś koncert zupełnie bez kontroli?
Tak, ale to było kilka lat temu, z UL/KR, kiedy jeszcze dość mocno szukaliśmy siebie i lecieliśmy dość mocno. Po niektórych koncertach schodziliśmy ze sceny i tak naprawdę nie wiedzieliśmy, czy zeszliśmy, czy dopiero wchodzimy…

A sam często chodzisz na koncerty innych zespołów?
Ostatnio coraz częściej i całkiem mi się to podoba. Bo był taki moment, kiedy strasznie się zasiedziałem, jeśli chodzi o koncerty i dalsze podróże. Na szczęście dzięki żonie zaczęliśmy więcej podróżować i jeździć także na koncerty. Oczywiście odpada tu chodzenie na koncerty w dniu, kiedy sam występuję. Ostatnio byliśmy na trzech koncertach razem z We Draw A i przyznałem się chłopakom, że nie byłem na żadnym ich koncercie, zostałem tylko na kilka minut. Nie lubię tego łączyć. Jeżeli idę na czyjś koncert, to idę na czyjś, natomiast kiedy sam gram koncert, to całą energię i pewien klimat, który jest we mnie uwięziony, zostawiam po to, żeby skumulować go będąc na scenie.

Byłbyś w stanie nagrać album w klasycznym, cztero- pięcioosobowym zespole, czy to dla ciebie za dużo kompromisów?
Coraz częściej pojawiają się u mnie myśli, żeby nagrać album z zespołem, współpracować z ludźmi, tworzyć. Trochę czasu upłynęło już od momentu tworzenia z Maurycym, gdzie wszystko rozkładało się właściwie po równo, czasami bardziej na moją stronę, a czasem na Maurycego. Nie mam jakichś specjalnych ciągot, ale gdzieś ta myśl się pojawia. Może na początku jakiś duet… W muzyce jestem dość mocnym samolubem i nawet jak mam jakieś zlecenie - chociaż teraz już właściwie ich nie mam przez tę swoją samolubność… Miałem okazję pisać dla kilku mainstreamowych artystów, ale dochodziłem do momentu, kiedy mówiłem: "nie, sorry, ja sobie to zostawiam". Nie mam problemów z pisaniem i mógłbym napisać co kilka dni jakiś utwór i go sprzedawać, ale coraz częściej łapię się na tym, że po prostu tego nie chcę. Ale w przyszłości… może?

Reklama

Bardzo podobny temat wypłynął, kiedy rozmawiałem niedawno z Marcinem Cichym. Marcin wspomniał o potrzebie wyjścia ze sfery bezpieczeństwa, którą daje tworzenie samemu. Czy projekt Lauda, który współtworzysz z żoną mieści się w tym buforze bezpieczeństwa, czy wykracza już poza niego?
Nagrywanie jako Lauda to był impuls. Po prostu Iwona od zawsze jest po części producentem moich nagrań i osobą, która mówi "nie Błażej, to nie w tę stronę" albo "okej, to jest fajne", a ja wtedy jej przytakuję. Często są to naprawdę cenne uwagi. Ale obawiałem się naszego grania razem. Nagrywanie materiału przebiegało tak, że Iwona czasem płakała, ja wychodziłem - byliśmy chwilami na zupełnie różnych płaszczyznach. I bałem się - może też dlatego, że tyle mówi się o tym, że związki rozpadają się przez granie razem, że nie można łączyć pewnych sfer i lepiej zostawić je dla siebie. Natomiast moja żona okazała się profesjonalistką, mimo że nie jest muzykiem, jeśli chodzi o praktykę na scenie, czy w studio. Pamiętam, jak tu w Chmurach zagraliśmy pierwszy koncert i myślałem, że po zejściu ze sceny Iwona powie "ufff… nareszcie!", a ona stwierdziła, że musimy wymyślić i nagrać coś więcej, bo mamy za mało utworów. (śmiech).

Grając jako Lauda nie śpiewam, więc mogę pozwolić sobie na więcej, także przed koncertem dać się ponieść dopełniaczom, a Iwona podchodzi do tych koncertów bardzo trzeźwo. Zwraca mi później uwagę, że tu zagraliśmy coś nie tak. Więc ja dzięki Laudzie poznałem moją żonę na nowo (śmiech). Bałem się, że na scenie będziemy próbowali się zagryźć jak dwa zwierzęta wsadzone do klatki, walczące o terytorium. Ale mimo pewnych obaw wszystko chwyciło jak trzeba.
Tak, chociaż na początku, kiedy powstawał ten materiał w ogóle nie myśleliśmy o koncertach, nie było takiej opcji. Ale nagle stwierdziliśmy "czemu nie? Spróbujmy!" W dzisiejszych czasach tworzyć muzykę i grać mogą wszyscy. I nie chcę tu absolutnie umniejszać mojej żonie, która ma fantastyczną wrażliwość muzyczną. Moim zdaniem w muzyce współcześnie chodzi jednak nie tyle o wirtuozerię, czy umiejętności, tylko o uchwycenie czegoś. Patrząc wstecz na rzeczy, które rozwaliły mnie na łopatki, sprawiły, że zacząłem inaczej myśleć o muzyce, to były to rzeczy, które powstawały raczej spontanicznie i nie były tworzone przez wirtuozów. Oczywiście, sprawia mi przyjemność słuchanie Góreckiego, czy Strawińskiego - osób akademicko wykształconych, natomiast rzeczy zachowujące dzikość i pewien prymitywizm i naiwność, to są rzeczy, które mnie najbardziej łapią za serce, skoro mówimy o emocjach.

Reklama

Foto Iwona Król

Zbieranie materiału na Laudę pokrywało się z nagraniami do twojej solowej płyty?
Ktoś już to wcześniej zauważył i ja też czuję wzajemne przenikanie się tych dwóch projektów. Lauda w niektórych momentach wchodzi na "Przez Sen" i na odwrót. Doszło to do takiego punktu, że zrobiłem utwór, na co Iwona powiedziała, że to przecież jest Lauda, tylko z wokalem. No i rzeczywiście, zmieniłem to, chociaż pierwszy był odruch obronny w stylu: "co ty gadasz! W ogóle nie!". Ale potem, kiedy zepchnąłem moje męskie ego to zauważyłem to. Jest jednak między tymi materiałami zdrowa równowaga. Można je puszczać jako całość, ale to już chyba nie mnie oceniać. Wyraźnej granicy między tymi dwoma projektami nie da się jednak postawić.

Znamienne dla ciebie jest, że nowe materiały pojawiają się u ciebie ze stosunkowo dużą częstotliwością, porównując to do reszty sceny. Ja nie widzę w tym nic karkołomnego, bo rok to chyba wystarczający okres, by wyprodukować kilkadziesiąt minut muzyki. Czy faktycznie ma sens siedzenie i dłubanie w materiale przez dwa, albo trzy lata?
Nie wiem, jak jest w przypadku innych. Ze swojej perspektywy mogę jednak powiedzieć, że ja nagrywałbym więcej, tak mi się wydaje. Rytm, w którym pracuję jest bardzo dobry. Obawiam się, że gdyby nie to, to doszłoby do momentu, kiedy niczego nie mógłbym skończyć przez ciągłe poprawianie, zmienianie, niezadowolenie, a tak, kiedy muszę następnego dnia iść do pracy myślę sobie: "o kurde, muszę to teraz skończyć… no dobra, to zostawiamy to tak". Po kilku dniach faktycznie okazuje się, że tam nie było co zmieniać. Może to jest problemem u innych artystów.

Reklama

Mnie wydaje się, że nie robię niczego za często, chociaż mam też odczucie, że może w końcu u słuchacza zabraknąć elementu oczekiwania na album. Natomiast, co powtarzam, święta też są co roku, a jako dzieci zawsze czekaliśmy na każde kolejne z takim samym podekscytowaniem, co na poprzednie. Więc cykl roczny nie został wymyślony przez przypadek. Myślę, że to jest na tę chwilę odpowiednie. Nagrywam już nowy materiał, ale pojawia się obawa wydania tego jako KRÓL, bo w pewnym momencie może dojść do tego, że nikt nie będzie słuchał materiału, tylko będzie stwierdzał "o! Nowy Król!". I nikt nie będzie na to czekał. Z drugiej strony te materiały są krótkie, impresyjne, chociaż spotykam się też z opiniami, że bywają ciężkie i depresyjne - niektórzy mi piszą, że muszę być nieźle zdesperowanym człowiekiem, pełnym depresji i paranoi, ale na szczęście tak nie jest. Nie wiem, czy to jest poza, czy chęć stworzenia pewnego klimatu… Nie słucham własnej muzyki, a jeśli słucham, to jest to albo efekt spożycia zbyt dużej ilości alkoholu, albo jest to krótki moment: raz przesłucham i jest wow, drugi raz i jest trochę mniejsze wow, aż zostaje tylko "o…".

Czyli nie katujesz się swoją muzyką…
W żadnym razie. Ja jej nie słucham. Moja żona robi to o wiele częściej i czasem, kiedy jedziemy samochodem i leci coś mojego, to Iwona w pewnym momencie mówi "ty mnie w ogóle nie słuchasz!" - bo ja już analizuję wszystko: tu fajnie, tu mogłem zrobić cośtam, a czasem pojawia się takie "co ja tu nagrałem…o co tu chodzi?".

Reklama

10 szybkich pytań z Królem przeczytasz TUTAJ

To co teraz? Wydałeś trzy płyty jako KRÓL…
Na pewno nie UL/KR, bo z Maurycym, mimo że lubimy się personalnie, to muzycznie gdzieśtam się rozeszliśmy. Życzę jednak, żeby szczęście i dobrobyt mu dopisywały. Pojawił się za to pomysł na duety. Kręci mnie męski duet wokalny. Po polsku żeby to było! Może takie połączenie Simon & Garfunkel, Beach Boysów, Aphex Twina - żeby to coś było zimne, ale jednocześnie rozpływało się w ustach.

Może jakieś techno?
Robiłem remiksy i słucham właśnie w większości muzyki elektronicznej, eksperymentalnej. Ostatnio wzajemnie nakręcamy się z Iwoną i siedzimy mocno w ambientach, field recordingach, muzyce, której nie chcę nazwać modlitewno-medytacyjną, ale dla mnie to jest właśnie takie smutne milczenie, przekazujące pogodzenie się z pewnymi rzeczami, jak Basiński. Nie pamiętam tu konkretnych nazw. Mam kolegę w pracy, który siedzi w techno i elektronice i co chwilę podrzuca mi tyle różnych płyt, od pierwszego albumu Aphex Twina wydanego pod innym pseudonimem po jakieś inne dziwadła. Więc jeśli chodzi o techno, to niewykluczone…

Chodziły ci kiedyś po głowie dj-sety?
Parę razy grałem djsety, grałem nawet z winyli i mam parę pseudonimów estradowych. Jednym z nich jest DJ Audiobook, gdzie wplatam między sety audiobooki. Natomiast u mnie kończy się to często tak, że włączam całość i są co prawda adaptery, ale wszystko idzie przez komputer i można zrobić synchro i jak już mam banię, to robię po prostu to synchro. Nie ma we mnie w tym profesjonalności…

Paweł Trzciński, menadżer Błażeja: Oj nie ma (śmiech)!

A Bangeliz to już zamknięty rozdział?
Nie, właśnie pracuję nad nowym materiałem. Ma to być słuchowisko… Ale to, nad czym głównie teraz pracuję mocno cię zaskoczy. W następnym roku, nie zapeszając, chciałbym wydać komiks. Mam już narysowanych i opisanych sześć stron. Będzie to historia obyczajowo-science-fiction. Do tego będzie dołączona kaseta z muzyką…

Wszystko będzie się wzajemnie zasklepiało?
Tak, czasami tekst będzie tylko na kasecie, wszystko będzie niezłą zajawką. Iwona, dobra faza z tym komiksem, nie?

I sam to rysujesz i opisujesz?
Tak, jestem po liceum plastycznym i mam w tym kierunku manualne zdolności, więc będę sam rysował, sam będę też pisał. Będzie też muzyka, którą napisze moja żona - ma w planie. No i być może ktoś to wyda.

Możemy się spodziewać hitu na miarę Tytusa, Romka i A'Tomka (śmiech)?
Wiesz co, wydaje mi się, że tak (śmiech).

W takim razie już teraz, jako pierwszy, zamawiam go w preorderze!