FYI.

This story is over 5 years old.

używki

Jestem korpoalkoholikiem

Są różne sposoby na zabicie alkoholowego odoru. Kiedyś wpadło mi do głowy, żeby wypłukać sobie usta mydłem w płynie… ryj zapienił mi się, jakbym dostał wścieklizny
21.5.15
Zdjęcie: Flickr/Sento

Mam na imię Jurek, skończyłem 33 lata i jestem pijakiem. Nie, nie mam zamiaru opowiadać o sobie jak na spotkaniu anonimowych alkoholików. Nie czuję się chory, zdegenerowany ani nieszczęśliwy. Z drugiej strony, nie zamierzam się chwalić, ile to procentów wypiłem i jakim to jestem cwaniakiem. Chcę tylko udowodnić, że można dość regularnie chlać, żyć beztrosko i mimo wszystko zarabiać niezłe pieniądze i mieć relatywnie wysoki status społeczny.

Skończyłem niderlandystykę – to były przyjemne studia, szczególnie podczas wymian, na które jeździłem. Spędziłem w Holandii kilkanaście ładnych miesięcy. Na szczęście nie poświęciłem ich tylko na jaranie zielska i picie Grolscha – uczciwie uczyłem się języka, co potem bardzo zaprocentowało.

Problem – choć nie wiem, czy to najlepsze słowo w tym miejscu – polegał na tym, że szybko zorientowałem się, jak o wiele lepiej funkcjonuję pod wpływem. Już przed egzaminami ustnymi na drugim roku zdarzało mi się wypijać setkę w uczelnianym kiblu – bardzo mnie to rozluźniało i wprowadzało w dobry nastrój. Żaden profesor nigdy się nie zorientował, egzaminy zdawałem bezproblemowo. Magisterkę obroniłem na piątkę.

Szybko dostałem pierwszą dobrą robotę – na rozmowach kwalifikacyjnych wypadałem całkiem nieźle. Nie mogłem jednak odnaleźć się w jednym miejscu. W ciągu kilku lat pracowałem w ogromnych korporacjach w kilku różnych miastach Polski i za każdym razem ewakuowałem się z nich. Znam mnóstwo osób, które kurczowo trzymałyby się tych firm. Dla mnie jednak praca nigdy nie była jakąś największą wartością.

Lubię mieć forsę, ale najbardziej na świecie cenię sobie wolność, choć dla wielu moje postrzeganie jej może być zwyczajnie niezrozumiałe. Wiele razy po prostu wychodziłem z roboty i nigdy więcej do niej nie wracałem. Mam przez to lekko nasrane w CV – dość sporo kombinacji wymaga załatanie półrocznych dziur w historii pracy. Zdarzały mi się też ordynarne symulki – kiedyś ściemniałem, że kilkumiesięczna przerwa spowodowana była złamaniem nogi, choć de facto nie miałem na to żadnego potwierdzenia.

Alkohol, który tak bardzo polubiłem w czasie studiów, cały czas w jakimś stopniu determinował moje życie zawodowe. Kilka razy podczas poważnych rozmów kwalifikacyjnych byłem na lekkim rauszu. Trzeba jednak odpowiednio wyważyć proporcje – pomiędzy nieskrępowanym alkoholowym flow a pijackim bełkotaniem i gadaniem bzdur czasami jest bardzo wąska granica.

Picie w pracy to czasami konieczność. Zdarzało się, że zapijałem mocno dzień wcześniej i bez klina zwyczajnie nie dałbym rady. Albo bym zasnął pod biurkiem, albo dostał zawału i delirki. Kilka razy byłem w robocie w takim stanie, że powinni mnie od razu wywieźć na detoks.

Grunt to przeczekać bez przypału pierwsze godziny – potem już jest trochę luźniej. Ale przez cały dzień trzeba uważać, żeby nie dać się przyuważyć. Jeśli kac nie chce puścić, najlepiej wyjść na przerwę obiadową do jakiegoś parku i tam schować się między drzewami i na szybko zrobić alkohol. Nie dość, że spożywa się w miłych okolicznościach przyrody, to jeszcze można spokojnie zapalić papierosa poza widokiem ludzi z firmy.

Zawsze da radę też wnieść alkohol do pracy i zrobić go w kiblu, ale to gorsza opcja – czuję się wtedy dziwnie skrępowany. Butelki i puszki najlepiej wtedy zakopać na dnie śmietnika, tak żeby ktoś przypadkiem nie zorientował się, że w łazience było pite. Nie warto też palić jointów na kaca – raz spróbowałem. Czas dłużył mi się niesamowicie i zmuliłem się tak bardzo, że nie byłem w stanie skupić się na robocie.

Bardzo łatwo jest wpaść. Nawet jak jesteś bardzo doświadczony i masz opracowane patenty, absolutnie nie możesz być pewny stuprocentowej skuteczności. Mnie też przytrafiły się wtopy. Nigdy nie jesteś w stanie wyczuć swojego zapachu tak dobrze, jak otoczenie. A w dniu wpadki byłem po naprawdę ostrym weekendzie — piątek i sobota z wódką a jeszcze w niedzielę wieczorem leczyłem się winkiem. Kiedy obudziłem się w poniedziałek rano, nadal czułem się mocno najebany. Pojechałem do roboty i jakoś przeżyłem te osiem godzin. Tuż przed końcem zmiany zostałem jednak wezwany do osobnego gabinetu, gdzie czekała moja szefowa z alkomatem. Od razu się przyznałem.

Naprędce wymyśliłem historię, że w weekend miałem wesele i poprawiny i być może rzeczywiście coś jeszcze krąży w moich żyłach. Przeprosiłem i udało mi się uniknąć konsekwencji – skończyło się tylko na upomnieniu, nawet nie musiałem dmuchać. Kiedyś wlałem sobie setkę czystej do półlitrowej butelki Coli. Kolega z boksu obok przechodził i spytał o łyka. Nie wypadało przecież odmówić, więc podałem mu swój magiczny napój. Bardzo się zdziwił. Popatrzył na mnie porozumiewawczo, ale to kumaty człowiek i nijak tego nie skomentował. Najlepiej w ogóle nie pić z nikim z roboty – dwóch pijaków zdecydowanie bardziej rzuca się w oczy niż jeden. To takie stąpanie po kruchym lodzie – konsekwencje dyscyplinarnego zwolnienia za każdym razem są bardzo nieprzyjemne.

Zdjęcie: Flickr/Magic Madzik

Są różne sposoby na zabicie alkoholowego odoru. Oczywiście, trzeba zacząć od tych najbardziej oczywistych – poranna kawa, papieros (najlepiej jakiś skręt ze śmierdzącego tytoniu), guma do żucia czy kurewsko mocny anyżowy czarny Halls. Kiedyś wpadło mi do głowy, żeby wypłukać sobie usta mydłem w płynie. Chyba udało mi się zabić smród, ale ryj zapienił mi się, jakbym dostał wścieklizny.

Dobrze, że nikt wtedy do kibla nie wszedł. Inna kwestia to lekarze. Magiczne L4 czasami może uratować dzień – nie zawsze po piciu da się dotrzeć do pracy. Gorzej, jak kac męczy na tyle, że nawet do przychodni nie dotrzesz. Ale zawsze jest opcja, żeby pójść następnego dnia i naściemniać, jak to wczoraj miało się straszną gorączkę i zupełnie nie mogło się ruszyć z łóżka.

Oczywiście nie można wziąć zwolnienia z powodu kaca, dlatego czasami trzeba się trochę poświęcić. Jeśli chcesz zwolnienie na tydzień, spróbuj podrapać sobie czymś podłużnym gardło — lekarze zazwyczaj nabierają się, że to jakieś wirusowe zapalenie. Ale to raczej już tylko dla zdesperowanych zawodników. Najlepiej po prostu mieć znajomego lekarza.

Zdarzyło mi się kiedyś wylądować pod mostem. Miałem przez kilka lat dziewczynę, z która ciągle się schodziliśmy i rozchodziliśmy. W końcu, po ogromnej kłótni rozstaliśmy się na dobre. Nie minęło kilka tygodni i dostałem pracę w nowym mieście. Przyjechała za mną bardzo szybko, na moje nieszczęście. Na początku było całkiem w porządku, ale po kilku dniach zaczęliśmy picie, co w prostej linii doprowadziło do kolejnych wojen. Kiedy ja byłem w pracy, jej coś odbiło i zaczęła demolować mieszkanie. Wybiła okno, wyrzuciła przez nie moje rzeczy – oczywiście skończyło się to wezwaniem policji przez sąsiadów i wypieprzeniem z chaty. Nie miałem ze sobą za bardzo co zrobić – zostawiłem graty u znajomego z roboty i postanowiłem przeczekać w plenerze do kolejnej wypłaty.

Ale życie bezdomnego jest naprawdę ciężkie. Kiedy po raz kolejny pojawiłem się w pracy nieświeży i w tych samych ciuchach, znajomy zaproponował, że do końca miesiąca mogę spać u niego na podłodze. Innym razem zerwałem się z roboty i wylądowałem na jakichś działkach, gdzie łoiłem najtańsze browary. Przez tydzień przepijałem kasę na czynsz a mój jedyny kontakt ze światem to „Nas nie dogoniat" które resztkami baterii wrzuciłem na Facebooka trzeciego dnia wolności. Po takim survivalowym epizodzie wsiadłem w autobus i pojechałem do miasta, w którym pracowałem. Byłem jednak świadomy, że do pracy już nie wrócę. Posiedziałem tam jeszcze kilka dni i po raz kolejny wróciłem do rodziców.

Od miesiąca mam nową pracę w kolejnym mieście. Traktuję to trochę jak nowy początek. Na razie nie piję, chyba że symboliczne piwko na weekend. Kupiłem nawet buty do kosza i zacząłem biegać. Czasami potrzebuję takiej odskoczni od chlania. Jestem jednak pewny, że któregoś dnia w mojej głowie zaświeci się czerwona lampka i znów pójdę w długą. Ja to po prostu lubię.