FOTOFESTIWAL x VICE x RELACJA

Można zastanawiać się nad ontologią obrazu, ziarnem głosu, dyskursywizacją spojrzenia. Może też chodzić tylko o samotne gapienie się w obrazki, o kontemplację fotograficznie zatrzymanej rzeczywistości.

|
31 lipca 2013, 1:27pm

W Łodzi, mieście fotografii, odbył się w czerwcu festiwal fotografii. Super, lubimy festiwale i zdjęcia, jedziemy. Ale chwila, przecież festiwalem fotografii jest właściwie całe nasze życie. Bo czym jest obcowanie z obrazami i obrazkami w internecie i w wiecznie świątecznej wizualnej infrastrukturze miast, wsi i domów? Jesteśmy przecież estetycznie zasypani, nawet przez współchodzących po chodnikach – trójwymiarowym fejsie. Jak więc da się zrobić festiwal fotografii?

Otóż idąc tym tropem właśnie, czerwcowy, łódzki festiwal fotografii zarzuca nasze oczy miriadami zdjęć i skrzętnie poukładanymi narracjami, historiami, mikrohistoriami z nich wypływającymi. Bo o ile niektórzy zdążyli wyrobić sobie matrycę niezauważania, nieprzesycania się absurdalnością obrazowych bodźców pochodzących ze świata, o tyle niektórzy owe absurdy łapią w fotograficzną ramę i chcą się swoimi obserwacjami dzielić (chwalić?) na festiwalu fotografii właśnie. Każdy ratuje się jak może, dobra.

Na tym targowisku wizualnej próżności naszą uwagę przykuwa wystawa główna: I ARTIST. Nie wiemy jednak, czy którykolwiek z autorów uważał sam siebie kiedykolwiek za artystę. Artystami czynią ich kuratorzy, którzy tą wystawą bardzo mocno udowadniają nam, że samo bystre oko równa się artyzm, sztuka, sztuka wysoka, bycie artystą, bycie artystą wizualnym. Nie rzemiosło, nie mistrzostwo, nie własny język łączy wszystkich fotografów, a bystre oko właśnie.

W rękach amatorów fotografia nie jest jednak nastawiona na gotowy krytyczny przekaz. Te kilka zdjęć i tak przepadłoby wśród miliardów. Kuratorzy mogą więc spokojnie wyławiać je i lepić według własnych wizji, i tak mają już punkty za charytatywność. Ale czy w ogóle mowa tu o nadawaniu jakiemukolwiek amatorskiemu fotografowi statusu artysty? Mowa nie o konkretnych fotografiach, mowa o dużym krytycznym projekcie danego kuratora. Jego projekt jest kolażem, on staje się artystą, a nadawanie „autorom” tych zdjęć statusu artysty staje się jakby samousprawiedliwieniem się kuratora, że grzebał w śmietniku internetu lub przeprowadzał ojca kolegi. 

Nie dajemy się więc zmylić nazwie wystawy. Nie każdy może być artystą, sorry.

*

Trochę fejmu kuratorom się jednak należy. Cykle dają radę. Polecamy: „Richard and Famous”, autorstwa Richarda, o nim samym, 25 lat w niezawodnie fotografa amatora. Jego główne założenie życia to fotografować się ze znanymi osobami. Obecnie zrozumiał, że znanych osób na świecie jest bardzo dużo i przyznaje, że „nie ma pojęcia, kim jest połowa ludzi, z

którymi się dziś fotografuje, ale wie, że musi do nich dotrzeć, bo będą doskonale pasować do jego koncepcji wystawy".

W dziale I ARTIST znalazła się też praca pod tytułem „Portrety zachodu słońca z 12213894 obrazów zachodu słońca na portalu Flickr w dniu 2 maja 2013”. Autorka ma do tematu ludzkie podejście: „Słońce dające życie i ciepło, będące symbolem oświecenia, duchowości, wieczności i wszystkich nieosiągalnych rzeczy, wszechpotężne źródło optymizmu i witaminy D, tak powszechnie fotografowane, obecnie zalicza się do sfery internetu, a zatem do tej najbardziej wirtualnej z przestrzeni, równie nieskończonej, co zamkniętej w zimnych obwodach elektrycznych.” Nadal przerabia się więc stosunek realu z nie-realem, miejsce człowieka i jego romantycznych uniesień w „zimnych obwodach elektrycznych” (!).

Totalni są ci amatorzy. 25 lat życia poświęcone na cykanie albo tysiące zdjęć wybranych z miliardów, co, jak dość łatwo policzyć, równa się całym latom spędzonym na google images. I artyści, i kuratorzy są uzależnieni od ładnych obrazów. Najczęściej jednak wyborem fotografii do pokazania kieruje przede wszystkim nie kryterium estetyczne, a kryterium motywu, tematu przewodniego. Szuka się punktów wspólnych łączących przypadkowe obrazki. Łączy się kropki.

*

Natłok wizualu wprawia nas w zadumę. Kuratorzy konkretnym zdjęciom przypisują wagę co najmniej niską. Czytamy na przykład w bio Penelope Umbrico (autorki kompilacji flickrowych zachodów słońca właśnie), że „uznaje ona wszystkie obrazy pojawiające się w stale zmieniającym się środowisku za dowód na istnienie czegoś innego niż to, co przedstawiają”. Cykle cyklami, cykle nam mówią konkretne historie. Nam więc chce się jakoś zwrócić w kierunku fotografii pojedynczej. Powyrywać ją z kontekstu, odebrać kuratorom ich artyzm, powyrywać autorom-amatorom ich amatorskość. Kuratorzy nawet się nie bronią – w opisie wystawy stoi, że „obraz – jak powiedział Godard – nie należy do osoby, która go stworzyła, ale do osoby, która go wykorzystuje”. To zabieramy.

Trudno jest dzisiaj zrobić zdjęcie - a nuż będzie to zdjęcie udane. Tak samo trudno jest dzisiaj skomentować zdjęcie. A nuż będzie to komentarz kuratorski.

*

I ARTIST. Transcendent Amateur / Joachim Schmid, Mona Lisa in the age of the

mobile phone

Na tym przypadkowym, niewykasowanym z komórki zdjęciu autor uprawia refleksję nad stanem zachodniej kultury w ogóle. Mona jest bowiem zaplombowana szkłem [tzw. kryzys muzealnictwa], potem ekranami telefonów komórkowych [tzw. konsumpcyjny stosunek do sztuki wysokiej], potem naszymi oczami [tzw. bierne uczestnictwo w kulturze]. Szkło w oko w obiektyw.

Zwróćmy nasze oczy na milczącą, trochę drugoplanową, ale wciąż gwiazdę tego zdjęcia. Jeśli ktoś ją jeszcze rozpoznaje, bo dawno nie widziano Mony nieprzerobionej. Mony, która nie jest kosmitą, nie jest klockiem lego, nie jest skarlet johanson i nie jest marge simpson i nie jest kotem. Widzimy Monę, która klasycznie nieśmiało się do nas uśmiecha. Zauroczenie pierwotnością jej formy jest na tym zdjęciu jednak nieważne. Tak, Mona znów schodzi na plan drugi, a najważniejsze staje się zapośredniczenie zapośredniczenia zapośredniczenia. Medium is the message.

I ARTIST. Archiwa i amatorzy / Portret doskonały, prace z kolekcji Andrzeja

Różyckiego, Karola Jóźwiaka, Marcina Sudzińskiego i Piotra Szczegłowa

Zdjęcie wpisuje się w romantyczną podstawę naszej kultury. Choć może nie zdjęcie, a retromańskie wciągnięcie go do festiwalu. Wywoływanie duchów, Dziady z wywoływacza.

Starodawne twarze naszych przodków, schludnie ubranych, schludnie się uśmiechających. Zdjęcie jest przedkomputerową wersją tego, co w czasach komputerowych manifestuje się w Simsach - gładkość, obłość (może nawet w Wormsach). Tzw. monidła mamiły iluzją podobieństwa do „fotografowanego” obiektu. Czy, patrząc na to zdjęcie, nasi dziadkowie mogli zapytać, czy dobrze wyszli? Fotograf podkolorował ich farbkami i pędzelkiem, przyznać jednak trzeba, że i kadr dobry, i para wyszła bardzo twarzowo. 

Dagmara Bugaj, ASP, Miejsca utajone

Leśny nurt fotografii trzyma się dobrze. Nikt jednak nie lubi krzaków, w których nic się nie dzieje. Należało więc nadać im rys tajemnicy, choćby obietnicę akcji. Mroczony pierwszy plan, mroczna atmosfera – las jest tu miejscem zagrożenia (vide: Balladyna). Komu zresztą nadal chce się jeszcze doszukiwać sensu w kupie chrustu, zoomie na ściółkę leśną? Może to tylko proste ćwiczenie logiczne dla grzybiarzy?

Jan Brykczyński, Boiko, 02, Grand Prix Fotofestiwal 2013

Artysta wydobył tu piękno z prostych obiektów. Prostych, ale nie prostackich. Dodatkowo uderza fakt, że po dokładnym przyjrzeniu się uświadamiamy sobie, jak się artysta poświęcał – maks plus dwa stopnie, mgła i na zewnątrz, i w krowim domku. Mimo to ciężko sobie wyobrazić cieplejsze zdjęcie!

Zdjęcie może też być wyrazem podglądaczych inklinacji autora. Ale wciąż bez ocierania się o zboczenia i słowa typu voyeryzm? Być może interesują go warunki życia zwierząt, może tylko to, jak wygląda krowie domowe ognisko. Ciekawość z pewnością jest najlepszym przyjacielem fotografa.

Karl Burke, The Harvest of Death v.2, 2012, Grand Prix Fotofestiwal 2013

Podobne kadry pokazywał nam Antonioni w Powiększeniu. Tu jednak nie trzeba niczego powiększać, trup jest widoczny i w określonej, policzalnej ilości.

Zdjęcie korzysta z ogranych motywów: gra światła i cienia, teatralna dekoracja planu, prosta symbolika (na przykład śmierć, bliskość trupa i miejsca jego pochówku: ziemi, czym też prawie zaczepia się o modną tematykę zombie). Ogromne zaskoczenie spotkałoby jednak osobę, która swojski motyw krzaka wykorzystałaby, by wybrać się za niego na siku.

I ARTIST Archiwa i amatorzy, Jacek Malinowski, Polska Ludowa, 1975

Ta pani chciała sfotografować się w aucie. W czasach nam bliższych łatwiej na zdjęciach zobaczyć panią na aucie. Dobra, pytanie więc, czy chodzi o panią, czy o auto? Załóżmy, że chodzi o to wyjątkowe i seksualnie niebezpieczne połączenie. Zdjęcie wygląda więc jak ze znalezionego na wykopaliskach magazynu lajfstajlowego . Tym samym patrzmy na detale. Lans od zawsze tkwił w szczegółach! Wynik patrzenia: stylowy garaż-hangar w tle, dobre oksy, oraz że jeśli na badmintona, to tylko maluchem.

Poza tym nie ukrywajmy, to zdjęcie jest dobre, bo jest dobrze stare. Fetyszyzm i Ostalgia. Rekontekstualizujemy odbiór i gotowe, podoba się. [+ prawy dolny róg]

Frank Herfort, Time in Between – Narrative Scenes, 2005-2012

Ta czerwona skrzynka i ta pomarańczowa ściana, te drzwi drewniane i ten pulpit drewniany tworzą takie linie, i one współgrają ze sobą, i barwy też ze sobą współgrają! Na tym zdjęciu wszystko do siebie podejrzanie dobrze pasuje. Bardzo dobre wyczucie linii, a średniowieczna perspektywa przyjemnie miesza w głowie, podobnie jak bonus w postaci zwierzęcego eksponatu.

Gdyby skupić się na detalach, widzimy nagle niemodelowe zdjęcie z katalogu „Drewno i ceramika”. Oszałamiająca ilość różnych formatów płytek, boazerii, marmurów, farb ściennych! Blatów, drzwi, łuków strzelistych! Karuzela wzorów, festiwal fotografii!

I ARTIST Archiwa i amatorzy, Ostatnie Wakacje

Ej, to zdjęcie jest zrobione w Polsce! Włączamy retromanię. Łąka nagle zrobiła się typowo polska. Panowie nagle przestali być bohaterami gry Mario Bros, stali się sąsiadami zza płotu... Ale nie nie, przez to wszystko zdjęcie wcale nie traci uroku, nabiera raczej miłej aury mazurskości, wawelskości, kempingowości. Wspaniała fotografia drogi!

Ewa Kasperek, To Coś

Kiedyś były monidła, ale współczesne portrety też już nie chcą być tylko zwykłymi portretami, też chcą mamić. Da się Coś domalować, ująć Coś w kreski. Ale zdjęcia profilowe to się robi głównie do legitymacji więziennej. Wyobraźmy sobie więzienie przyszłości, w którym zamykają cię za rewolucyjne podejście do urbanistyki miejskiej, takiej przegiętej: miasto dla ludzi --> miasto na ludziach. Kolejne stadium wizji „miasto masa maszyna”? A, no i w tym więzieniu dostajesz za darmo spanie, jedzenie i dostęp do książek i ładnych albumów. Dodatkowo zamykają cię z koleżankami i kolegami po rebelianckim fachu i jako urbanistom łatwiej wam wykopać tunel do świata. Wizyjność zdjęcia ponadprzeciętna więc, może nawet wizjonerskość.

Wojciech Wieteska, Jestem z Polski

Księżyc, zachód słońca oraz stosunek płciowy są na tym zdjęciu elegancko niedopowiedziane. Jako niebiańska wizja wakacyjnej miłości zdjęcie prawie przebija błonę fotograficzną, a jako discopolowy odpowiednik sonaty księżycowej – jest zdjęciem doskonałym.

I ARTIST Archiwa i amatorzy, Jacek Malinowski, Polska Ludowa, 1982

To zdjęcie w dziale fotografii amatorskiej? Odcienie błękitu pięknie przytłumione, a efektu lizania sztuki najwyższych lotów dodaje jeszcze pusty akwen wodny. Zaraz potem drugie myśli, że to jednak zwykłe zdjęcie z kolonii, tylko woda jeszcze nienapuszczona.

Przemek Dzienis, I can't speak, I'm sorry

Zastany w pustostanie, samotnie oddający się kontemplacji nad swoją nieśmiałością bohater być może czuje się jak śmieć. Zdjęcie posthumanistyczne? Zdjęcie ekologiczne? Na pewno zdjęcie metaforyczne, a za zgrabną i radykalną metaforę nieśmiałości należy się nagroda specjalna od gremium składającego się z socjopatów, mizantropów i pustelników.

Jacek Poremba, 13

W innych sztukach na amatorskie próby podejmowania się bycia artystą powstał termin art brut. Fotografia obroniła się przed tymi granicami i wchłania również obrazek nagiego chłopca na różowym jeleniu.

*

Można zastanawiać się nad ontologią obrazu, ziarnem głosu,

dyskursywizacją spojrzenia. Może też chodzić tylko o samotne gapienie się w obrazki, o kontemplację fotograficznie zatrzymanej rzeczywistości. Ale nie oszukujmy się – tak samo jak mało kto zna się na robieniu zdjęć, tak samo mało kto zna się na ich komentowaniu.

Akurat stoisz twarzą w twarz z fotografią, akurat nie masz ochoty na profesjonalny komentarz. Akurat jesteś na festiwalu, akurat poddałbyś się niemęczącej narracji o tym, co widzisz. Pozostaje błogie, słodkie, obrazowe ama-komentowanie. Dobry wirus amatorszczyzny, wpuszczony przez kuratorów Fotofestiwalu, pomaga w tym; działa jak szczepionka przeciwko ciągłemu lękowi, że nie jest się wystarczająco pro.

 
 

Więcej VICE
Kanały VICE