FYI.

This story is over 5 years old.

guide

Jak przetrwać poniżej najniższej krajowej

Praktyczny poradnik na ciężkie czasy
1.6.15
Źródło: Flickr / Arek Olek

Jeżeli zdarzyło ci się, że idąc do bankomatu nie wiedziałeś, czy stan konta przekracza magiczną granicę pięciu dych (swego czasu dolny limit dla wypłat), oto poradnik dla ciebie. Powyższe zdanie może wydać ci się nonsensem, jeżeli starzy wysyłali ci co miesiąc średnią krajową, a teraz pracujesz w jakimś szanowanym biurze maklerskim czy kancelarii prawniczej – nie przestawaj czytać! W najgorszym wypadku pociśniesz bekę z biedaków, a w najlepszym poczujesz nieco empatii wobec tych, którym w życiu poszło nieco mniej zajebiście.

Reklama

Najniższa krajowa wynosi obecnie 1288,16 złotych, co w przeliczeniu na moje osiedlowe realia daje np. 4293,86 kajzerki miesięcznie, co może się wydawać imponujące. Niestety, nikt z nas nie przeżyje na samych kajzerkach, nie mówiąc już o tym, że bardzo ciężko zbudować z nich wygodne posłanie. Na dodatek, w epoce frilansu i godzinowych stawek w knajpach, coraz trudniej osiągnąć stabilność finansową nawet w tak żałosnym zakresie. Możecie pytać, co taki dupek z VICE'a jak ja może wiedzieć o biedzie? Powiem wam, że mam w tym zakresie spore doświadczenie. Wbrew pozorom wyżycie z dziennikarskiego wolnostrzelectwa nie jest zbyt proste (chyba, że umiesz wylewać na klawiaturę tysiące znaków o ploteczkach, a ktoś chce ci za to płacić, zdarza się) – i to cholerne 1288 złotych 16 groszy stanowi często przez kilka miesięcy nawet nie normę, a rodzaj aspiracji.

Przez 8 lat swojego życia tak właśnie funkcjonowałem, dzieląc swój dzień na wysyłanie propozycji do różnych redakcji, pisanie i liczne bezproduktywne czynności. W momentach kryzysowych chwytałem się przypadkowych zajęć: pojechałem do Budapesztu pracować przy organizacji programów teleaudio, opiekując się tamtejszymi odpowiednikami wróżbity Macieja; rozwoziłem wózki sklepowe po parkingu w supermarkecie, pracowałem w garkuchni na stacji kolejowej w Londynie, raz nawet wystąpiłem w reklamie jakiejś tam kablówki – coś na kształt współczesnego hobosa. Przeżyłem. Mam dla ciebie kilka rad, które być może też pozwolą ci przetrwać, jeżeli czujesz, że twoja sytuacja jest chujowa.

Rób rzeczy

To ważne. Kiedy żyjesz na krawędzi, bez pracy, pewnie wiele razy będziesz chciał spędzić cały dzień w łóżku, oglądając spiracone seriale, przewijając fejsbuka, albo grając w gry sprzed dziesięciu lat – jedyne, które w miarę chodzą na twoim złomowatym laptopie. Często tak robiłem, szczególnie w zimowe miesiące, kiedy perspektywa wyjścia z domu nie napawa optymizmem. Druga opcja to imprezowy wir, życie o browarze i furańsku od afterku do afterku, chwilowe euforycznie skoki. Obie z nich to błąd i krótka droga, prowadząca do tej smutnej grupy, która zawsze wydawała ci się tak odległa, o której osoby o kilka dekad starsze od ciebie wyrażały się per „margines". Różnica w tym, że oni gapią się w Polsat i walą „Czerwoną Kartkę", ty kończysz korzystasz ze dobrodziejstw streamingu i bierzesz coś o nazwie złożonej z przypadkowych literek i cyfr.

Flickr / Richard Grandmorin

Nie zabraniam ci imprezować, ani wyluzować się przed kompem. Ale w tym wirze beznadziei, nie przestawaj robić czegoś, co wychodzi ci dobrze, choć trochę wydaje się przyszłościowe i chciałbyś, żeby stanowiło twoją podstawę egzystencji przez najbliższe kilka dekad. Kręć filmy, pracuj przy samochodzie, programuj, nagrywaj dźwięki, pisz, pracuj jako wolontariusz w szpitalu, projektuj… słowem, rób coś istotnego. Powinno w końcu się udać – choć może nic z tego nie wyjdzie, może każda próba skończy się niepowodzeniem. Ale siedząc pod dziurawym kocem w zimnym pokoju za wiele lat, będziesz mieć świadomość, że to nie był zmarnowany czas.

Nie szalej

Mam takiego dalekiego znajomego, który pochodzi ze strasznie bogatej rodziny. Podejrzewam, że kasy ma jak lodu, chociaż nigdy o tym nie gadaliśmy. Marcin (nazwijmy go Marcin) zawsze, przy każdej okazji, mówi że słabo u niego z hajsem, przed wyjściem na imprezę bombi się przy użyciu Dębowego Mocnego, zbiera też kupony do Makdonalda. Może jest w tym coś ze skromnego bratania się z ludem, może to wykalkulowana postawa, dzięki której nikt nie prosi go o postawienie piwa. Mniejsza o to. Wśród moich biedujących kumpli zawsze widziałem postawę wręcz przeciwną – kiedy tylko przylepił im się do łapy jakiś większy hajs, od razu wpadali w gościnę z wódeczką i jakimś dobrym żarciem, w knajpie stawali się królami życia z siłą Gangu Albanii i Kombi razem wziętych. Wiadomo, trzeba sobie odbić, trzeba zmyć z siebie choć trochę wizerunku obdartusa. Jednak nie tędy droga.

Okres biedowania, jak długi by on nie był, to czas w którym naprawdę uczysz się życia. Przyda ci się to później. Najbardziej solidni, najmniej gówniani ludzie, jakich poznałem na swojej drodze, mieli gdzieś za sobą moment, w którym autentycznie nie mieli na jedzenie. Jedna z rzeczy, których możesz się wtedy nauczyć, to obchodzenie się z hajsem. Po pierwsze, że bez hajsów można się obyć. Po drugie, że nie należy ich rozpieprzać. Naucz się oszczędności. Przyda się umiejętność gotowania – za cenę ohydnego sosu ze słoika możesz przygotować sobie solidny posiłek na dwa dni. Wiesz, dwie puszki pomidorów, cebulka, czosnek, trochę bazylki (możesz uprawiać na oknie, polecam). Z makaronem – danie godne króla życia. Kombinuj w ten sposób. Na wiele wystaw możesz się wbić za darmo, w kinach są często tanie dni, koncerty za dychę są zazwyczaj fajniejsze, niż te za stówę.

Trzymaj fason

Powiedziałem, że masz oszczędzać, prawda? To nie znaczy, że masz żyć, jak brudny szczur. Jest rok 2015, możesz śmiało korzystać z dóbr cywilizacji sytości, nawet jeśli pozostajesz na jej marginesie. Ciuchy z lumpa to oczywista oczywistość – szczególnie, że masz pewnie trochę więcej czasu, niż etatowi pracownicy, i możesz jego małą część przeznaczyć na grzebanie między pachnącymi dezynfekcją wieszakami. Nie oszczędzaj tam, gdzie nie należy. Buty za 3 dychy rozpadną się po 3 miesiącach, zapewnią ci przypadłość zwaną w medycznym żargonie jako „śmierdząca stopa" oraz sprawią, że będziesz wyglądać po prostu biednie (w oczach innych, a takż w twoich własnych). Tego nie chcesz. Jesteś królem życia – co z tego, że na chwilowym wygnaniu. Nie inwestuj hajsów w modę, ale w coś trwałego i świetnej jakości. Nie bój się wełnianych swetrów, kalesonów, ani wojskowego demobilu – mogą pomóc przetrwać ci zimę i wyglądają naprawdę stylówkowo.

Oszczędzać możesz na żarciu (patrz punkt wyżej – za cenę gównianego sosu ze słoika zrobisz wspaniały własny), na przemieszczaniu się z miejsca na miejsce (bądź twórczy – ja w czasach, gdy nie istniał Polski Bus, potrafiłem pojechać do Berlina za mniej niż 40 zł, tyle że z 3 przesiadkami), używkach (ogranicz ilość, nie jakość: nie sugeruję picia piwa „Kumpel" ani wiśniowej siary z Biedry – ale czy naprawdę musisz się uwalać się w trupa tak często?). Nie wynajmuj kawalerki, wybierz pokój wśród jakiejś bandy studenciaków.

Reklama

Zaoszczędzone hajsy przeznacz na coś rozwojowego, co pomoże ci robić rzeczy, które chcesz robić. Dla pewności: gram MDMA nie jest zbyt rozwojowy.

Nie dawaj się oceniać

Możliwe, że na jakimś etapie spotkasz się z zajebiście miłą duszą, która postanowi wdeptać twoją i tak chujową samoocenę w ziemię. Niestety, taką rolę często przyjmują starzy, nawet jeśli mają dobre intencje: „Masz 32 lata i właśnie zacząłeś pracować w barze? I co, za pięć lat będziesz nadal nalewać piwo? Jakie ty masz perspektywy? Myślisz w ogóle o emeryturze?"… I tak dalej. Twoje skrywane lęki, z którymi nie masz się jak skonfrontować, podane w formie jednej rozmowy telefonicznej. Wiadomo, starych trzeba po prawilnemu szanować, ale nie ma nic złego w tym, by powiedzieć im szczerze, że takie uwagi nie pomagają. Radzisz sobie najlepiej jak umiesz, i nikt nie ma prawa mówić ci, że to jest chujowe. Nawet jeśli nosisz w sobie jego kwas rybonukleinowy.


Tylko na bogato! Polub nasz nowy fanpage VICE Polska


Druga grupa to kumple. Jeżeli czujesz, że ktoś niespecjalnie chce się z tobą bujać, ponieważ pracujesz w pizzerii, to niech spada na szczaw, nie potrzebujesz śliskich ludzi w swoim życiu. Jeżeli ktoś inny, w konfrontacji z twoimi problemami mówi „e, weź się w garść" (chociaż robisz to każdego zjebanego ranka), to pewnie znaczy, że inaczej nie umie. Pogadajcie o czymś innym i będzie okej. Tutaj ważna uwaga: nie zasypuj innych opowieściami o swoim nieszczęściu – chcesz, żeby zapamiętali cię jako kogoś bardzo spoko, a nie smutnego biedaka, rozumiesz? Najlepsza grupa to ziomkowie na dobre i na złe, którzy mają w poważaniu to, czym akurat zarabiasz hajs, czy jesteś panem dyrektorem czy panem na kasie, tylko z chęcią ustawią się z tobą na oglądanie filmów i poczęstują blantem. Ale jeszcze raz pamiętaj, żeby robić swoje rzeczy – fajnie, jeśli twój kumpel może cię przedstawić mówiąc „to jest Marta, robi świetne zdjęcia / muzykę / tłumaczenia z fińskiego / projekty reaktorów atomowych", a nie tylko „to jest Marta, pracuje w kebabie".

I przede wszystkim pamiętaj: będzie dobrze.