FYI.

This story is over 5 years old.

jedzenie

Sprawdzamy, czy bycie draniem dla swojego jedzenia spowoduje, że zepsuje się szybciej

Podobno darcie się na jedzenie i przeklinanie go znacznie przyspieszy jego rozkład. Do eksperymentu wykorzystaliśmy jabłko
Hannah Ewens
London, GB
17.3.16

Newage'owy pisarz robi eksperyment z jabłkiem. Za Daniellelaporte.com

Jesteś pseudo newage'owcem? Chodzisz obwieszony wahadełkami z różowego kwarcu? Jeśli tak, to może obiło ci się też o uszy imię Masaru Emoto? Ten japoński naukowiec doprowadził niemal magicznie do szybszego zgnicia ryżu. Wystarczyło być dla ryżu niemiłym, wręcz chamskim. Darcie się na jedzenie i przeklinanie go znacznie przyspieszyło jego rozkład.

Na co dzień jednak, Emoto zajmuje się wodą. H2O jest, według niego, głęboko powiązane z naszą indywidualną, jak i zbiorową świadomością. Zresztą mówi o tym dokładnie we wszystkich swoich książkach ze słowem „woda" w tytule. Water Vols I, II oraz III (Woda, część 1, 2 i 3), The True Power of Water (Prawdziwa Moc Wody) czy The Secret Life of Water (Sekretne Życie Wody) to tylko niektóre z jego publikacji. Jest ich aż osiem.

Reklama

W jednym ze swoich eksperymentów, Emoto porozdzielał wodę do stu naczynek laboratoryjnych, każdemu z nich przypisując konkretną wibrację: dobrą i złą. Dla wody dobrej był niezwykle miły. Zła woda regularnie dostawała odgórną zjebę. Po zamrożeniu ich okazało się, że zła woda zamarzła w brzydkie kryształy. W ramach kolejnego badania metodą podwójnej ślepej próby poprosił on grupę ludzi z Tokio, by w podobny sposób myśleli o pewnej wodzie znajdującej się w Kalifornii. Rezultat? Dokładnie taki sam.

Emoto kontynuował badania w tej materii, stosując różne metody. W ostateczności doszedł do wniosku, że ludzkie myśli, słowa, intencje czy nawet dźwięki są w stanie wpłynąć na strukturę molekularną wody. Poniżej krótkie podsumowanie eksperymentu z ryżem:

Prosta konkluzja: jeśli taki efekt na wodę mają złe wibracje, wyobraźmy sobie, co mogą uczynić z naszym ciałem, które przecież w 60% składa się z wody.

Idea jest całkiem kusząca. Newage'owa szkoła myśli jest trochę jak modna religia dla młodych ludzi niezdolnych do zobowiązań, czyli takiej mnie. Co tydzień sprawdzam swój horoskop, a napady chujowego nastroju czy paranoi staram się odnosić do ruchów planetarnych. Obejrzałam wszystkie odcinki Spirit Science (Nauka o Duszy), animowanej serii o podstawach filozofii New Age. Jestem gotowa i otwarta na wszystko. Oddaję się we władanie mistycznych sił, niech dźwigną moje jestestwo ponad jego mięsno-kostny wymiar, w którym jest mi przeznaczone sczeznąć. Jestem nikim. Potrzebuję przewodnika.

Reklama

Jak to mówią – zobaczyć to uwierzyć. Jeśli miałabym łyknąć gadkę o filozofii wibracji, musiałabym najpierw ujrzeć jakieś konkretne fakty. Nie pozostało nic innego, jak wykonać swój własny mały eksperyment.

Natrafiłam w sieci na oparty na pracy Emoto, 25-dniowy eksperyment z jabłkiem. Jedną połówkę jabłka opieprzasz, a druga obdarzasz miłością. Po 25 dniach ta pierwsza jest znacznie bardziej zgniła niż ta druga. Zadanie sprawdzone i potwierdzone przez rzesze bloggerów i poradników internetowych. A więc i ja kupiłam sobie jabłko, przekroiłam je na pół, a każdą połówkę umieściłam w oznaczonym wcześniej przeze mnie słoiku – tak, by wiedzieć w którą stronę kierować odpowiednie moce umysłowe.

Przed wtrąceniem jabłek do cel, pomyślałam, że dorzucę im na dobry początek trochę wibracji, niech się zacznie! Dobra połówka jabłka została obcałowana. Trochę jej też poświntuszyłam.

Kolejnym etapem tego jakże naukowego eksperymentu był opierdol złej połówki jabłka plus… kilka przypadkowych splunięć. Tak przygotowane słoiki trafiły na redakcyjne biurko.

Tydzień pierwszy

Zabrałam się za czytanie złemu jabłku komentarzy na facebookowym profilu VICE. „Banda zjebanych hipsterów, mam nadzieję, że obudzicie się martwi". Darłam się na nie. Zdawało mi się, że zatrzęsło się przez chwilę ze strachu.

Każdego ranka przed rozpoczęciem pracy, zrzucałam całą nienawiść do słoika złości, a samouwielbieniem dzieliłam się z dobrą połówką jabłka słoik obok. Bluzganie przychodziło mi dość łatwo (zresztą czemu się dziwić?). Przypominałam sobie artykuły prasowe opisujące nową kolekcję projektanta jako „odważną"; myślałam o tym, że szczyt sprawności fizycznej osiągnęłam już w wieku 18 lat i 9 miesięcy; wyobrażałam sobie pasażerów, którzy w napakowanych autobusach zajmują miejsce od zewnątrz, a swoją torbę rozpieprzają na miejscu od okna. Chuj wam w dupę, samolubni złodzieje! Wypierdalać!

Dużo gorzej było z miłością. „Jesteś zgrabne", „Zajebiste z ciebie jabłko", „Dajesz, jabłko, dajesz!" i takie tam… Ale robiłam to codziennie.

Wiem, co sobie myślicie: „Na pewno wymiękłaś. Myślałaś potem, że wykręcisz się fotorelacją, zamiast rzeczywiście codziennie gadać do jabłek, ty leniwy ściemniaczu". A prawda jest taka, że codziennie do nich gadałam. Raz zapomniałam, jak przyszłam do pracy spóźniona i już tego nie ogarnęłam. Także bez spiny, jesteśmy tylko ludźmi.

Tydzień drugi

Jabłko miłości po tygodniu.

Eksperyment ledwo co się zaczął, a już mam złe wieści dla Emoto. Jakimś cudem, jabłko nienawiści przetrwało bez większego uszczerbku. Delikatna warstewka pleśni, jaka się na nim pojawiła była niczym w porównaniu do tego, co stało się z jabłkiem miłości. Praktycznie z dnia na dzień obskoczyło w konkretny wąsik, sięgający tak naprawdę ścianek słoika.

Postanowiłam przyspieszyć nieco proces. Pooglądało sobie zdjęcia na profilu mojego byłego i posłuchało jeszcze trochę komentarzy. „Serio, jesteś ultrachujowa", „Spierdalaj i zdechnij, szmato". Mocne ciosy.

Tydzień trzeci

W trzecim tygodniu było coraz ciężej wykrzesać z siebie cokolwiek miłego, patrząc na jabłko miłości. Swąd co niemiara. Za każdym razem, gdy do niego zaglądałam, atakowała mnie fala gryzącego, słodkawego smrodu wymiocin. Prawie całe było już brązowe i zainfekowane. Wyglądało jak babrząca się rana spowita białą pleśnią. Czyste zło. A obok niego, nieugięte jabłko nienawiści, lekko tylko draśnięte zieloną naleciałością.

Wtedy chyba znudził mi się ten eksperyment. Zresztą wszystkim się on znudził. Menadżer biura kazał nam pozbyć się jabłek z budynku, ze względu na zdrowie i bezpieczeństwo w miejscu pracy. Usłyszał od nas jedno wielkie „Nie! Musimy wytrwać do końca"!

Reklama

A oto co stało się w połowie tygodnia:

Jabłko miłości wytworzyło w swoim słoiku mikroklimat terrarium. Wydawało się, że za zaparowanym oknem pojemnika, w nieruchomej zawiesinie gazowej własnej produkcji przebywa jakiś byt, co najmniej zadowolony z samego siebie oraz z obrotu spraw. Taka agresywna i wilgotna reakcja na moje słowa i wibracje miłości? Oboje wiedzieliśmy, że od początku miało wygrać! I wygrywało, totalnie! Tyle że nie z drugą połówką w uciekaniu zgniliźnie, a z arbitralnym zestawem zasad, których postanowiło nie przestrzegać.

Tydzień czwarty

Zdjęcie powyżej to jabłko miłości w ostatniej fazie metamorfozy. Nie mam nic do dodania. Nie jestem też już w stanie udawać emocji. Między nami koniec.

A teraz popatrz na złe jabłko. Trochę oskrobać i gotowe:

Krótkie info od dyrektorki redakcji europejskiej. Akurat dobrze trafiła, bo właśnie tego dnia postanowiłam dać sobie z tym wszystkim spokój.

Ostatnią rzeczą, którą musiałam zrobić, było wyjęcie jabłek ze słoików i wywalenie ich.

Z rozwagą otworzyłam słoik miłości.

Słoik nienawiści czekał już otwarty. Jeśli były jakiekolwiek wątpliwości co do tego, która połówka była bardziej zgniła, sam fakt, że po otwarciu słoika miłości nie jestem już w stanie zjeść ani kawałka jabłka w życiu, jest chyba wystarczającą odpowiedzią.

Dla porównania smród z drugiego słoika był do zniesienia. Coś jak w pokoju u młodszego brata. Trochę szczypie, wilgotno, nieprzyjemnie, ale nie tak, żeby zabijało.

Miałam nadzieję, że teoria Emoto sprawdzi się w praktyce. Jabłko nienawiści zgniłoby i zeschło, a ja mogłabym wziąć gryza ciągle jeszcze chrupiącej drugiej połówki, która napełniłaby mnie swym światłem, miłością i pozytywem. Rzeczywistość była inna. Już w drugim tygodniu wiadomo było, że ani darcie się na jabłko, ani flirty przez szklaną ściankę nie będą w stanie zatrzymać naturalnego procesu rozkładu.

Uwaga: ciągle wierzę w głębi serca, że bycie pozytywnym jest dobre, a negatywnym złe. Tak dla społeczeństwa, jak i dla swojego własnego zdrowia psychicznego i dobrobytu. Chodzi o to, żeby po prostu nie być nieznośnym chujem dla ludzi wokół. Co i tak nie zgadza się z wynikami eksperymentu.

Czy ciężar prowadzenia doświadczenia przez cztery tygodnie czegokolwiek nas nauczył? Jasne! Wiemy to, że pełne nienawiści komentarze na Facebooku tak naprawdę tylko nas napędzają do działania. Dzięki nim stale uodparniamy się na pleśń atakującą nas zewsząd.