Pozdro Techno Stories: ​Głód vinyla

Chłodnik, TIRy, kwas chlebowy, Inwokacja, koszykówka i bursztyn. Z tym kojarzyła mi się głównie Litwa, zanim nie pojechałem tam zagrać imprezy

|
16 Kwiecień 2015, 10:02am

Po mojej pierwszej wizycie (a była to impreza na kowieńskim squocie) Litwa kojarzyła mi się głównie z przenikliwym mrozem i przeraźliwie dziurawymi drogami. Seta musiałem zagrać w kurtce, po czym zdecydowałem się na powrót do domu od razu, bez noclegu. Może to w sumie dobrze, że musiałem bawić się w nieustanny slalom między dziurami na drodze, bo odwiodło mnie to skutecznie od zasypiania za kierownicą. Podczas tej wycieczki nie udało mi się zweryfikować rzekomej niechęci do Polaków, bo miałem kontakt jedynie z jedną osobą – organizatorem, który w dodatku zmył się z imprezy zanim zacząłem grać. Może to własnie była oznaka tej niechęci? Cóż, było to ciekawe doświadczenie.

Jednakże od lata 2014 roku Litwa kojarzy mi się zupełnie inaczej, a mianowicie z nienajedzonymi ludźmi. Nie wiem jak to wygląda w innych częściach Polski, ale na Podlasiu mieszkańcy są doskonale zaznajomieni z kuchnią litewską: wspomniany wcześniej chłodnik, cepeliny, kołduny, kibiny czy chleb wileński z kminkiem to tylko niektóre z typowych potraw jakie wiążą się z naszymi sąsiadami. Moje doświadczenie z pewnego festiwalu pokazało jednak, że naród ten lubi też zajadać się nieco dziwacznymi smakołykami.

Zostałem zaproszony do zagrania seta na scenie chilloutowej na znanym transowym festiwalu Yaga. Nie sądziłem, że ta wizyta dostarczy mi tyle emocji. W zasadzie można powiedzieć, że była to jedna z najciekawszych imprez na jakich występowałem. Sam dojazd był niemałą przygodą i to wcale nie z powodu złego stanu dróg. Festiwal odbywa się w lesie, ale nie sądziłem, że będzie to kilka kilometrów jazdy wgłąb gęstej puszczy. Kiedy już znalazłem odpowiedni skręt z głównej drogi poczułem się jak w Blair Witch Project. Jechałem wgłąb lasu tak długo, że byłem już przekonany, że coś poszło nie tak. Droga stawała się coraz węższa, żadnych ludzi na horyzoncie, nie słychać było muzyki. Za jakiś czas dostrzegłem kartkę przyczepioną do drzewa, która pomogła mi odnaleźć kierunek. Minąłem jeszcze jakąś wioseczkę wyglądającą jakby tam nikt od dawna nie mieszkał i boom! Jest parking. Szybko okazało się jednak, że ten parking jest jeszcze kilka kilometrów od terenu festiwalu (było to już 4 kilometry wgłąb!) Wskazano mi drogę do postoju dla artystów i organizatorów, bo nie było mowy bym targał 30-kilogramowego kejsa jeszcze kilka tysięcy metrów. Jakoś dojechałem na miejsce, gdzie dowiedziałem się, że strefa chilloutowa jest jakieś 2-3 kilometry z buta od parkingu. Od razu poczułem ten ból pleców, czekający mnie za kilka godzin...

Wchodząc na teren festiwalu, który wygląda jak z bajki mogłem tylko starać się zbierać szczękę z ziemi, bo, szczerze mówiąc, kopara opadła. Nie jest fanem transowej estetyki, ale to, jak swoje eventy aranżują fani chociażby psychodelic trance robi ogromne wrażenie. Yaga słynie z tego aspektu organizacji, ale nie sądziłem, że spodoba mi się to aż tak bardzo. Znalazłem się na polanie otoczonej gęstym lasem. Ściana drzew została tak podświetlona wizualizacjami, że miało się wrażenie, że drzewa żyją i zmieniają kształty. Nie były to jakieś "tanie" wizuale, a ja nie najadłem się żadnych narkotyków. Ktoś dokładnie wiedział jaki efekt chciał osiągnąć i zdecydowanie mu się to udało. Scena główna zbudowana była oczywiście z drewna, przyozdobiona przestrzennymi, świecącymi w UV etniczno-psychodelicznymi motywami. Klasyka transowa, ale w takiej skali powala na kolana.

Wszędzie mnóstwo ludzi z dziećmi, zwierzętami, oświetlenie świecami (w środku lasu!) i wegetariańskie i wegańskie jedzenie. Żadnych cepelinów czy chłodników. Generalnie klimat związku z naturą i pełen pokój. Imponujące.

Niestety nie byłem jeszcze nawet w połowie drogi, gdy byłem już porządnie zmęczony targaniem kejsa. Grząski piasek po drodze w górę lasu to nie jest coś co winylowi didżeje lubią najbardziej. Organizator postanowił mi pomóc, ale wytrzymał jedynie 100 metrów słodkiego ciężaru płyt. Po tym marszu umierałem, ale to co zobaczyłem było samo w sobie warte tej przeprawy. Wyobraźcie sobie obozowisko w środku lasu na jakieś kilkaset namiotów ustawionych w okręgach wokół sceny muzycznej. Wszędzie świece, kadzidła, huśtawki i hamaki na drzewach. Uśmiechnięci, wyciszeni ludzie i piorunująco piękne dekoracje, które rozświetlają przestrzeń dzięki mappingowi i ultrafilotowi. Scena oczywiście drewniana, żadnych aluminiowych, chłodnych konstrukcji. DJ przede mną gra głębokie, pulsujące dub techno, a przestrzeń wypełniała się harmonią. Niesamowite. Przed swoim ambientowym setem byłem naładowany wyłącznie pozytywną energią. Szkoda, że zakończył się on w tak dziwaczny sposób.

Pierwsza, druga, trzecia płyta. Muzyka płynie, świecie świecą, a ćmy latają wokół lamp. Po raz pierwszy w życiu widziałem ludzi tańczących do ambientu. Zdążyłem się już rozluźnić i popłynąć z prądem imprezy, gdy coś otarło się o moje ucho. Byłem przekonany, że to jakiś robal i nie przeszkadzało mi to w ogóle - udzieliła mi się atmosfera kontaktu naturą. Jednakże, gdy coś już porządnie ugodziło mnie w głowę i przeleciało zza pleców na przód sceny to wiadomo było, że to żaden żywy organizm. To była jedna z moich płyt!

Odwracam się i co widzę? Zawartość mojego kejsa (z moimi pieczołowicie zbieranymi przez lata ambientowymi krążkami) rozrzucona w piasku a nad nimi... pastwiąca się drobna dziewczyna! Stałem jak zamurowany nie wiedząc co mam robić: czy kontynuować przejście z jednego utworu na drugi w swoim secie, czy biec ratować swoje płyty. Kompletnie zbaraniałem, ale po chwili słuszny tok rozumowania sam się pojawił w mojej głowie. Jaki i dlaczego? Ratować moje płyty! Dlaczego? Bo ona zaczęła je jeść! Gdy zauważyła, że dostrzegłem co się wyprawie, spojrzała na mnie dziko i zaczęła we mnie ciskać odłamkami płyty, którą właśnie chciała skonsumować (co gorsza celnie). Ku mojemu smutkowi zauważyłem, że skubana ma gust. Zajadała się klasykiem, w dodatku wartościowym:

Przeciętnej gramatury płyta winylowa waży około 150 gramów. Zdążyła pogryźć jedną płytę. Chyba się nie najadła. Ja jednak dalej byłem w szoku. Do sceny zaczęła dobiegać ochrona i wtedy degustatorka polichlorku winylu ulotniła się. Niestety do czasu mojego wyjazdu nie udało się jej znaleźć. Potargałem swojego lżejszego o kilkadziesiąt gramów kejsa do auta i odjechałem.

Jeszcze w tym miesiącu ponownie gram na Litwie. Tym razem w klubie, więc nie boję się o swoje płyty. Odezwał się ostatnio ponownie wspomniany promotor z Kowna. Najwyżej ubiorę się cieplej. To jednak nie koniec historii. Sprawczyni całego zamieszania odnalazła mnie na Facebooku i przyznała się do winy. Spytała się mnie co to była za płyta, sprawdziła prawdziwą wartość rynkową na discogsie i oddała mi kasę przelewem. Co Wy na to?

Pogryziona płyta i mój kot, który pilnuje.