Reklama
podróże

Walki kogutów to ważna gałąź gospodarki Portoryko

„Gdy się urodziłem, rodzice od razu wcisnęli mi w ręce koguta" – mimo zapaści ekonomicznej, w sektorze kogucich walk pracuje ok. 1 mln mieszkańców wyspy. To 10 razy więcej, niż w Polsce jest górników

tekst Meredith Hoffman, tłum. Robert Kamionek
10 Marzec 2016, 5:49am

Fot. Raf Troncho

Dumnie wypinając pierś i potrząsając krwistoczerwonymi grzebieniami, dwa koguty patrzyły sobie głęboko w oczy zza szklanych zagród. Podziemna arena wypełniona była facetami w wyprasowanych koszulach, którzy na zmianę wsuwali smażonego kurczaka i w ekstazie wyrzucali ręce wysoko w górę. „Czterysta! Pięćset!" – krzyczeli po hiszpańsku, obstawiając koguty. Na zewnątrz było cicho, sklepy i ulice opustoszały. Tutaj, w Klubie Walk Kogutów San Juan, wszyscy mieli mnóstwo roboty.

Stary fanpage VICE przestanie działać 1 kwietnia. Już teraz polub nowy

Gospodarka Portoryko legła w gruzach. To terytorium inkorporowane Stanów Zjednoczonych ma dług w wysokości 72 miliardów dolarów, stopa bezrobocia osiągnęła 12,2%, a poniżej progu ubóstwa żyje tam 45% ludności – trzy razy więcej niż w USA. Ale nawet gdy zamykają się małe sklepiki i upadają wielkie korporacje, walki kogutów pozostają najstabilniejszym przemysłem wyspy, zapewniając dochód niezliczonej ilości jej mieszkańców.

Walki kogutów w Portoryko, nie tylko legalne, a wręcz uważane za sport narodowy, rocznie generują z zakładów, biletów, jedzenia i innych dodatków około 100 milionów dolarów, jak donosi National Parks Service (amerykańska Służba Parków Narodowych). Każdego roku walczy około 200 tys. kogutów, a każdy z nich wymaga chowu, karmienia, opieki weterynaryjnej i treningu. Ponad 1,2 miliona ludzi tworzyło tę gałąź przemysłu w 2003 – ostatnim roku, z którego istnieją oficjalne statystyki. Osoby z branży, z którymi rozmawiałam, szacują, że liczba ta nie uległa większej zmianie, choć zauważyli, że część klubów zeszła do podziemia, by uniknąć rządowych regulacji i podatków.

Fot. Raf Troncho

Członkowie Klubu Walk Kogutów San Juan zapewniali mnie, że ich ulubiony sport ma się lepiej niż kiedykolwiek. W ostatnie sobotnie popołudnie odbyło się tu 40 walk jedna po drugiej, a klub był wypełniony po brzegi.

„To nasza kultura – ludzie nigdy tego nie porzucą" – powiedział mi Efrain Rodriguez, prezes Klubu, gdy siedzieliśmy w jego dolnym barze. „Gdy się urodziłem, rodzice od razu wcisnęli mi w ręce koguta".

Rodriguez, posiadacz 700 albo 800 kogutów wytłumaczył mi, że biznes nieprzerwanie ma się dobrze, bo mimo sypiącej się gospodarki zamożni ludzie płacą za członkostwo w klubach i pokrywają koszty utrzymania i treningu swoich kogutów. Klub San Juan ma 46 członków – głównie prawników, lekarzy i biznesmenów – z zarezerwowanymi miejscami w pierwszym rzędzie na każdej z walk (te odbywają się trzy dni w tygodniu), wejściem do specjalnej strefy dla VIP-ów i innymi korzyściami. Każdy z nich posiada setki kogutów.

Fot. Meredith Hoffman

Pracownicy, z którymi rozmawiałam, zgodnie powiedzieli, że poszczęściło im się w życiu, a każdy zajmuje się tam czymś innym.

Opieka nad kogutami, przed i po walce, to najważniejsze zadanie. Jedna z sal Klubu San Juan jest specjalnie przeznaczona do opieki nad zwycięzcami.

„Pracowałem w kilku innych miejscach, ale tu jest najstabilniej" – mówi Carlos Perez, związany z Klubem od dziesięcioleci, z krótkimi przerwami. Podczas naszej rozmowy trzymał koguta w zlewie i czyścił jego rany wodą utlenioną. „Moi koledzy często wylatują z pracy, ale tutaj zawsze jest coś do roboty – można ćwiczyć zawodników albo opiekować się nimi".

Obok Pereza nowy pracownik klubu zapewniał poturbowanemu kogutowi kompleksową opiekę – rozwierał jego zalane krwią oczy, by wpuścić do nich krople z antybiotykiem, a później masował go po brzuszku i otwierał dziób, by nakarmić go papką bananową.

„Kiedyś malowałem domy, ale pokochałem te ptaki" – mówi mi ten nowy Edwin Ramos. Dodaje, że tutaj zarabia około 20% więcej niż w swojej poprzedniej pracy.

Nawet kelnerki pozostają wierne swoim klubom, jako że ich klienci – bogacze i turyści – dają tu większe napiwki niż w typowych barach czy restauracjach.

„Zawsze zarabiamy tu więcej, a pracuje się tylko trzy dni w tygodniu" – mówi mi Yesenia Hill, 41-letnia kelnerka z czarną grzywką, ubrana w obcisłe dżinsy. „Jestem tu, od kiedy skończyłam 18 lat".

Rodriguez i inni członkowie Klubu twierdzą, że kryzys gospodarczy wyspy nie wpłynął na frekwencję na walkach. Jednak oficjalna Komisja Walk Kogutów Portoryko wyraziła obawy związane z malejącymi dochodami klubów działających legalnie. Organizacja ta pobiera podatki i opłaty od 87 klubów, które działają zgodnie z regulacjami rządowymi, ale według słów jej prezesa z 2012 roku, coraz więcej walk nie jest rejestrowana, w celu uniknięcia dodatkowych kosztów. Komisja nie odpowiedziała na nasze telefony w sprawie aktualnej sytuacji.

Fot. Meredith Hoffman

Podziemne walki mogą martwić rząd, ale dla wszystkich z branży liczy się tylko to, by dalej się odbywały. Niektórzy mieszkańcy wyspy przerazili się, gdy amerykański Kongres w 2014 przyjął ustawę o zwierzętach hodowlanych, która wprowadziła karę w wysokości 10 tys. dolarów za uczestnictwo w walkach kogutów, ale nie weszła ona w życie w Portoryko, gdzie sport pozostaje legalny.

W wiosce Nagaubo, pełnej opustoszałych domów i zaniedbanych farm, jedna z działek tętni życiem – zamieszkuje ją trzysta kogutów i ich niezłomni opiekunowie.

Fot. Meredith Hoffman

„Trzeba trenować z nimi jak z bokserami" – mówi właściciel farmy, Wito Velazquez, jednocześnie przycinając piórka koguta siedzącego mu na kolanach. Velazquez opiekuje się kogutami, od kiedy skończył 13 lat i podobno już przyucza swoją sześcioletnią córkę do zawodu.

„Ludzie zawsze mają pieniądze na walki – taką mamy kulturę".

Obok niego siedzi Wilfredo Burgo, mężczyzna w średnim wieku i za dużym czarnym podkoszulku, również przycinając kogucie pióra. „To jak opieka nad dzieckiem" – powiedział mi, odrywając na chwilę wzrok od swojego podopiecznego. „Zaczyna się, gdy jeszcze jest w jajku. Ale można się przyzwyczaić do ich śmierci".

Obserwuj Meredith Hoffman na Twitterze

Tagged:
VICE US
ekonomia
biznes
Sport
Vice Blog
zwierzęta
gospodarka
Portoryko
walki kogutów
koguty