Czytelnia

Sos, drony, kryształ i dresy Gucci

Polski uliczny rap wcale nie musi się opierać tylko na kolesiach o dziwnych skrótowych ksywach, które po rozwinięciu powodują salwy śmiechu. Na szczęście, jak to zwykle bywa w naturze, są wyjątki od reguły.

tekst Dawid Bartkowski
22 Marzec 2017, 10:01am

Na zdjęciu głównym Pro8l3m; fotograf - Piotr Pytel

Fakt jest taki, że ludzie którzy nie słuchają na co dzień rapu, utożsamiają go z wszystkim co najgorsze. Najsmutniejsze jest to, że takie generalizowanie sprowadza się do obiegowych i powszechnych opinii o twórczości najniższych lotów. Twórczości, za którą odpowiada banda nietrzeźwych i przyćpanych jegomości spod bloku odzianych w dresy i śmieszne czapki.

Ze stereotypami ciężko jest wygrać, ale "penetracja" rynku pokazuje, że polski uliczny rap ma do zaoferowania kilku ciekawych zawodników, którzy potrafią nawinąć nie tylko o wyuzdanej miłości do służb porządkowych oraz nielegalnych interesach. Zresztą, nawet jeśli to robią i kleją rymy o najbardziej oklepanych tematach, to nie można im odmówić klasy.

Nie ma sensu rozprawiać o tych, którzy mieli ogromny wpływ na to, co się obecnie dzieje na naszej scenie. Po co pisać o latach świetności np.: Molesty (zapamiętajcie: solową twórczość Włodiego koniecznie trzeba mieć na uwadze!), Peji czy nawet, o dziwo, Nagłego Ataku Spawacza? Rozpracowywać scenę warszawską i poznańską? Odwoływać się do "postmolestowych" kozaków pokroju Jeżozwierza, którzy są piekielnie mocno zakorzenieni w undergroundzie i mają gdzieś trendy oraz powszechny splendor wśród niezbyt wymagającej publiki? Szkoda czasu, bo jest kilku zawodników nowego pokolenia, którzy nawijają o ulicy z gracją, której nie powstydziliby się branżowi koledzy utożsamiani z bardziej "szanowanym" środowiskiem.

Wprawieni szukać za wiele nie muszą, trochę trudniej będą mieli ci, którzy nie zajmują się na co dzień kulturą czterech elementów (która przez lata zdążyła diametralnie zmienić swoje oblicze). Można przywołać na szybko polsko-niemieckie nazwiska Sentino i Malika Montany (refreny!), którzy mimo posiadania w swoim portfolio kilku czerstwo-żenujących wersów, mają w sobie olbrzymie ilości uroku i patentów na nagrywanie po prostu dobrych kawałków opierających się głównie na schemacie kobiety - interesy - pieniądze. Idąc jeszcze dalej, do Wielkiej Brytanii, można zapoznać się z Wuzetem - grime'owym wyjadaczem, którego umiejętności wcale tak bardzo nie odstają od graczy z Wysp. Lokalne miasta też trochę oferują, ale zostańmy jednak przy "świętej trójcy", która przy obecnym newcomerowym szrocie wyznacza trendy oraz jest prawdziwą apolityczną dobrą zmianą.

Pro8l3m. Warszawski skład, który tworzą Steez i Oskar. Pierwszy jest DJ-em i producentem - postacią od lat uznaną na scenie i blisko związaną z innymi legendami warszawskiej hardcorowej sceny, czyli mokotowskim Hemp Gru. Drugi jest raperem, którego prawdziwe wejście na scenę, i to z buta, nastąpiło w 2013 roku wraz z pro8l3mową (broń Boże prob8l3matyczną!) epką - "C30-C39", która dawno temu została obwieszczona klasykiem. Porywające i emocjonujące historie były czymś nie słyszanym w Polsce od dawna, jednak górę nad wszystkim brała charyzma MC, która została spotęgowana niecałe trzy lata temu przy okazji premiery kolejnego materiału duetu - "Art Brut Mixtape". Jeszcze lepszego od epki, która była tylko prologiem do tego co się wydarzyło na tej płycie opartej tylko i wyłącznie na polskich samplach sprzed kilkudziesięciu lat.

Idealnie połączenie staroszkolnych ideałów z tymi nowymi, poza tym ręka trzymana na pulsie i wielka pomoc Steeza, zrobiła z Oskara bestię, która obecnie jest być może najciekawiej rapującą postacią na naszej scenie. Można oczywiście polemizować i stawiać typa w jednym rzędzie z innymi zawodnikami, ale póki co wskoczył na taki poziom, o jakim wielu nie śmie nawet marzyć.

W połowie 2016 roku potwierdzili swoją klasę wydając legalny materiał, który był debiutem z prawdziwego zdarzenia. Dla wielu ten longplay o jakże wdzięcznej nazwie - "Pro8l3m" - jest lepszy od epki i mixtape'u razem wziętych. Chyba jest to spora przesada, ale nie można odmówić im jednego. Podążania własnym szlakiem, na który nikt nie ma wstępu. Przynajmniej na razie.

Tak jak Oskar łączy stare z nowym w idealnych wydawać by się mogło proporcjach, to już Kaz Bałagane oraz Belmondo opierają się tylko na tym drugim. Wychodzi im to świetnie i kto wie, czy nie są to obecnie jedne z najgorętszych nazwisk na scenie, nie ograniczając się tylko do tego mroczniejszego poletka. Królowie zabawy z masą celnych spostrzeżeń, genialnych historii oraz doskonałym jak na polskie warunki songwritingiem, zaczęli robić to, co zawsze chcieli robić im podobni. Pisać dobre kawałki ze świetnymi refrenami, które przy okazji windowały w górę ich street credit. Wspólny "Sos, Ciuchy i Borciuchy" oraz solowe dokonania Bałagane (łącznie z wydanymi trzema płytami w 2016 roku z fenomenalnym "Radiem Gruz" na czele) wniosły zupełnie, ale to zupełnie, nową jakość do polskiego hip-hopu.

Podobnie jak w przypadku Oskara, okazało się że nie trzeba nieudolnie kopiować cudzych pomysłów, ale można też wnieść do nich wiele swojego, a nawet przewyższać pierwowzory (żeby być sprawiedliwym to trzeba przyznać, że kopiowanie wcześniej wspomnianemu polsko-niemieckiemu tandemowi wychodzi całkiem znośnie). 

Do tych wymienionych można jeszcze dodać kilku nowych ciekawych raperów stale powiązanych z ulicą, ale wolałbym tego nie robić. Gdybym kogoś pominął to mogłoby się to źle dla mnie skończyć, ale abstrahując już od takiego negatywnego wybiegania w przyszłość to koniecznie trzeba odnotować fakt, że rodzimy hip-hop bez tych postaci byłby znacznie uboższy.