jedzenie

Wielka londyńska gentryfikacja, czyli rundka po pubach

Londyn to miasto na sprzedaż

tekst Clive Martin, tłum. Aleksandra Rodziewicz
25 Wrzesień 2014, 9:55am


Zdjęcia Nicholas Pomeroy

Dawno, dawno temu nazwali to „renowacją miasta” – niszczenie starej, postindustrialnej części Londynu i budowę nowego bastionu świetlówek, wypolerowanej stali i szkła. Była to wspólna wizja przyszłości Thatcher, Fostera, Mandelsona i Harolda Shanda – nowy, mocny, nowoczesny, zdecydowanie miejski Londyn, który miał uleczyć stare miasto, kopiąc i plując w kierunku nowego tysiąclecia. The Docklands był centralnym punktem nowej bezużytecznej londyńskiej dzielnicy, wyperfumowanej pieniędzmi, zapachem podmokłych ofiar Richardsona i zgniłych ostryg, wkrótce zastąpionych przez smród szybkiej gotówki i gorącego mienia.

Ale w kolejnych latach, kiedy powstało londyńskie jądro terroru i hiperkapitalistyczna tożsamość, rozpoczął się nowy rodzaj pogromu, jakby w odpowiedzi na to, co w mieście zbyt trudne i zbyt silne. Nazwano to „gentryfikacją”, formą czystki socjalnej, której w jakiś sposób udaje się w równym stopniu być cukierkowatą i bezwzględną.

W Londynie określenie to zaczęło opisywać przepływ piroklasyki gorących hamburgerów i drogiego piwa, które przekształciło Dalston w Brooklyn, a Stoke Newington w Worthing. Rozprzestrzenia się po mieście we wszystkich kierunkach, ogarnia każdy obszar Silicon Roundabout. Pozostawia za sobą okupowane terytorium, gdzie dzieci mają długie włosy, przystawki nazywane są „small plates”, a mężczyźni ubierają się jak bohaterowie O Brother, Where Art Thou?

Puby są ciągle zmienne i zdesperowane, starają się posklejać interes (pamiętacie Giant Jenga?), a mają najbardziej gównianą ofertę. Nie tylko w stylu „16 funtów za Haddock & Chips”, lecz także: „Jezu, to naprawdę okropne”. Podnieśli ceny, włączyli nocny speed dating, podają steki na dachówce. Te miejsca to dzieło życia ludzi, którzy raz udali się do Park Slope i od tamtej pory zdecydowali się całkowicie poświęcić ustanowieniu w Londynie pewnego rodzaju kalifatu zużycia pracowniczego.

Jak zapewne zdążyliście zauważyć, nigdy nie byłem zbyt zajarany tego typu miejscami czy ideą tego nowego Londynu. Chodzę do pubów, żeby obejrzeć mecz, nachlać się i uciec od smutnej rzeczywistości mojego własnego salonu – ale nie, żeby dobrze zjeść. Do tego mamy budki z chińszczyzną. Ale zawsze zastanawiało mnie, co ludzie widzą w tych miejscach i czy istnieje jakiś rodzaj legalnego kontrargumentu dla tych, którzy wykorzystują rodzimą populację.

Więc postanowiłem połączyć niektóre z najbardziej ekstremalnych przykładów londyńskiej pubowej gentryfikacji w duchu innej brytyjskiej tradycji – rundki po pubach. Od Brixton do Clapton, kierując się na południowy wschód, a potem na drugą stronę rzeki, pijąc drinka na każdym przystanku. Czy polubiłbym je po nocy z Negronis, czy może tylko przyspieszyłoby to mój wniosek o paszport na Kubę?

Aby się tego dowiedzieć, ustawiłem się na trasie najbardziej znienawidzonych londyńskich pubów.

Brixton

Letniego popołudnia, zachodząc do dusznego południowego Londynu, nasze pierwsze kroki skierowaliśmy do Brixton Village, dawniej Granville Arcade, miejsca zniszczonych, walących się konsumenckich faweli, gdzie sklepy sprzedają karty telefoniczne, dania z krowich racic, magiczne świeczki i szczotki do mycia kibla bezsensownie stojące między sobą, niekochane, zaniedbane i niedoceniane nawet przez długoterminowych rezydentów.

Faktem jest, że Brixton długo było tłocznym miejscem, z barami takimi jak Fridge, The Windmill, Plan B i tanim czynszem, który gwarantował w tym miejscu tłumy cyganerii, odkąd tylko pamiętam. Ale to zawsze było czymś w rodzaju wypaczenia czasowego.

Chociaż w ciągu ostatnich kilku lat pod patronatem Jaya Raynera, Urbanspoon i tysięcy amatorów fotografii jedzenia ten tajny rynek przemienił się w miejsce dla trendów. Restauracje typu rough and ready serwują wszystko: od pizzy na zakwasie do pakistańskiej kawy. Jest tam tłoczno przez większość dni tygodnia, głównie za sprawą ludzi, których spece od reklamy mogliby nazwać „młodymi miejskimi trendsetterami”, a nagrody sypią się szybko i rzęsiście.

Ale ta nagła zmiana ciągnie za sobą znajomy krzyk gentryfikacji. Krzyk, który osiągnął swój najwyższy poziom w Champagne + Fromage, „tradycyjnym rzemieślniczym sklepie francuskim” i barze szampańskim, który rozwścieczył załogę lokalnych Yuppies Out na tyle, że w dniu otwarcia zorganizowali imprezę w formie protestu. Patrząc na to miejsce, trudno było sobie wyobrazić małe delikatesy z kilkoma krzesłami i kęsami saucisson. Rozbijanie się o front mogłoby być zwiastunem pewnego rodzaju elitarystycznego fatum, ale z miejsca wydałoby się dziwne, nawet w Brixton.

Byłoby to niewystarczająco etniczne, niewystarczająco interesujące i niewystarczająco fajne, żeby mogło się zgrać z zaciemnionymi kuchniami i koktajlami ziołowymi. Jest to rodzaj miejsca, które w zasadzie powinno być w Clapham albo jakimś małym Sussex, miasteczku pełnym ludzi, którzy nie mogli już dłużej wytrzymać w Brixton. Jednak nazywanie tego ogniem Reichstagu nowej walki klas wydaje się być lekką przesadą. Zwłaszcza że Brixton od dobrych kilku lat jest nie do odróżnienia od większości innych ośrodków miejskich.

Wystrzegając się nieuniknionego bólu głowy i złudzenia, że podadzą mi o tak wczesnej porze majestatycznego szampana, w zamian poszedłem na drina z aperolem w jednym ze stoisk z pizzą. Mój przyjaciel Nick, który zrobił wszystkie zdjęcia do tego artykułu, wziął sobie butelkę lokalnie wyrabianego piwa marki Brixton Ale.

Usiedliśmy i wdychaliśmy rybią atmosferę tego miejsca. Spokojnym, późnym popołudniem wydawało się być dalekie od starego Brixton, które widywałem jako nastolatek. Zimne, niebezpieczne Brixton, gdzie zawsze ktoś walił w bęben i zawsze pachniało skunksem. Ale jeszcze raz: ciężko myśleć o kulturalnej rozrywce, kiedy siorbiesz latem chłodnego drinka.

Rynek nadal jest gospodarzem kilku niszowych, dziwnie rozstawionych straganów, które wydają się pochodzić ze wspomnień większości ludzi. Sklepy, które ledwo mają kasę, nie mówiąc już o możliwości dostania bezglutenowych produktów. Dziwne, niemalże sezonowo wyglądające stanowiska wydają się być dalekie od sprzedawania towaru, który mógłby komukolwiek się przydać.

Patrząc na to wszystko, można odnieść wrażenie, że ktoś celowo włożył wysiłek, aby upewnić się, że te bastiony miejskiej ekscentryczności nigdzie nie znikną, a umieszczone w tym miejscu razem odmienne przedziałki doświadczenia londyńskiego konsumenta będą przypominać wymianę studencką z każdego innego zakątka świata. Po prostu tak dziwnie i źle wyłożony, jak mógłbyś chcieć, żeby był Londyn, naprawdę. Bo kiedy raz rynek nabiera znaczenia, przestaje nim być ‒ wtedy to już rynek rolnika.

Peckham

Kolejnym przystankiem na naszej trasie upojenia petit bourgeois było Peckham Rye, miejsce, które każdy freelansujący dziennikarz w kraju, mający nad sobą groźbę comiesięcznej opłaty za czynsz, nazwałby za 30 pensów za słowo czymś nowym lub innym. SE15 ma dziwną reputację – w jakiś sposób jest synonimiczne z dziarskimi cockneyami, studentami sztuki i gangami przestępczymi. Ale równocześnie jego częścią są kaszkiety, czapki z daszkiem i te wełniane.

Przyszliśmy tutaj nie tylko dlatego, że miejsce staje się coraz bardziej modne i drogie, ale dlatego, że niektóre z lokalnych biznesów znalazły się w niebezpieczeństwie ekstremalnej gentryfikacji, wszelkiego rodzaju gentryfikacji, która pożera Londyńczyków i wysrywa ich w kierunku Luton. Aby poprawić wrażenia estetyczne pasażerów, powstały już plany przebudowy strefy otaczającej stację Peckham Rye. W tym celu ma powstać wielki plac w stylu weneckim, dojrzewający na Wagamama i gównianej wodzie. Nic więc dziwnego, że wielu handlowców z otoczenia stacji, którzy od dekad prowadzą tam swoje interesy, nie są zadowoleni, a wielu za sytuację obwinia wprowadzenie dużych inwestorów ulicznych.

Bar Story, modny lokalny bar koktajlowo-pizzowy, w ramach tej dziwnej bajki gospodarczej znalazł się w zaskakującej sytuacji. Z jednej strony to miejsce jest całkowicie równoznaczne z gentryfikacją w Peckham – procesem, który przekształcił lokalną ludność z tej na dole w tą na górze. Ale co ciekawe, Bar Story wydaje się być zagrożony teraz z powodu potężniejszych sił, zdeterminowanych, aby przeorganizować jeszcze raz okolicę. Dziś Bar Story żyje w cieniu National Rail wrecking ball. Pierwotni genetryfikatorzy zostali wyeliminowani z rynku przez rodzaj ogromnego bogactwa, które przychodzi wraz z poparciem rządowym dowodzącym, że gentryfikacja to odpowiednie rozwiązanie.

Jeśli mam być szczery, zawsze lubiłem to miejsce, być może nawet bardziej niż Brixton Village ‒ ciężko kłócić się z dobrą pizzą, dobrym happy hour i Daiquiri za 6 funtów. Raz wdałem się w bójkę z Australijczykiem, który zajął moje miejsce tu w ogródku, ale dla mnie Bar Story zawsze był zwykły, utylitarny i względnie bezpretensjonalny.

To są niewątpliwie jedne z tych miejsc, gdzie większość ludzi przeciwstawiających się podniesieniu czynszu dałoby temu wyraz, mamrocząc: „Łajdacy”, ale zastanawiam się, czy to jest przypadek do dyskusji. Jako niezależny outlet cateringowy dla lokalnej społeczności Bar Story naprawdę nie różni się aż tak bardzo od otaczających go afrokaraibskich fryzjerów i rzeźników ubijających zwierzęta zgodnie z prawem muzułmańskim – i to jest właśnie to, co zmieniła demografia. Choć możesz uważać, że grupa aspirujących rzeźbiarzy sączących mojito jest irytująca, stanowią oni małe zagrożenie dla Londynu w porównaniu z nieuregulowaną własnością i przesuwaniem nieruchomości przez miasto.

Pozwoliwszy, aby fioletowy osad opadł na dno mojej szklanki martini, przebiliśmy się do Queens of Road, żeby złożyć wizytę w Duke of Sussex, który teraz znajduje się za stalowymi okiennicami i ostrzeżeniami na temat bezpieczeństwa. Zdjęcia byłych gwiazd Premier League mrocznie reklamujące Sky Sports i wypisane kredą obietnice kawy, ciastka i gry w rzutki wyglądają teraz, jakby rozpaczały z powodu braku jakiegokolwiek zainteresowania. Nie było tam żadnej kampanii pod hasłem „Ratujmy the Duke of Sussex”.

Puby były kiedyś miejscem kreowania więzów społecznych, gdzie młodzi chłopcy, dziewczęta i generalnie wszyscy z okolicy, którym lekarz jeszcze nie zabronił pić, zbierali się, żeby wypić i pogadać. Natomiast obecnie puby w Londynie zdają się zajmować tyle samo miejsca, co coffee shopy w latach 90. – ośrodki kultury dla mobilnych, młodych, kreatywnych ludzi, którzy uważają, że nie ma to jak społeczeństwo.

Deptford

Nasza następna lokalizacja była jeszcze bardziej przygnębiająca ‒ otwarte kilka tygodni temu The Job Centre, rodzaj lewicowej furory, która zazwyczaj godzi się z łamaniem praw człowieka i nowego prawa podatkowego. Prowadzony przez The Antic Collective (Nie, ja też nie) bar/restauracja/kawiarnia otrzymał taką nazwę, ponieważ znajduje się na miejscu starego Jobcentre Plus w Deptford, instytucji, która stała się ostatnią deską ratunku dla tego, co pozostaje jedną z najbardziej potrzebujących części kapitału. Ale zamiast oderwać się od przeszłości, zacząć od początku i nazwać to miejsce np. Deptford Hub albo Lucy Sixes, ludzie wolą płacić trybut poprzednim lokatorom. Zachowali starą nazwę i udekorowali miejsce w stylu z czasów Margaret Thatcher, jak pewien rodzaj muzeum cockney, zajmującego się tematyką starych, zabawnych proletariuszy, których życie było tak tragiczne, że musieli korzystać z centrów pracy zgodnie z ich pierwotnym założeniem.

Poza faktem, że lokal wyglądał jak siedziba rady z lat 70., jedynym prawdziwym ukłonem w stronę centrum pracy była tablica z ogłoszeniami o zatrudnieniu. Patrząc na to z daleka, poczułem ukłucie przerażenia. Bałem się, że może to być menu z wieprzowiną i makaronem serowym, reklamowane jakby mieli wakaty miejsc pracy. Jeśli tak by było, musiałbym złamać wszystkie zasady praktyk dziennikarskich i złapać kogoś z butelką piwa marki Brooklyn Lager. 

Ale na szczęście faktycznie były tam oferty stanowisk pracy, chociaż większość to posady w innych modnych pubach. Taki rodzaj retro Gumtree reklamującego miejsca pracy z pewną dozą uznania. Myślę, że warto byłoby spróbować, ale coś mi też mówi, że przeciętny mieszkaniec Deptford High Street mógłby nie mieć szczęścia, aplikując na stanowisko barmana w nowym koktajlbarze w New Cross.

W ogródku wziąłem się za piwo sierra nevada i jajka po szkocku, rodzaj hipsterskiego jedzenia dla głodnych freelanserów. Zawsze mnie peszyła ta nowo wynaleziona fetyszyzacja jajek po szkocku i pasztecików z wieprzowiny, razem z tymi wszystkimi pubami, które je sprzedają.

Lubię jajka po szkocku, tak samo jak każdy inny Anglik. Chodzi mi tylko o to, że nie mogę znieść, że ten rodzaj antycznej barowej przekąski buja się po pubach, jakby nigdy wcześniej nie istniał. Plasterki pieczonej wieprzowiny ‒ owszem, ale jajka po szkocku? To się kupuje w Saino, nie w pubie. Dla mnie kuchnia barowa zawsze będzie się wiązać z stekami McCoya i okazjonalnie przyprawianymi pasztecikami z wołowiny.

Wracając do Deptford High Street, wydawało się, że to miejsce najmniej dotknięte gentryfikacją. The Job Centre to swego rodzaju nieznana placówka, saloon z pogranicza serwujący styl życia Hackney tym, którzy zostali zmuszeni, by się tu przenieść z powodu podniesionych cen czynszu. Jest to wersja post-Dalstonite sklepów typu pie & mash, które można znaleźć w miejscach takich jak Margate i Southend.

Jednak wszędzie dookoła były znaki, że nadchodzi era Gold Rush. Ten znak w szczególności mnie martwi. Nie mam nic przeciwko ludziom serwującym dobrą kawę w dzielnicy robotniczej, ale ten popieprzony obraz stanowi dowód czegoś dużo bardziej kłopotliwego: wąsatego, w okularach i nadmiernie kaukaskiego ‒ to światło latarni morskiej dla zbliżających się imigrantów z Deptford. „Biali ludzie, chodźcie do środka”, ten znak mówi: „To twój dom. To bezpieczne miejsce bez spięć klasowych czy dziwnych karaibskich warzyw”. Oczywiście głęboko zakodowane w tej wiadomości jest to, że pewien rodzaj osób zdecydowanie nie wejdzie do środka.

Ale modernizacja nie musi tylko przyjmować formy wyrabiania piwa i dyskryminacji klasowej. Czasem nowe projekty, nowe budynki czy nowe pomysły mogą dużo wnieść do przestrzeni. The Deptford Lounge na tej samej ulicy co Job Centre to z pewnością archetyp tego, do czego powinni dążyć deweloperzy. Rodzaj domu kultury dla wszystkich grup wiekowych, który obejmuje bibliotekę, bezpłatne komputery, szkołę, kawiarnię i boisko na dachu ‒ to przedsięwzięcie właściwie służące potrzebom społeczności i zapewniające poczucie, że ktoś o nas dba, to coś, czego nie realizowało Job Centre. Budynek zaprojektowany przez nagradzany zespół Pollard Thomas Edwards jest piękny i w zasadzie można odnieść wrażenie, że zasługuje na to, żeby tam być bardziej niż jakaś dryfująca na końcu góra lodowa z Shoreditch.

Zmierzając do naszego kolejnego celu, jakim był wschodni Londyn, przypomniałem sobie miasto, w którym się wychowywałem. Dorastałem na przedmieściach zachodniego Londynu, ale większość mojej rodziny mieszkała w robotniczej dzielnicy południowego Londynu (lub w jej pobliżu) lat 90. Wtedy ulice wydawały się nieco bardziej puste, puby nie wyglądały, jakby były tobą zainteresowane, restauracje istniały dla ciebie tylko z okazji urodzin, a weselne korowody wybierały tylko te ulice, którymi łatwiej przejechać. Miejsce było większe, zimniejsze i bardziej niebezpieczne niż teraz.

Ale to, co jest z pewnością wizją Boris London, miejsca, które służą bardziej wspólnocie niż skakaniu po szczeblach drabiny społecznej, pozostają w mniejszości. Sprzedajemy styl życia, a wszystko to, co nie mieści się w jego ramach, jest skazane na wygnanie do pewnego rodzaju otchłani slumsów, gdzie będzie skazane na głodowanie, gdy gentryfikaci zaczną przebudowywać ich ciepłe jeszcze domy.

Zastanawiam się, czy coś zostanie, kiedy ostatni strażnicy starego Londynu przeminą, kiedy zostaniemy z miastem prosperujących millenialsów, ich długowłosymi dziećmi i może czymś jeszcze. I nagle puby z angielskimi flagami, budami z kurczakami i podpartymi o nie skradzionymi rowerami nie wydają się być tak nielubiane jak kiedyś.

Hackney

Nie mieliśmy zbyt wiele czasu, żeby dyskutować o tym nowym Londynie, bo czekało nas jeszcze dużo jedzenia i picia.

The Advisory, najbardziej obraźliwy burger bar w Hackney, wydawał się być idealnym miejscem na przystanek w naszej podróży po problematycznych spelunach. The Advisory ‒ tak jak Job Centre ‒ otrzymało nazwę po poprzednich lokatorach, czyli Asian Women’s Advice Centre, które zajmowało się opieką nad wykorzystywanymi i maltretowanymi kobietami z okolicy. Dzisiaj jest to jedno z wielu miejsc w tej części miasta, gdzie sprzedaje się koktajle i burgery. Ciężko sobie nawet wyobrazić restaurację z bardziej nieapetyczną historią w tle.

Ale tam, gdzie są postmodernistyczne znaki, smak wylatuje oknem. Ukłon w stronę poprzednich właścicieli objawia się w formie kulących się ze wstydu, godnych i niemalże imponujących ogłoszeń rozsianych po całej restauracji. Wszystkie napisane w prostym, prawniczym stylu, co świadczy o tym, że wisiały tutaj już najpewniej za czasów Asian Women’s Centre. Wiecie, taki rodzaj języka, którego używają zwykli ludzie z beznadziejną pracą, jak nudziarz z banku czy głupia gęś na recepcji w GP.

A jeśli wystrój nie okazał się dla was jeszcze zbyt odrażający, to dodam, że faceci siedzący przy stole naprzeciwko namawiali kelnerkę, żeby zrobiła im zdjęcie, jak wgryzają się w swoje hamburgery.

Potrzebując towarzystwa i jeszcze jednej opinii zaprosiłem mojego przyjaciela Johna na przejażdżkę. John pracuje w marketingu cyfrowym, więc jest to dokładnie ten rodzaj yuppie drania, do którego odnoszą się te miejsca. Obaj zamówiliśmy kurczaka, awokado i emmental hamburgera, a Nick poszedł po wołowinę i gorgonzolę, wszystko popijając piwem golden pale ales.

Jedzenie było okropne. Mdłe, ciężkostrawne, nieświeże, drogie ‒ ponadgabarytowe burżuazyjne pomyje. Krążki cebuli wyglądały na kupione w supermarkecie z duńskimi wypiekami, a pretensjonalne liście sałaty umieszczone w każdym burgerze miały wielkość elżbietańskiej kryzy. Trzy hamburgery, napoje i trzy miejsca wyniosły nas ponad 50 funtów. Nie mówię tego lekko, ale był to jeden z najgorszych posiłków, jakie kiedykolwiek jadłem, a może to nowy nadir w londyńskiej obsesji na punkcie człowiek kontra sen o jedzeniu.

Miasto jest zawalone tego typu miejscami podającymi złe jedzenie w wysokiej cenie, którą się usprawiedliwia możliwością zjedzenia w superczęści świata, z luzackim podejściem. Tysiące tureckich, wietnamskich, indyjskich, neapolitańskich i koreańskich restauracji sprawiają, że tuż za progiem Londynu znajduje się niesamowita jedzeniowa mieszanka kulturowa. Jednak z jakiegoś powodu jest to ten rodzaj gówna, na punkcie którego ludzie mają obsesję, bo mogą się pobawić w Niggas w Paryżu, a szefowie kuchni mają tatuaże. Ta kuchnia nie ma nic wspólnego z Londynem, a w większości nawet z jedzeniem.

Zapytałem Johna, co sądzi o The Advisory. „Zabij mnie, jeśli jeszcze kiedyś wrócę do Hackney” – odpowiedział. I przemierzając Mare Street w kierunku Clapton, przypomniałem sobie, jak bardzo zmieniła się ta okolica nawet w porównaniu z czasami, które sam pamiętam. Przychodziłem tu na imprezy, mając 17 lat, jakaś dziewczyna mówiła mi, że to było „tylko na północy Brick Lane”. Miejsce było opuszczone, cichsze, niż sugeruje reputacja spowodowana kilkoma przypadkowymi strzałami. Długa arteria garaży motocyklowych i pustych, nieposiadających licencji, martwych pubów. Czuło się zimno szerokiego przedmieścia.

Kilka lat później byłem tu z powodu zamieszek w 2011 roku, kiedy lokalna młodzież wywołała chaos, wyciągając wiązki drogiego sprzętu ze sklepów w przesmyku. Później tej nocy wróciliśmy tam i obserwowaliśmy, jak gang The London Fields Boys patroluje okolicę, a ogień nadal płonie w oczach jego członków.

Teraz to przypomina mi Clapham, zanim został przekształcony w Kingston, a Kingston w Huddersfield. Wkrótce znaczna część się wyniesie, zostaną nam już tylko chłopcy z Foxton i krąg Borisa London będzie skończony; jego poprzedni mieszkańcy albo uciekali, albo leżeli zimni na ziemi.

Kiedy autobus skręcił w Lower Clapton Road, dotarliśmy do naszego ostatniego przystanku, największego staruszka ze wszystkich. Miejsce, które wywołało więcej oburzenia, więcej histerii i więcej rozpraw o gentryfikacji niż którekolwiek inne: The Bonneville. Otwarty zaledwie kilka miesięcy temu pub jest oblegany dzięki serii oficjalnych tweetnięć, po tym jak miejscowy dzieciak z raną kłutą wbiegł do środka, brudząc wszystko krwią. Nastrój był mniej niż sympatyczny, spleciony z drwiną i irytacją wywołaną u lokalnych gangsta i atmosferą ruiny ich kultury dźgania nożem.

Na zewnątrz był protest, poruszenie na blogach i wiele przeprosin za tweetnięcia. Członek personelu, który zamknął im usta, najprawdopodobniej został następnie zwolniony, ale to nie stanęło na przeszkodzie, by miejsce stało się głośne wśród E5 intelligentsia. Oczywiście, było to najlepsze miejsce na zakończenie naszej odysei ‒ nasza pijacka, lokalnie zaopatrzona Itaka.

Ale wiecie co? The Bonneville to po prostu bar. Bardzo pretensjonalny, nieco błędny, faktycznie dość niedrogi bar w części miasta, która przechodzi wiele zmian. To nie jest jakiś bunkier zła w krainie przyzwoitości, to tylko bar, który popełnił błąd, powierzając swoje konto na Twitterze komuś, kto wyraźnie nie orientuje się dobrze na polu lokalnej wrażliwości czy w ogóle ludzkiego współczucia.

Tak, to, co właśnie przeczytaliście, jest odrażające, ale świadczy o pewnego rodzaju ignorancji, która jest także typowa dla pozostałych imigrantów z dzielnicy, nie tylko z tego baru. Koktajle były dobre, jedzenie wyglądało znacznie lepiej niż w The Advisory, kelnerzy nosili szelki, a jakiś facet z wąsami próbował wciągnąć barmana w gadkę na temat whisky. Jest jak jest, pojawia się tylko jeden mały, ale poważny problem: że czepianie się ich jest trochę żałosne.

Londyńskiego problemu nie rozwiąże ani bicie ludzi pijących martini, ani zakaz produkcji piwa i przenoszenie nalewaków, ani rozdawanie książek Davida Simona każdemu, kto prowadzi pubowe konto na portalach społecznościowych. Problem zostanie rozwiązany, jeśli spróbujemy rozwiązać większe problemy w mieście, rozszerzając kontrolę czynszów, lokalnej własności i integracji społecznej. Miejsce takie jak Bonneville to zaledwie wierzchołek góry lodowej. 

Kiedy nasz autobus przepychał się przez zakorkowane ulice, pomyślałem o tym, dla jak wielu ludzi Londyn jest miastem marzeń, które zostały im odebrane. Miejsca, które kochali, rozdarto w imię kreowania czegoś lepszego, co jest oczywiście nie dla nich.

Trzeba by być społecznym wojownikiem, dużo silniejszym niż ja, żeby zaprzeczyć atrakcyjności picia drinków wśród dobrze wyglądających ludzi, w części miasta, która w jakiś sposób czuje się górą, bardziej niż to wyraża, popijając caffreya w Irish Pubie na Dollis Hill. I ciężko się nie zgodzić, że takie miejsca przynoszą poczucie witalności. Ale kiedy w połowie zalany i spocony od siedzenia oglądałem z perspektywy górnego pokładu to roztaczające się przede mną miasto, stało się dla mnie jasne, że kryje się tam pewnego rodzaju chęć zatracenia się w tym. 

Ale jest to tylko marzenie tych, którzy dopiero co się sprowadzili albo przyjezdnych, jak studenci czy turyści. Nowy Londyn to marzenie, o którym śnią obcy, leżąc w swoich łóżkach. Jest zbyt drogi i zbyt intensywny, żeby znaczyć coś dla kogokolwiek dłużej niż 15 minut. Nowy londyński styl jedzenia i picia to Madame Tussauds i The London Dungeon z demograficznego Airbnb. Nikt z jakiejkolwiek rzeczywistej społeczności nie wejdzie z tym w interakcję. 

I pamiętajcie, że te wszystkie bary i rzemieślnicze miejsca nie będą tu wiecznie. Nowa gentryfikacja czai się w cieniu, aby wkrótce połknąć je w całości. Dzisiejsi restauratorzy to jedynie poszukiwacze chętni do wycierania krwi z podłogi swojego lokalu, dopóki ich miejsce jest na tyle bezpieczne, żeby móc tam umieścić Wagamamę. Jeśli chcecie zobaczyć, co stanie się z Hackney, spójrzcie na Angel.

Londyn to miasto na sprzedaż, wkrótce wystarczy, że Caipirinha zamieni się w Costę i stary Londyn zacznie uciekać coraz dalej w siną dal.