FYI.

This story is over 5 years old.

podróże

Czterech jeźdźców do apokalipsy

Raper Ten Typ Mes, punkowiec Mroku, były mistrz flipperowców Aleksander Żurkowski i młody filmowiec Tarniu – rok temu wyruszyli swoim busem do zalanej powodzią Serbii, by pomóc mieszkańcom. Oto historia ich podróży

„Serbia to miejsce, gdzie nawet najlżejsze opady traktuje się jako poważne zagrożenie. Państwo trwa w stanie przejściowym, z wysoką stopą bezrobocia, powoli i nieudolnie kroczy w stronę Unii Europejskiej. Nikt nie spodziewał się armagedonu poprzedzonego kilkudniowym ulewnym deszczem. Kiedy jednak cały wielkomiejski Belgrad stanął na nogi w środku nocy, by nieść koce, jedzenie w puszkach i butelki pitnej wody, było jasne, że sytuacja jest naprawdę poważna. Niełatwo przekonać ludzi, tak bardzo rozpieprzanych w ciągu ostatnich 25 lat, by pomogli nawet sobie, a co dopiero innym. A to właśnie się stało rok temu".

Reklama

– powiedziała mi Magda Janjic z serbskiej redakcji VICE, gdy zapytałem o tragiczne wydarzenia, które nawiedziły Bałkany rok temu. Następnie dodała:

„Podczas tych trzech dni ciężkiej powodzi 57 osób straciło życie. Stwierdzenie, że władze były nieudolne w organizowaniu pomocy, to za mało powiedziane. Tylko dzięki oddolnym inicjatywom, ludziom typu: alpiniści, nurkowie, a nawet rybacy z ich małymi łodziami – pomoc była w stanie dotrzeć w pierwszych 24 godzinach".

Zapytałem o miejsce, które ucierpiało najbardziej, odpowiedziała:

„Miasto Obrenovac – liczące 73 tysiące mieszkańców, oddalone od Belgradu zaledwie o 33 kilometry. Otoczone górniczymi wyrobiskami, osadzone w dolinie z wielką rzeką Sawą – oni nie byli przygotowani na taki scenariusz. Dlatego 80 proc. tego miejsca zostało zniszczone. Na naszych oczach ludzie topili się w swoich domach, gdy ratownicy nie mieli jak im pomóc. Ci, którzy się uratowali, spędzili noc na drzewach, inni chowali się po strychach, przeciskając się z trudem przez małe okienka w dachach, by ktoś im pomógł. Starano się budować tymczasowe schroniska dla zwierząt, przerażonych i zdezorientowanych w równym stopniu, co ludzie".

Bałkany nie mierzyły się z tak wielką katastrofą od 120 lat – informowały media. W tym momencie czterech polskich chłopaków: raper Ten Typ Mes, punkowiec z zespołu The Lunatics Mroku, były mistrz flipperowców Aleksander Żurkowski i młody filmowiec Tarniu, zdecydowali się zapakować swojego busa potrzebnymi artykułami i ruszyli na zalaną Serbię, by pomóc tamtejszym mieszkańcom. Z ich podróży powstał niesamowity film obrazujący nie tylko dramat Serbów, ale i wolę przetrwania oraz chęć wzajemnej pomocy.

Reklama

Już jutro (9.06) o godz. 21 w warszawskim kinie Muranów będzie można zobaczyć dokument „Polska chemia kontra wielka chmura" będący zapisem ich podróży. Tymczasem ja spotkałem się z chłopakami, by poznać kulisy jego powstawania.

VICE: Maciek, pamiętasz swoją reakcję, kiedy dowiedziałeś się o powodzi w Serbii?

Maciek „Mroku" Mroczek: Byłem wtedy w Praszce, w mieszkaniu u mojej dziewczyny. To o tyle istotne, że ona ma telewizor, którego ja nie posiadam, i akurat leciały wiadomości. Było mi smutno, mam tam znajomych, z którymi udało mi się skontaktować dzień później i którzy mnie uspokoili, że w Nowym Sadzie na razie jest bezpiecznie.

Aleksander, czy ty też masz tam znajomych?

Aleksander Żurkowski: W Serbii byłem kilka razy. Za pierwszym razem odwiedzałem Maćka. Potem pokonywaliśmy tę samą drogę do Nowego Sadu i Belgradu przy wielu innych okazjach: a to chodziło o koncerty, a to kręciliśmy klip „Tul petardę" Mesa, a innym razem przemycaliśmy kota przez granicę serbsko-węgierską. Siłą rzeczy znajomi Maćka również i mnie stali się bliscy. Pomyślałem w tamtej chwili, że powinniśmy jakoś zareagować na to, co się stało. Akcja i reakcja.

Tak więc inicjatorem podróży był Aleksander?

Piotr „Ten Typ Mes" Szmidt: Zgadza się, tyle że wcześniej jeszcze padła idea zorganizowania koncertu dla Serbów, którzy ucierpieli w tej powodzi, do czego ja jednak nie byłem przekonany…

Dlaczego?

Piotr: Kiedy daję koncerty charytatywne, lubię dokładnie wiedzieć: dla kogo i dlaczego. Zbyt wiele razy grałem, gdy nie było żadnej koneksji pomiędzy osobą cierpiącą a artystą występującym dla niej na scenie. Zdarzyło mi się np. grać dla człowieka bez ręki, gdzie nie przedstawiono sobie stron, nie znałem gościa, on nie miał pojęcia, kim ja jestem, i kiedy się przecięliśmy, to na przywitanie chciałem przybić mu piątkę – przybić piątkę koleżce bez dłoni… Oczywiście żadna w tym wina tego dzieciaka, chodzi o poziom organizacji.

Reklama

Od tamtej pory staram się poznać i zrozumieć tych, którym możemy pomóc. Dlatego, kiedy postanowiliśmy wyruszyć w podróż do Serbii, nalegałem, by zabrać filmowca i udokumentować to, co się tam dzieje. No i ewentualnie później zorganizować występ, kiedy już nasi polscy odbiorcy dowiedzą się, co się tam wydarzyło – w jakiej skali, jak to wygląda, dlaczego to dla nas ważne. Taki mój mały upgrade do pomysłu Aleksandra. Pojechał z nami Tarniu, młodzieniec, który sfilmował dla Alkopoligamii i nie tylko mnóstwo świetnych rzeczy. Teraz zadebiutował dokumentalnie.

Aleksander: Tyle że początkowo planowaliśmy nagrać coś w rodzaju trzyminutowego klipu. To miało być nasze świadectwo, że tam byliśmy, widzieliśmy to na własne oczy i wiemy, o czym mówimy. Udało nam się jednak nazbierać tyle materiału, że postanowiliśmy zrobić z tego film. To w głowie naszego operatora Tarnia pojawiła się myśl, żeby do strony wizualnej przedsięwzięcia podejść dużo ambitniej. Wiedziałem już wtedy, że Tarniu jest wyjątkowo zdolny i pracowity, więc od razu uwierzyłem w ten film.

OK, więc kiedy już było postanowione, że jedziecie – jaki był pierwszy plan działania?

Aleksander: Od samego początku najważniejsze było, by ta pomoc trafiła bezpośrednio do potrzebujących. Bez żadnych pośredników i instytucji. Powstał między nami luźny układ, kto czym się zajmie. Ja zrobiłem research, co będzie potrzebne, a Mroku, jako że jest ekspertem od spraw miejscowych, zajął się logistyką w Serbii – organizowaniem, gdzie i z kim należy rozmawiać i co trzeba zawieźć. Zrobiliśmy zrzutkę, odwiedziliśmy hurtownie i zapakowaliśmy busa, który wypełnił się po brzegi. Pieniądze, które nam zostały, schowaliśmy do koperty, by rozdać je na miejscu.

Reklama

Jakie artykuły były najbardziej potrzebne?

Maciek: Otrzymywaliśmy sprzeczne informacje. Nasze warszawskie źródła twierdziły, że potrzeba głównie chemii i artykułów dla dzieci. Natomiast na miejscu lokalsi mówili o wodzie pitnej.

Piotrek: Patrząc teraz na to wstecz, wydaje mi się zabawne, że w czasach nadmiaru informacji, gdzie masz dostępną aplikację do wszystkiego, czego potrzebujesz – nieważne, czy to taxi, czy jedzenie – trzeba było dopiero pojechać na miejsce i samemu dotknąć tej lepkiej, błotnistej ziemi, by zrozumieć, komu i w jaki sposób można pomóc.

Aleksander: Warto jednak dodać, że potrzebne rzeczy w takich sytuacjach często są uniwersalne: odzież, narzędzia, koce, ręczniki. Wiedzieliśmy, że niezależnie, gdzie wydarzyłaby się ta powódź, to na pewno się przyda.

Jak wyglądała podróż i co zastaliście po dotarciu na miejsce?

Piotrek: Tak jak pokazał to w montażu Tarniu, były dwa etapy podróży: najpierw robotę robiły dobre towarzystwo, pogoda i muzyka – wjechaliśmy do tej części Serbii, która nie ucierpiała w czasie powodzi. Dopiero potem, powoli sunąc busem do coraz niższych terenów, zaczęliśmy mijać samochody – wszystkie w kolorze błota, od opon po dach, oraz domy, niby stojące i bez wody w środku, ale czuło się, że coś jest nie tak. Otaczające nas widoki pokrył błotny filtr. Wtedy zaczęło do nas docierać, co tam się wydarzyło i jak długo trzeba będzie odbudowywać ten pierdolnik, jaki robi ci wpuszczenie rzeki do domu.

Reklama

Aleksander: Przyjechaliśmy do Obrenovaca dzień po dużej wojskowej akcji porządkowej, ale przed domami ciągle leżały wypierdolone z nich góry śmieci. Wszystko, co wcześniej było w środku, nie nadawało się już do użycia. Wszystko. Każde z pomieszczeń stało puste i mokre.

Maciek: Mi się też rzuciły w oczy kurtyny dezynfekcyjne, które miały chronić przed rozprzestrzenianiem się chorób. To był taki dowód bycia blisko miejsca apokalipsy.

Polska także niejednokrotnie była dotykana przez powodzie. Ktoś mógłby zapytać, dlaczego nie jechaliście do zalanych miejsc w kraju, tylko postanowiliście pomóc Serbom.

Aleksander: Nigdy nie widziałem na żywo skutków powodzi w Polsce, ale w moim odczuciu całe reperowanie wyrządzonych szkód jest u nas sprawniejsze. Chodzi o różnice w skali pomocy, jaką zapewniają obywatelom służby porządkowe – gdzie na jeden przydziałowy karton mleka, jaki czekał na serbskiego mieszkańca w koszarach, w Polsce chyba można liczyć na coś więcej.

Maciek: Pojechaliśmy tam dlatego, że Serbia jest dużo biedniejszym krajem niż Polska. Bo z ich domów w trakcie powodzi wypływa więcej biednego syfu, a u nas więcej bogatego. Jesteśmy znacznie lepiej zorganizowani. Będąc tam, nie słyszałem, by ktoś odgórnie mówił o odbudowywaniu miasta, w dupie to miały władze lokalne, centralne i organizacje międzynarodowe. Nie mieli tego w dupie zwykli ludzie – dlaczego? Bo to były ich domy.

Piotrek, jak was przywitano na miejscu?

Reklama

Piotrek: Serbowie byli jednocześnie zaskoczeni, nie dowierzali i jarali się obiektywem kamery. Początkowo baliśmy się, że nie będą chcieli być filmowani – każdy przecież woli pokazać swój dom z jak najlepszej strony, a nie w kompletnym rozjebaniu. Otóż nie! Zależało im, by to wszystko pokazać, by opowiedzieć ich historię.

Z tego, co wiem, wy także zaraz po dotarciu na miejsce znaleźliście się w tarapatach…

Piotrek: No cóż, rozkraczył się nasz bus. Poszła turbina, więc zaczęły się poszukiwania nowej. W chwili, kiedy samochód stał w warsztacie, znowu się rozpadało, ale tak konkretnie, na parę godzin. I zaczęliśmy się zastanawiać, czy właśnie przypadkiem nie zaczyna się nowa powódź. Nie wyobrażasz sobie tego uczucia.

Ja mam tę myśl zawsze, jak wracam z Serbii – jesteśmy szczęściarzami, że urodziliśmy się akurat tutaj

Maciek: Ta legendarna turbinka zepsuła się nam chwilę po przyjeździe, niedaleko od miejsca, gdzie mieliśmy się zatrzymać. Gdyby stało się to wcześniej, podczas trasy, to pewnie do dzisiaj żylibyśmy w Serbii (śmiech).

Ile trwała wasza podróż do Serbii i z powrotem?

Aleksander: Siedem dni. Trzy z nich poświęciliśmy na naprawę samochodu. Nie mieliśmy wtedy nic oprócz ubrań na sobie, aparatów fotograficznych i piłki do kopania, którą kupiliśmy w miejscowym sklepie. Stworzył się wtedy niesamowity klimat.

Pamiętacie pierwszy moment, pierwszą myśl, gdy wysiadaliście z samochodu w Polsce?

Reklama

Maciek: Ja mam tę myśl zawsze, jak wracam z Serbii – jesteśmy szczęściarzami, że urodziliśmy się akurat tutaj. Możemy sobie narzekać na Polskę, zresztą sam w tym przoduję, ale jednak to Serbia jest państwem, które dużo bardziej „istnieje tylko teoretycznie".

Aleksander: A moja pierwsza myśl była taka, że nie potrzeba wiele na coś takiego. Jeżeli masz chęć, by komuś pomóc, zrzucasz się w kumpelskim gronie, jedziesz gdziekolwiek i po prostu robisz coś pożytecznego.

Piotrek: Lepiej bym tego nie ujął.

Dziękuję wam za rozmowę.

Na koniec wróciłem jeszcze do Magdy, by zapytać, jak teraz – rok po powodzi – wygląda sytuacja w Serbii:

„Teraz, rok później, miasto Obrenovac stanęło na nogi, dzieci chodzą do szkoły, wiele domów odbudowano lub postawiono nowe w miejscach, gdzie nie było co już reperować. Niektórzy mieszkańcy opuścili to miejsce, inni postanowili pozostać. Wielu Romów, którzy spędzili najwięcej czasu w przejściowych schroniskach, nadal nie ma stałego miejsca zamieszkania. Niektóre rodziny zatrzymały się w dawnych ośrodkach dla uchodźców, żyją tam nadal razem z imigrantami z Bliskiego Wschodu i Afryki, którzy ubiegają się o azyl. Inne tereny, w które uderzyła powódź, także udało się odratować, ale nie wioski w dalekich górach. Na szczęście tej wiosny nie było ulewnych deszczy, tak więc nieporadność władz nie przyniosła ze sobą dodatkowych ofiar. Do dziś nie ma też winnego – nikogo, kogo można by wskazać palcem, tego, na kim spoczywałaby odpowiedzialność za losy ofiar".