18+

Gumowe tyłki i lizanie dilda, czyli jak to jest żyć z testowania zabawek erotycznych

Przemysł seks-zabawek wart jest dziś grube miliardy dolarów – a ktoś to musi testować

tekst Elyssa Goodman, tłumaczenie: Maciej Trembowiecki
27 Grudzień 2015, 2:29pm

Wszystkie zdjęcia dzięki uprzejmości Ducky Doolittle

Kiedy Ducky Doolittle otwiera paczkę i wyciąga zawartość, zadaje sobie pytanie: Na ile sposobów dam radę się tym sama wyruchać? Odpowiada sobie na nie dosyć regularnie, gdyż jest szefem działu nabywania w firmie Komar, hurtowego dystrybutora zabawek erotycznych. Stara się obliczyć to, co sama nazywa „ilością orgazmów na dolara" – pojęcie określające, że im na więcej sposobów zabawka erotyczna da się wykorzystać, tym ma większą wartość.

„Jeśli zabawka przeznaczona jest dla punktu G, ale jest też wspaniałym wibratorem łechtaczkowym, to jej wartość wzrasta, bo można jej użyć na kilka sposobów" mówi mi. „To taki jakby poligon".

Doolittle przetestowała niezliczoną ilość zabawek erotycznych od kiedy dołączyła do drużyny Komar niewiele ponad rok temu. Jest odpowiedzialna za selekcję zabawek, które trafią do sprzedawców detalicznych – wszystko od kolorowych wibratorów po wonne lubrykanty – co ostatecznie oznacza, że płacą jej za masturbację.

Doolittle pracuje w branży porno od 26 lat: zaczynając jako sprzedawca w sex shopie, pracowała też w peep show i jako tancerka burleski. Później zajęła się edukacją seksualną i wyrobiła renomę jako jeden z najbardziej zaufanych dydaktyków seksualnych w kraju. Carol Queen, propagatorka seksu i edukatorka seksualna, nazwała ją „jednym z najlepszych wychowawców seksualnych, potrafiących przykuć uwagę", a pisarka-feministka Susie Bright powiedziała o niej „jedna z najbardziej wnikliwych i oryginalnych wychowawczyń seksualnych i artystek, jakie spotkałam". Doolittle założyła Akademię Edukacji Seksualnej, organizowała warsztaty seksuologiczne w takich miejscach jak Babeland i Muzeum Seksu, a w 2006r. napisała książkę Seks przy włączonych światłach: Rzucamy światło na 200 pytań i odpowiedzi. Mówiąc wprost, robiła świetną robotę przy czymkolwiek związanym z seksem.

„Nigdy nie planowałam tak długo siedzieć w tej branży, ale kocham to i jestem w tym dobra, co w połączeniu sprawia, że co i rusz wpadają mi nowe okazje" – mówi.

Praca dla Komar była – jak mówi – „nieoczekiwaną" okazją, ale przyjęła ją z radością. Firma siedzi w dystrybucji produktów związanych z seksem od ponad 50 lat. W latach 60., pod panowaniem ówczesnego właściciela – imieniem Samuel Boltansky – Komar walczył o prawa dla treści nieprzyzwoitych, by książki takie jak Kochanek Lady Chatterle i Historia O mogły zostać kolportowane i sprzedawane w Stanach Zjednoczonych. Firma ta pracowała także nad rozprowadzaniem pism dla dorosłych, a później porno na VHS i DVD. Przez ostatnią dekadę – po części przez rozpowszechnienie się porno w sieci – Komar skupił się na sprzedawaniu i dystrybucji seks-zabawek.

„Nie jestem tu po to, by mówić ludziom co mogą chędożyć. Jestem tu po to, by pomóc im rozgrzać ich pożądanie" – Ducky Doolittle

Doolittle zazwyczaj zaczyna dzień od otwarcia nowych pudełek z zabawkami erotycznymi, które zostały jej przysłane od producentów z całego świata. Wśród przesyłek, które ostatnio otrzymała, są silikonowe dilda w kolorach niczym z paczki kredek świecowych; piersćienie na fiuta i uchwyty na jądra w dyskretnej czarnej paczuszce; miniaturowe masturbatory („kieszonkowe cipki") z których niektóre wyglądały jak nagie kobiety bez głów; no i misa pełna kolorowych nakładek na długopisy w kształcie penisa.

Ostatecznie, to od Doolittle zależy co Komar sprzeda – co oznacza kupę testowania ruchalności produktu.

„Chcesz się bzykać z tym? Sprowadzę to dla ciebie", powiada.

Ruchalność, jasna sprawa, ma wiele wariacji znaczeń dla różnych klientów, a Doolittle musi brać pod uwagę zróżnicowane gusta i potrzeby konsumentów. Niektórzy chcą produktów związanych z wigorem; inni chcą luksusu i wysokiej jakości albo zabawek pozbawionych chemii; część woli to co ona nazywa „baśniowym przeżyciem", czymś co sprawi, że poczują się sprośnie. By zadowolić wszystkie typy konsumentów, wybiera całe spektrum materiałów – od gładkich wibratorów silikonowych z silniczkami o dużej mocy, po dmuchane plastikowe lale prosto z kreskówek. „Nie jestem tu po to, by mówić ludziom co mogą chędożyć. Jestem tu po to, by pomóc im rozgrzać ich pożądanie".

Nie bierze jednak wszystkiego. „Chodzi mi o zapewnianie orgazmów użytkownikom, czego niektórzy producenci nie potrafią zrozumieć" – wyjaśnia. „Chcą bym wybrała wszystko i to w każdym kolorze. A ja na to: mam w dupie kolor, najważniejsze są orgazmy!".

Przykład? Kupuje tylko czarne zabawki analne, ze względu na „pozostałości kupy", jak to określa. „Jeśli ludzie boją się pozostałości kupy i kupują czarną zabawkę, mają więcej zaufania. Używają jej częściej" – tłumaczy. „Jeśli sprzedasz im różowy, fioletowy lub oczojebny kolor, będą wstydzić się go używać".

Doolittle chce, by każda zabawka pozostawała na „wysokich obrotach", co oznacza regularne użytkowanie w domach (lub gdziekolwiek – dla tych co lubią korzystać z zabawek na wynos). Pełna podniecenia opowiada o wyrobie, który sprawia, że wydzieliny smakują słodko i o nowym lubrykancie, zwanym Plwocina Jednorożca, który smakuje jak orzechy – produktach, o których przewidziała, że będą używane regularnie.

Stara się testować wszystko co wybiera, ale nie zawsze jest to możliwe – przeważnie dlatego, że to dla niej czasochłonny proces. „Nie wydaje mi się, że pojmiesz w pełni czym jest zabawka, dopóki nie użyjesz jej pięć razy" – mówi.

Gdy nie może sama przebadać produktu, skupia się na obliczeniach, takich jak wspomniana wcześniej „ilość orgazmów na dolara", a także na zapachu, dotyku, a nawet smaku produktu. Zapach, powiada, pozwala jej zrozumieć jakich chemikaliów użyto do produkcji wyrobu; smak sprawia, że wie ona jak produkt wpłynie na czyjeś błony śluzowe.

Typowy dzień Doolittle obejmuje również wyprawę do magazynu zabawek erotycznych w północnym Baltimore: „100 tys. stóp kwadratowych (ok. 9300 m2) jebadeł" – tak to określa. „Wszystko jest ładnie poukładane, więc magazyn nie budzi podejrzeń". Podczas ostatniej wyprawy do magazynu, Doolittle wysłała mi swoje zdjęcie w czarnym T-shircie z firmy produkującej zabawki erotyczne, na tle czegoś co wyglądało jak nieskończone półki kartonowych pudeł z sex-zabawkami w środku.

Odwiedzanie magazynu pomaga jej namacalnie zobaczyć, co jest rozsyłane do sklepów. Lubi ona zaglądać w każdy wózek pełen skrzyneczek i sprawdzać, co się dobrze sprzedaje, jak i badać analizy na komputerze, by informować o swoich decyzjach kupna. Gdy wjeżdżają ciężarówki, robi zdjęcia na blogi i tweetuje, by stworzyć więcej szumu.

Między kupowaniem produktów, a testowaniem ich własnoręcznie, Doolittle spędza kilka dni tygodniowo odwiedzając sklepy i trenując personel albo uczęszcza na pokazy handlowe w całym kraju (Sexual Health Expo i Adult Novelty Manufacturers Expo, dla przykładu). Jeśli zamierza odwiedzić sklep, umawia spotkanie z jego właścicielem i konsultuje się z nim w sprawie sprzedaży: Co mogą zrobić więcej dla dobra sklepu? Co działa? Co nie działa? Lubi ona także wnikać w uwarunkowania cenowe w sklepie, gospodarkę na terenie, na którym się mieści i średnią ilość szmalu, jaką wydaje klient w trakcie jednej wizyty.

Jedną z rzeczy jakie sprawiają, że sex shop działa bezproblemowo, jest znajomość personelu. Właśnie dlatego Doolittle prowadzi treningi pracowników i dystrybutorów firmy Komar. Wchodzi do sklepu, rozmawia z kierownikiem, dowiaduje się z czym się zmaga personel i obmyśla szkolenia, by rozwiązać problem.

„Praca w sex shopie jest zazwyczaj napiętnowana społecznie" – wyjaśnia. „Jeśli ktoś pracuje w sex shopie, to już jest silny. Ludzie sobie dowcipkują w stylu „o, sprzedajesz wibrujące gumowe jebadła", ale w rzeczywistości dobry pracownik potrafi zmienić czyjś stosunek do własnego ciała, własnego partnera, pomóc im odnaleźć spokój".

Doolittle szkoli ludzi, by reagowali na coś co ona nazywa „nieprzejrzystością" – kiedy ludzie wchodzą do sex shopu i są na tyle wszystkim przytłoczeni, że nie wiedzą, czego na początek szukać. Uczy także jak pomóc klientom, którzy są wyraźnie zagubieni, ale nie poproszą (lub nie wiedzą jak) o pomoc. Najważniejsze, by pracownicy wiedzieli jak wytłumaczyć różnice między zabawkami tak, by klient podjął decyzje zgodne ze swoim ciałem, wiedział jak dbać o produkt, który kupuje i tym podobne.

„Dobry sex shop może być ośrodkiem kultury, miejscem gdzie możesz uzyskać informacje, których nie dostaniesz od lekarza lub kochanka. Uważam, że to całkiem poważne gówno" – tłumaczy.

Doolittle twierdzi, że zabawki erotycznerobiono kiedyś z myślą o krótkiej przydatności – by ich użyć raz lub dwa i wyrzucić – więc jakość nigdy nie była priorytetem. Ludzie tak bardzo wstydzili się ich używania, że nie mieli nic przeciwko, gdy się rozlatywały. Dzisiaj jednak sex-zabawki to przemysł wart grube miliardy dolarów. Sprzedaje je Amazon, bywają nawet polecane przez Oprah – jakość zaczęła się wreszcie liczyć. Komar, jak zauważyła, zmienił się z „szatni dla starych pryków w coś nowoczesnego". „Sprzedajesz sex-gadżety na palety" – dodaje – „to tyle frajdy."

Ktoś mógłby narzekać na ciągłe obcowanie z zabawkami erotycznymi, ale nie Doolittle. „To mnie zaskakuje każdego dnia", tłumaczy. „To, że jestem dziewczyną z Minnesoty, na pewno ma wpływ na to wszystko. Zawsze pozostanę nieśmiała". Opowiada mi o stronie internetowej jednej firmy produkującej zabawki erotyczne, która jest „tak bardzo pornograficzna, że rumienię się na samą myśl!". Nie zmienia to faktu, że dla niej to wciąż podniecające.

„Za każdym razem tracę rozum, gdy dostarczają nam gumowe tyłki. Sam pomysł mnie niesamowicie jara, a do tego sprzedają się jak świeże bułeczki", mówi. „Bo w końcu to gumowe tyłki. Życie jest piękne!"

Obserwuj Elysse Goodman na twitterze.