sekty

Z wizytą w Jonestown, miejscu największego zbiorowego samobójstwa XX wieku

Siedziba sekty, w której życie straciło 918 osób, dziś popada w ruinę

tekst Julie Fenwick; tłumaczenie Dominika Skórzewska
12 Wrzesień 2018, 8:28am

Brama Jonestown. Fot. Aaron Oldenburg

W gorące popołudnie 18 listopada 1978 roku ponad 900 członków sekty religijnej znanej jako Świątynia Ludu zatrzymało się i słuchało. Z trzeszczących głośników rozmieszczonych w ich obozie, nazywanym przez wiernych Jonestown, płynął głos ich guru: owianego dziś złą sławą Jima Jonesa. Poinstruował ich, by zebrali się w centralnym pawilonie obozowiska, tak jak wielokrotnie wcześniej ćwiczyli, aby wziąć udział w ostatecznym akcie „rewolucyjnego samobójstwa”.

Jeden po drugim zgromadzili się na polanie wyciętej w gujańskiej dżungli i wypili śmiercionośną miksturę Valium, cyjanku i napoju Kool-Aid. Jedną trzecią ofiar stanowiły dzieci otrute przez rodziców. Po godzinie nad obozem zawisła cisza, a ziemię zasłały ciała. Jones zastrzelił się na podium, z którego tak często nauczał i prowadził modły.

Do czasu tragedii 11 września 2001 roku to właśnie w tak zwanej Masakrze w Jonestown jednorazowo odebrano życie największej liczbie obywateli USA. 40 lat później wydarzenie to ma wyjątkowe miejsce w amerykańskiej historii, a także w literaturze psychologicznej dotyczącej posłuszeństwa. Co roku na temat sekty powstają dziesiątki artykułów, a zwrot „pić Kool-Aid” zakorzenił się w mowie potocznej jako określenie na ślepą wiarę i bezwarunkowe wypełnianie rozkazów.

Co właściwie ostało się z obozu? Jonestown w latach 70. było małą wioską – czy teraz jest małym miastem-widmem? Aby spróbować odpowiedzieć na te pytania, spotkaliśmy się z dwiema osobami, które oddzielnie odwiedziły ten teren. Julia Scheeres jest dziennikarką i autorką, która znalazła się na tym obszarze w 2008 roku, a Aaron Oldenurg, profesor nadzwyczajny na Uniwersytecie Baltimore, pojechał tam w 2010 roku. Rozmawialiśmy z obojgiem, aby dowiedzieć się, co pozostało z budynków i usłyszeć, jak to było odwiedzić tak tragiczne miejsce.

Motorówki w Port Kaituma. Fot. Aaron Oldenburg

„Czułam się zagrożona” — wspomina Julia Scheeres, autorka książki A Thousand Lives z 2011 roku, zgłębiającej doświadczenia kilku byłych członków sekty. Przypomina sobie, że droga była długa i trudna, dostać się tam można było tylko awionetką lub łodzią ze stolicy Georgetown oddalonej o 240 kilometrów na południe. „Ta podróż pokazała mi, jak odległe było Jonestown” — mówi, opisując najbliższe miasteczko Port Kaituma jako „prawdziwy dziki zachód”.

„Osada była niesamowicie uboga i przejściowa. Żyli tam głównie zdziwaczali, zapijaczeni poszukiwacze złota, z kordelasami przy boku. Było bardzo mało kobiet”.

Wejście do Jonestown. Fot. Aaron Oldenburg

Po opuszczeniu Port Kaituma, Scheeres przedzierała się dwie godziny przez gęstą gujańską dżunglę. W Jonestown powitał ją deszcz. „Kiedy nasz SUV wjechał na teren byłego Jonestown, zobaczyłam tylko puste pole” – powiedziała. „Wszystkie chaty i inne budynki zniknęły – zostały spalone lub rozebrane przez miejscowych. Pozostała przestrzeń pokryta polnymi kwiatami i winoroślą”.

Zawiedziona Scheeres zbadała kompleks ze swoimi przewodnikami. Przebijali się z maczetami przez gęstą dżunglę, by znaleźć kilka zardzewiałych szkieletów samochodów. Niemal wszystko inne zniknęło.

Teren dawnego obozowiska w deszczu. Fot. Julia Scheeres

Jim Jones rozpoczął karierę w Indianie w latach 50. XX wieku. Stał się znany dzięki zachęcaniu społeczności Afroamerykanów do przyłączenia się do swego zboru w Świątyni Ludu. W ciągu następnych 20 lat grupa przeniosła się do Kalifornii, zanim ostatecznie osiedliła się w Gujanie, w Ameryce Południowej.

Budowa Jonestown rozpoczęła się we wczesnych latach siedemdziesiątych, ale dopiero w 1977 r. większość członków przybyła z San Francisco. Było to związane z olbrzymią presją ze strony prasy, która zaczęła oskarżać coraz bardziej niezrównoważonego Jonesa o oszustwa i wykorzystywanie seksualne.

W połowie listopada 1978 roku kalifornijski kongresman Leo Ryan i jego świta odwiedzili Jonestown. Wizyta wiązała się z doniesieniami, jakoby byli członkowie jego elektoratu byli tam przetrzymywani wbrew ich woli. Z pozoru społeczność wydawała się dość wesoła, jednak Ryan dowiedział się, że część wiernych chce odejść. Doszło do zawarcia umowy, kongresman zgodził się zabrać ze sobą kilka osób. Nie zaszli daleko – zarówno uciekinierowie, jak i Ryan zostali zastrzeleni na pasie startowym. To przyspieszyło decyzję Jonesa o zarządzeniu masowego samobójstwa.

Furgonetka porzucona w dżungli. Fot. Julia Scheeres

Po upadku Jonestown wielu miejscowych powróciło na miejsce tragedii, by przeszukać szczątki. Podczas swojej wycieczki w 2010 roku Aaron Oldenburg rozmawiał z 70-letnim mieszkańcem o nazwisku Wilfred Jupiter.

Oldenburg wyjaśnił, w jaki sposób Jupiter pomógł oczyścić teren pod koniec lat 70. Niektórzy miejscowi próbowali nawet odnaleźć broń np. strzały, ale kazano im je zostawić w obawie, że mogą być zatrute cyjankiem. Materace zostały zebrane przez lokalne władze i przekazane społeczności, książki medyczne trafiły do ośrodka w Port Kaituma, a mniejsze przedmioty, takie jak talerze, wyzbierano i ofiarowano miejscowym. Na początku lat 80. XX wieku teren na polecenie rządu Gujany zamienił się w obóz dla uchodźców mniejszości Hmong uciekających z Laosu. Kilka lat później Jonestown spłonęło doszczętnie i zostało pozostawione na pastwę dżungli.


By być z nami na bieżąco: polub nas, obserwuj i koniecznie zaznacz w ustawieniach „Obserwuj najpierw”


„Ogólnie rzecz biorąc, mieszkańcy nie bali się Jima Jonesa i Świątyni Ludu, ponieważ mieli oni całkiem pozytywną opinię w społeczności” – wyjaśnił Oldenburg. „Na lokalnych targach sprzedawali m.in. radia i nauczali miejscowe dzieci w swoich szkołach”.

Według Oldenburga pod koniec lat 70. miejscowi postrzegali Jonestown pozytywnie, a niektórzy nawet wspominali Jima Jonesa z czułością. „Wilfred Jupiter opowiadał o tym, jak rozciął sobie palec siekierą. Jones we własnej osobie leczył go naturalnym lekiem na bazie zielonej papai, który według jego słów pochodził z Afryki”.

Miejscowi, którzy oprowadzali Julie Scheeres po okolicy. Od lewej: Carlton Daniels, Wilfred Jupiter i Benjamin Jupiter

A jednak, zastanawiając się nad swoją podróżą, Scheeres odkryła, że wielu miejscowych z przyjemnością opisuje Jonesa jako „uwięzionego przez diabła”. Przypomina sobie także spotkanie z Wilfredem Jupiterem, który powiedział jej, że był świadkiem, jak kobieta wyrzuciła grejpfruta do rowu i dało się słyszeć głos Jonesa besztającego ją przez głośnik. Innym razem chłopiec został zmuszony do zjedzenia chilli po zmoczeniu łóżka. „Zmuszanie dzieci do jedzenia ostrych papryczek było jedną z najbardziej kreatywnych kar w Jonestown” – stwierdza Julia.

Okolica podsycała dziwne plotki. „Istnieje wiele spekulacji mieszkańców na temat tego, co robili ludzie w Jonestown z dużymi dostawami cementu. Niektórzy uważali, że budują tunele do przemycania uranu” – mówi Oldenburg. Usłyszał też pogłoski o doktorze, który zmieszał trujący cyjanek. Podobno ukrył on 30 tys. dolarów w pobliskim kamieniołomie.

Mieszkańcy są również przywiązani do tego miejsca na bardziej fizycznych zasadach. Valita George, mieszkanka Port Kaituma, która żyła na skraju Jonestown, zostało bezpośrednio dotknięta przez masakrę. Według Scheeres, która rozmawiała z Valitą, troje z jej rodzeństwa, które zamieszkało w Jonestown z powodu niepełnosprawnej matki, spożyło śmiertelną truciznę. Ich zwłok nie odnaleziono, choć George usiłowała jej zlokalizować następnego dnia. W gruncie rzeczy wiele ciał z Jonestown nigdy nie objęto roszczeniami. Można się tylko domyślać, czy ich rodziny były zbyt biedne, czy też zbyt zawstydzone. Po negocjacjach pomiędzy rządem amerykańskim a rządem Gujany, ciała przetransportowano samolotem do Oakland w Kalifornii, gdzie zostały pochowane w masowym grobie.



Dokąd zmierza Jonestown obecnie? „Rząd Gujany rozważa przebudowę niektórych budynków, w tym pomieszczeń sypialnych i pobieraniu opłat wstępu od gości w celu przyciągnięcia turystów uprawiających »dark tourism«” — mówi Scheeres. [W tłumaczeniu na język polski termin „dark tourism” oznacza „ciemną, mroczną turystykę” i jest zjawiskiem obejmującym podróże do miejsc śmierci, ludzkiego cierpienia i różnego rodzaju tragedii — przyp. red.].

Według Doma Joly’ego, autora książki The Dark Tourist, odwiedzający potencjalnie mogliby zostać na noc. Niedawna wizyty ministra turystyki Gujany wydają się temu sprzyjać. Gujana Chronicle opublikowała ostatnio artykuł, w którym twierdzi, że w 2016 roku biuro podróży Roraima Tours zaczęło oferować loty i wycieczki krajoznawcze po terenie, a konkretnie do pomnika upamiętniającego przy wejściu do Jonestown.

W drodze powrotnej Scheeres zastanawiała się nad ideą upamiętnienia tego miejsca. „ Uważam, że nie powinno się zapomnieć o Jonestown. To przestroga, by zawsze kwestionować naszych przywódców i ich działania. Ufać swoim instynktom, jeśli chodzi o to, co jest dobre, a co złe. Ludzie z Jonestown byli idealistami, okrutnie zdradzonymi przez człowieka, który obiecał im niebo, ale dał piekło”.

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE Australia


Więcej na VICE: