„Stranger Things” to przerażająco dobre ujęcie nostalgii za latami 80.

Netflix przygotował dla nas kolejne arcydziełko, tym razem w postaci mrocznej, fantastycznej opowieści o kilku dzieciakach ze stanu Indiana
28.7.16

Zdjęcia dzięki uprzejmości Netflix.

Uwaga: artykuł zawiera umiarkowane spoilery serialu.

Idąc drogą życia, przechodzimy przynajmniej przez trzy różne światy: dzieciństwo, trudy okresu dojrzewania i zagmatwaną dorosłość. Dzieci w bardzo szczególny sposób postrzegają otaczający je świat, posługując się drogowskazami zaczerpniętymi z kina i telewizji. Nastolatkowie papugują swoich rówieśników, a dorośli po prostu improwizują, często podpierając się nostalgią, czyli wzorcami wykształconymi podczas poprzednich etapów podróży.

W latach 80., czyli w okresie, w którym rozgrywa się akcja Stranger Things, świetnego i pełnego nostalgii serialu od Netflixa, dzieciaki oglądały E.T., nastolatkowie szaleli za Tomem Cruisem we Wszystkich właściwych posunięciach, a dorosłych bawił czarny humor horroru Duch. Wszyscy jarali się Powrotem Jedi. Nawiązań do każdego z tych dzieł doszukamy się w Stranger Things. Bohaterowie czasem zstępują do świata cieni, mrocznego odpowiednika naszej rzeczywistości, czegoś podobnego do Dark World z Legend of Zelda: A Link to the Past czy Lustrzanego Wszechświata znanego ze Star Treka. Jednak liczne i zawsze mile widziane odwołania do ejtisowej kultury w postaci Winony Rider, Dungeons and Dragons czy muzyki syntezatorowej nadają opowieści godnej samego H. P. Lovecrafa niepowtarzalny klimat.

Podobnie jak Twin Peaks, Stranger Things wykorzystuje tragedię – w tym wypadku zaginięcie 12-letniego Willa Byersa – by pokazać nam prawdziwe oblicze skromnego miasteczka (przedmieścia w stanie Indiana, które twórcy serialu, bracia Duffer, nieprzypadkowo upodobnili do rodzinnych Jeana Sheparda z Prezentu pod choinkę). Młodzi Mike, Dustin i Lucas próbują rozwikłać tę tajemnicę. W końcu dopiero co w papierowym erpegu pokonali hordę troglodytów i potężnego Demogorgona, posługując się przy tym wyrażeniami zaczerpniętymi z prozy Tolkiena. Nastolatków można przyporządkować do stereotypów rodem z Klubu winowajców: dziwaczny, wielbiący The Clash brat Willa, Jonathan to buntownik/outsider, siostra Mike'a, Nancy – kujonka, jej chłopak Steve – agresywny, ale niepozbawiony uroku mięśniak oraz urocza Barb, która była hipsterem, zanim to było modne, prawdopodobnie najbardziej lubiana postać w serialu.

Odwoływanie się do lat 80. przyciąga przed ekrany nieco starszą publikę, a nostalgia to potężna broń.

Dorośli zmagają się z kryzysem wieku średniego. Winona Ryder gra nieco zbyt głośną matkę Willa, policjant-alkoholik Szeryf Jim Hopper chwiejnym krokiem wchodzi w buty bohatera kina akcji, wyluzowany pan Clark od przyrody daje dzieciakom szybki kurs fizyki teoretycznej, Cara Bono wciela się w role Joyce, matki trójki dzieci, a Ross Patridge – w byłego męża, kompletnego złamasa. Poza nimi w serialu pojawia się jeszcze Eleven, dwudziestolatka o zdolnościach paranormalnych, znaleziona przez dzieciaki w lesie, szalony naukowiec grany przez autentycznego zbiega z lat 80., Matthew Modine'a (czyli szeregowego Jokera z „Full Metal Jacket") i potwór z ciałem H. R. Gigera i rosiczką zamiast twarzy. Jednak największą gwiazdą „Stranger Things" jest niezwykła, gęsta atmosfera. Wspaniała ścieżka dźwiękowa, na której znajdziemy Joy Division, Corey Hart, Echo and the Bunnymen, Bangles czy Petera Gabriela i jego niezwykłe wykonanie „Heroes" delikatnie podkreśla piękno zamglonych lasów, wykładanych boazerią salonów i pokojów zabaw.

Te nawiązania sprawiają, że czujemy się w tym klimacie dość swojsko, jednak serial wciąż zaskakuje nietuzinkowymi pomysłami: Joyce próbuje porozumieć się z zagubionym w świecie cieni Willem za pomocą wykonanej z lampek choinkowych tabliczki Ouija i tekstu do „Should I Stay or Should I Go", Steve i Nancy po paru piwach konsumują swoją miłość, podczas gdy potwór wlecze Barb do przydomowego basenu żywcem wyjętego z katalogu Sharper Image, a Mike pokazuje Eleven figurki ze Star Warsów (przecież tak podrywa się dziewczyny, co nie?).

Losy młodych nerdów szukających Willa obserwuje się z największą przyjemnością, co niezwykłe, biorąc pod uwagę, że dziecięce postaci w latach 80. z definicji były wkurzające. Na szczególną uwagę zasługuje tu postać Dustina, który na oczach widzów przechodzi okres dojrzewania. To chłopak, który w kluczowej scenie ma na sobie koszulkę reklamującą Święto Karczocha, który dzwoni w sobotę o 22:00 do pana Clarka (który spędza wieczór, jak przystało na nauczyciela chemii – oglądając Coś w reżyserii Johna Carpentera), by zadać mu nieśmiertelne pytanie: „Dlaczego zamyka pan drzwi do kantorka?".

Dzieciaki dają się lubić dużo bardziej niż dorośli z jednego powodu. Rozumieją, podobnie jak widzowie, niezwykły świat, w którym przyszło im się odnaleźć. Byli na to przygotowani. Kiedy muszą przebrać Eleven za uczennicę, wiemy, że to pomysł zaczerpnięty z E.T. Zauważamy, że Nancy, która zgłębia arkana walki kijem baseballowym, przypomina nieco swoją imienniczkę z Koszmaru z Ulicy Wiązów, archetyp kulturowy „jedynej ocalałej". Gdy Eleven zmusza za pomocą telekinezy szkolnego chuligana do zmoczenia sobie spodni, czujemy się, jakbyśmy oglądali Łowców Potworów czy Nastoletniego wilkołaka i znów zaczynamy się zastanawiać, jak super byłoby zakumplować się z kimś nie z tego świata.

Zachowują się dużo rozsądniej niż dorośli, którzy dość łatwo kupują oficjalną wersję wydarzeń: Szeryf Cooper szybko odzyskuje swój świetny humor, mimo że przez długi czas zdawał się tylko czekać na pretekst do bójki z federalnymi, a brakujące znamię jest jedynym dowodem potrzebnym do przekonania Joyce, że znalezione zwłoki nie należą do Willa.

Bohaterowie zachowują się naturalnie i zgodnie z wyobrażeniami widzów. Ciężko stwierdzić, na czym polega urok StrangerThings. Czy to tylko mistrzowskie oddanie klimatu tamtej epoki, czy może jednak coś więcej? Nie sądzę, by ktokolwiek nie znał przynajmniej kilku filmów, z których garściami czerpie nowa produkcja Netflixa – choćby Obcego czy Powrotu do przyszłości. Późniejsze dzieła, takie jak American Psycho, Donnie Darko czy tegoroczny Nocny uciekinier walnie przyczyniły się do sposobu, w jaki postrzegamy lata 80.

Fani konwencji StrangerThings (a trudno do nich nie dołączyć) mają na co czekać. Odwoływanie się do lat 80. przyciąga przed ekrany nieco starszą publikę, a nostalgia to potężna broń, wykorzystywana w telewizji co najmniej od czasów Mad Men i to dzięki niej pewny chód i zadymione wnętrza wyglądały odjazdowo. Dramaty osadzone w realiach Zimnej Wojny, seriale takie jak Zawód: Amerykanin czy Halt and catch fire (zmogły mnie już napisy początkowe, ale chyba zrozumiałem, o co w tym mniej więcej chodzi) stanowią tylko wierzchołek góry lodowej. Już niedługo będziemy zagłębiać się w czasy ośmiobitowych gier, transformacji systemowej, garsonek z poduszeczkami na ramionach i pierwszych teledysków. W kluczowym momencie piątego odcinka StrangerThings Steve zaprasza Nancy do kina, by „przez kilka godzin zachowywać się, jakby nic się nie stało". Teraźniejszość staje się odpychająca, wzrok odwracamy więc ku przeszłości, wracamy myślą do „starych, dobrych czasów". Niezwykły, nostalgiczny urok serialu staje się pewnym zagrożeniem, gdyż zbyt głęboki sentymentalizm może doprowadzić nas do momentu, w którym przestaniemy akceptować sztukę inspirowaną naszą paskudną rzeczywistością. Wtedy wszyscy zaczniemy chodzić w okularach przeciwsłonecznych po nocy.