Dziadek Józek, sąsiad Heniek i inne chłopaki

FYI.

This story is over 5 years old.

wywiad

Dziadek Józek, sąsiad Heniek i inne chłopaki

Idziesz ulicą, zakładasz słuchawki, wrzucasz muzykę i nagle świat się zmienia. Zaczynasz czuć się jak w teledysku, idziesz w rytm bitu i jest to inny rodzaj chodzenia. Zawsze chciałem, żeby moje zdjęcia były odzwierciedleniem takiego stanu.
31.1.14

Na wystawę w warszawskiej Zachęcie Kuba Dąbrowski* wybrał początkowo 2 tysiące zdjęć. Ostatecznie pokaże ich 160. Nie będzie tam portretów artystów i polityków, ani sesji modowych. To będą zdjęcia dokumentujące codzienne życie Kuby, te najbardziej osobiste – od pierwszych klocków LEGO, plakatów ulubionych zespołów z dzieciństwa, kaset magnetofonowych czy ekipy z dzielnicy, po portrety jego syna. - Ludzie fotografują rzeczywistość wtedy, kiedy staje się ona wyjątkowa. Nie wrzucają na Instagram zdjęcia kawy, którą piją na Orlenie, tylko tej, którą piją w Relaksie. Nie fotografują, że dostali wezwanie do ZUS-u, tylko że byli na egzotycznych wakacjach. Moje zdjęcia są może bardziej smutne.

Reklama

Wystawa w Zachęcie ma też ścieżkę dźwiękową. W jednej z sal usłyszymy śpiewane przez Lesława największe przeboje Komet i Partii, nagrane specjalnie na tę okazję w wersjach akustycznych. Będzie też wideoklip z Zenonem Martyniukiem z discopolowego zespołu Akcent, który zgodził się zaśpiewać piosenkę Neila Younga „Only Love Can Break Your Heart". Oraz proste piosenki Bruce'a Springsteena i The Smiths. Takie Kuba lubi najbardziej.

VICE: Ile miałeś lat, kiedy zrobiłeś pierwsze zdjęcie?

Kuba Dąbrowski: Sześć? To był jakiś 1986 rok. Moi rodzicie są inżynierami - zajmują się prądem, technologiami - to od nich dostałem moją pierwszą Smienę. Ale nie po to, żebym się nauczył, jak być kreatywnym, jak patrzeć na świat, tylko po to, żebym się nauczył, jak działa soczewka, jakie są zależności między otworem przysłony, a czasem otwarcia migawki, itp. Żebym się oswajał z technologią. Fotografia nie znaczyła dla mnie wtedy dużo.

Pamiętasz pierwsze zdjęcie, które zrobiłeś?

Tak - to było zdjęcie rycerskiego zestawu klocków LEGO stojącego na czerwonym stoliku. Pamiętam, że stolik był czerwony, chociaż zdjęcie jest czarno-białe. Mam je do dziś.

Klisza miała wtedy chyba 24 klatki. To narzucało oszczędność. Miałeś poczucie, że każda klatka się liczy, że trzeba nimi rozsądnie gospodarować?

Nie, miałem sześć lat - nie przejmowałem się ani liczbą klatek, ani tym, że coś się połamie czy zbije. Wtedy też nie było takiego społecznego odruchu fotografowania masowo - wszystkiego i wszędzie. Oszczędnie gospodarować klatkami zacząłem dopiero w liceum.

Reklama

A kiedy zacząłeś robić zdjęcia masowo?

Mieszkaliśmy w bloku. Mój dziadek Józek przychodził do nas codziennie wyprowadzić psa na spacer i miał taki nawyk, że codziennie chodził na bazarek. Wynajdywał tam różne rzeczy, takie bazarowe skarby. Któregoś dnia przyniósł mi worek przeterminowanych klisz. To już było kilka aparatów po Smienie, miałem wtedy tani chiński automat. Wtedy po raz pierwszy przestałem się przejmować tym, że klisza się skończy. Zacząłem fotografować wszystko - swoją kolekcję plakatów, bójkę kolegów na szkolnym boisku, widok z okna mojego pokoju.

Miałeś fazę zdjęć stylizowanych, uprawiania tzw. twórczości fotograficznej?

Nigdy w życiu nie miałem odruchu, żeby coś za coś przebierać, albo iść do studia i coś tam ustawiać. Moje licealne eksperymenty artystyczne polegały na tym, że przetwarzałem zrobione zdjęcia. Fotografowałem cienie, albo drzewa i później robiłem coś z nimi w ciemni. Ale to zawsze były zdjęcia, które wynikały z obserwacji rzeczywistości, a nie jej tworzenia. Tak, miałem takie artystyczne grzechy.

Czyje zdjęcia wtedy ci się podobały?

Jak byłem w liceum, w latach 1994-97 mniej więcej, to nie było w Polsce księgarni artystycznych z albumami. Nawet Taschena jeszcze wtedy nie było. Jak się nie miało w rodzinie fotografa, jeśli nie obracało się w artystycznym kręgu, to ciężko było być z tym na bieżąco. Kupowałem „Duży Format”, magazyn „Gazety Wyborczej”, i spisywałem sobie w zeszyciku nazwiska, np. Tadeusz Rolke. Ale nie wiedziałem o tych ludziach dużo. Potem pojawiły się Tascheny i tam było kilku fajnych fotografów, ale nie czułem, żeby to było mi bliskie. Miałem w szkole nauczyciela od angielskiego, Brytyjczyka, który w 1997 roku pokazał mi egzemplarz magazynu „The Face”, który przywiózł sobie z domu po świętach. Był tam tekst o Francisie Baconie i dużo surowych modowych zdjęć. To też było bardzo fajne, ale znowu nie moje. W wieku 18 lat zacząłem chodzić na kółko fotograficzne do białostockiego MDK-u. Moim nauczycielem był Grzegorz Dąbrowski, którego nazywam moim fotograficznym tatą, chociaż zbieżność naszych nazwisk jest czysto przypadkowa. On wtedy był reporterem „Gazety Wyborczej” w Białymstoku, dzisiaj jest tam redaktorem naczelnym. Pokazywał mi klasyczne dokumentalne fotografie, z agencji Magnum na przykład. To było dla mnie ważne. Cieszę się, że poznałem takie zdjęcia zanim zetknąłem się z fotografią artystyczną. Grzegorz nauczył mnie też jak patrzeć na świat i jak go zapisywać na zdjęciach.

Reklama

Jakie miałeś wtedy marzenia?

Od wczesnego dzieciństwa chciałem pracować w gazecie. Sam robiłem sobie takie małe gazetki. Nasz sąsiad, pan Heniek, pracował w starej drukarni i przynosił mi niepotrzebne już odbitki zdjęć z PAP-u. Naklejałem je na kartki i montowałem z tego własne gazety. To była frajda. Świat papierowy, drukowany, strasznie działał mi na wyobraźnię.

Marzenie się spełniło - pracowałeś w „Przekroju”, byłeś tam autorem kultowej „Stopklatki”.

Tak, strasznie dużo marzeń mi się spełniło.

Byłeś też korespondentem wojennym w Afganistanie. Pozornie kompletnie nie twoja bajka…

Z jednej strony jestem fotografem, który właśnie ma wystawę w Zachęcie, ale mam kilka fotograficznych biografii. Robię też zdjęcia modowe, komercyjne, współpracuje z kolorowymi magazynami. Pracując w gazecie, takiej jak „Przekrój” dostajesz różne tematy - samotne matki, schronisko dla bezdomnych, itp. Na tym polega moja praca. Kiedy pojawiła się możliwość wyjazdu do Afganistanu, to było coś. Wyjazd na wojnę to z punktu widzenia fotografa sytuacja mocno zmitologizowana. Takie chłopackie doświadczenie - Indiana Jones, Ernest Hemingway, Robert Capa itp. Musisz zrobić szczepienia, dostajesz kamizelkę kuloodporną, lecisz helikopterem, przechodzisz szkolenie z pierwszej pomocy, z rozpoznawania min przeciwpiechotnych. To działa na wyobraźnię. To mnie pociągało. Tym bardziej, że moje zdjęcia zawsze były bardzo chłopackie, mocno genderowe - o tym, jak to jest być chłopakiem, co to znaczy, być chłopakiem itd.

Reklama

Rafał Kostrzyński, z którym miałem tam jechać, był już wcześniej kilka razy w Afganistanie. Pokazał mi snapshoty, które tam zrobił. Na jednym ze zdjęć byli ludzie tańczący na lotnisku w Kabulu. Rafał wyjaśnił mi, że celnicy rozpoznali tam jurora afgańskiej edycji „Idola” i on na tym lotnisku rozkręcił imprezę. Zaskoczeniem było już dla mnie to, że w ogóle jest afgańska edycja „Idola”, a nawet – jak się później okazało – afgańska „Ukryta kamera”. Znałem Afganistan ze zdjęć ludzi z amputowanymi nogami, rannych dzieci, plantacji maku, a tymczasem okazało się, że jest też inny, nie-wojenny Afganistan. Że tam jest rzeczywistość, o której nikt nie pisze i nikt jej nie pokazuje. Wtedy zdecydowałem się jechać.

Powiedziałeś, że masz kilka fotograficznych biografii. Robisz też zdjęcia mody, reklamy. Traktujesz to tak, jak reżyser dorabianie w serialu?

Nie. Mam poczucie, że wszystko, co robię jest dokumentem.

Zdjęcie szminki dla firmy kosmetycznej i korpoportrety też?!

Korpoportrety to po prostu praca. Bardzo dobra zresztą. Ale już zdjęcia szminki, czy sesje modowe do dokumentu się zaliczają. Fotograf to jest historyk działający w teraźniejszości. Z jednej strony myśli o tym, jak ludzie będą oglądali jego zdjęcia teraz, a z drugiej strony ma też świadomość, że one zostaną i za kilkadziesiąt lat będą już znaczyły coś innego. Bardzo lubimy oglądać zdjęcia sprzed kilkudziesięciu lat. Te, które robię teraz też będą kiedyś sprzed kilkudziesięciu lat. Jako fotograf mam dostęp do ludzi, którzy definiują naszą epokę – artystów, polityków, itp. Moda też definiuje naszą epokę. Wyobrażam sobie, że za kilkadziesiąt lat te wszystkie zdjęcia – mojej dziewczyny i mojego syna, mojego samochodu, rodziców, rozwiązywanej krzyżówki na działce w Białymstoku - zestawione ze zdjęciami Donalda Tuska, Wojtka Sokoła, tygodnia mody w Paryżu i polskich żołnierzy w Afganistanie, będą dokumentem naszego świata teraz.

Reklama

Czy twoje zdjęcia to nobilitacja codzienności?

Chyba nie. Znasz pewnie takie uczucie, jak idziesz ulicą, zakładasz słuchawki, wrzucasz muzykę i nagle świat się zmienia – zaczynasz czuć się jak w teledysku. Idziesz w rytm bitu i jest to inny rodzaj chodzenia. Włącza ci się w głowie takie dziwne uczucie bycia w świecie, ale także poza światem. Zawsze chciałem, żeby moje zdjęcia były odzwierciedleniem takiego stanu – życia zmieniającego się w film.

Czym, twoim zdaniem, różnią się twoje zdjęcia pokazane w Zachęcie od setek zdjęć naszych znajomych na Instagramie czy Facebooku?

Jest taki podstawowy fotograficzny odruch, że fotografujesz rzeczywistość, kiedy staje się ona wyjątkowa. Ludzie nie wrzucają na Instagram zdjęcia kawy, którą zrobili sobie na śniadanie, albo piją na Orlenie, tylko kawy, którą piją w Relaksie. Nie fotografują, że dostali wezwanie do ZUS-u, tylko że byli na egzotycznych wakacjach.

Lans?

Raczej. Moje zdjęcia są może bardziej smutne. Ale żeby nie było – ja mam bardzo przyjemne i wesołe życie. Mam super dziewczynę, wspaniałego syna, w pracy wszystko się świetnie układa, ładne mieszkanie mam na miłym osiedlu.

Jak oglądam twoje zdjęcia, to czuję zazdrość. Bo zarejestrowałeś to wszystko, co w dzieciństwie wydaje się błahe i nieważne, a z perspektywy czasu okazuje się kluczowe – plakaty ulubionych zespołów, kasety magnetofonowe, MTV oglądane po kablu, pierwsze gry komputerowe, widok z okna w bloku, ekipę z dzielnicy. Wszyscy to przeżyliśmy, ale podejrzewam, że tylko ty masz to na zdjęciach.

Reklama

Kiedy się zorientowałem, że tak jest, że nikt nie robi takich zdjęć, postanowiłem rozciągnąć ten pomysł na całe swoje dorosłe życie. Robię zdjęcia wszystkiemu, czego kiedyś może mi brakować.

Dlaczego zwykłe zdjęcia są najciekawsze?

Nie są najciekawsze. Ani najważniejsze. Zdjęcia historyczne, dokumentujące ważne wydarzenia, czy zdjęcia reklamujące tańszą w tym miesiącu kiełbasę w Tesco też są ciekawe i ważne, tylko na inny sposób. W moich zdjęciach nie chodzi o zdjęcia, tylko o wrażliwość, przeżycie. Podobną wrażliwość często dostaję od piosenek, czasem filmów, ale nigdy nie dostawałem ich od zdjęć. A przecież oglądam mnóstwo zdjęć.

Dlaczego „Film obyczajowy produkcji polskiej”?

Dlatego, że kiedy fotografujesz całe swoje życie i patrzysz na nie wstecz poprzez te zdjęcia, okazuje się, że wszyscy ludzie, których znasz, którzy byli blisko ciebie nagle stają się bohaterami filmu. Ten film składa się z kadrów, które wybrałem ze swojego życia.

* Kuba Dąbrowski - robi zdjęcia mody, portrety ludzi kultury, polityków, ale przede wszystkim fotografuje zwyczajne życie. W tygodniku „Przekrój" prowadził kultową rubrykę „Stopklatka". Jest jednym z najzdolniejszych fotografów swojej generacji.

DOBCZYCE TO RAJ

NAJLEPSZE HIP-HOPOWE ZDJĘCIA Z NOWEGO JORKU W 2013 ROKU

Z ATEN ZOSTAŁ JUŻ TYLKO CIEŃ