Kultura

Zaglądamy do niesamowitego domowego archiwum „pani Google”

W ogromnym archiwum gazetowych wycinków Eddy Tasiemki teczki Bitelsów sąsiadują z aktami Kim Kardashian

tekst Christobel Hastings, fotografie: Jake Lewis, tłumaczenie
15 Kwiecień 2016, 2:31am

Artykuł ukazał się pierwotnie w VICE UK.

Gdy Edda Tasiemka miała 10 lat, przesłuchiwało ją Gestapo. Dziś opowiada o tym nieporuszona. „Mój starszy brat był w obozie koncentracyjnym, mój ojciec był w obozie koncentracyjnym, mamusia była w więzieniu", opowiada 93-latka, popijając spokojnie herbatę.

Zasiadamy w salonie Eddy, w trzypiętrowym domu w dzielnicy Golders Green na północy Londynu. Otaczają nas antyki i półki pełne starych, przykurzonych zeszytów. Nie jest to jednak zwykły angielski dom. Mieści się w nim ogromna kolekcja wycinków z gazet i czasopism, poświęcona wszystkiemu od Bitelsów, przez Spice Girls, aż po Kim Kardashian. Dzięki swojemu archiwum Edda dorobiła się kiczowatego, choć trafnego przydomku „pani Google".

Kolekcja wycinków Eddy jest jedną z największych na świecie. To rosnące, pieczołowicie zorganizowane archiwum, do którego (za małą opłatą) zaglądają dziennikarze z całego świata w poszukiwaniu wiadomości z dawnych lat.

Edda wraz z mężem Hansem zaczęli prowadzić swoje archiwum w trzypiętrowym domu w latach pięćdziesiątych; zarejestrowano je w 1979, już po śmierci Hansa. Pękające w szwach teczki wyściełają każdy korytarz domu, a wiązki gazet żółkną w chybotliwych stertach. Akta są tu wszędzie: polityka w salonie, medycyna w kuchni, sport w łazience, religia w sypialni, trzy pokoje z show-biznesem i strych wypchany modą i kryminalistyką.

Edda nie udostępnia już archiwum publicznie, ale jej papierowe zbiory wciąż rosną. Spotkaliśmy się z nią, by zapytać o odnajdywanie się w chaosie, obsesje na punkcie celebryckich plotek i przyszłości kolekcji w dobie internetu.

VICE: Przeszłaś nie lada drogę, by tu dotrzeć. Czytałem, że dorastałaś w nazistowskich Niemczech.
Edda Tasiemka: Wydaje mi się, że w Niemczech za czasów nazistów żyło się jak na innej planecie. Szczególnie, jeśli nie było się jednym z nich. Mieszkałyśmy z mamusią w dużym bloku i nigdy nie rozmawiałyśmy z sąsiadami, bo zamiast „Dzień dobry" trzeba było mówić „Heil Hitler!". Nigdy nie mogłyśmy się do tego zmusić.


„Archiwum X" z życia wzięte


Było nam bardzo ciężko. Przez jakiś czas Gestapo co tydzień przeszukiwało nasze mieszkanie, bo nie byłyśmy w partii i nie miałyśmy żadnych mundurów. Zawsze przychodzili, gdy byłam sama w domu. Pamiętam jakby to było wczoraj – mężczyźni w wielkich płaszczach walili do drzwi i krzyczeli „Otwórz, albo je wyważymy!". Wtedy otwierałam, a oni wchodzili z dwoma wielkimi owczarkami niemieckimi, które węszyły po całym domu. Niewyobrażalny koszmar.

Byłyście zagrożone, nawet jako obywatelki Niemiec?
W mojej szkole pod Hamburgiem byłam jedynym dzieckiem, z ponad trzystu, które nie należało do Hitlerjugend. Nie miałam mundurka i nie mogłam z nimi maszerować. Raz na jakiś czas moją matkę wzywał dyrektor, Herr Honko. Zawsze próbował ją namówić, żeby mnie zapisała. „Takie bystre dziecko, a nie jest w Hitlerjugend...".


Nie musisz zbierać wycinków z VICE. Wystarczy że polubisz nasz fanpage VICE Polska


Ojciec był posłem partii komunistycznej i aresztowano go niedługo po nadejściu nazistów, po czym wypuszczono w ramach amnestii świątecznej w 1933 – jak się później okazało, przez przypadek. Dzielnicowy ostrzegł go, że zostanie ponownie aresztowany, więc uciekł na nartach do Czechosłowacji. Pewnego dnia przyszło Gestapo i aresztowało mamusię. Zapieczętowali mieszkanie, ja zatrzymałam się u przyjaciela, który mieszkał naprzeciwko. Było tam jednak dość niebezpiecznie, gdyż był żydem. Więc przeniosłam się do krewnych, z którymi od dawna nie mieliśmy kontaktu. Życie w tamtych czasach nie było normalne.

Jak trafiłaś do Londynu?
Przez Hansa. Poznałam go w Hamburgu, gdy pod koniec wojny stacjonował w armii brytyjskiej. Przed rządami nazistów pracował w Berlinie jako dziennikarz, a z kieszeni munduru zawsze wypadały mu skrawki papieru. Kiedyś zapytałam go, co to było. „Wycinki!" – wysyłał je na przechowanie przyjacielowi mieszkającemu w Londynie. Tak się to wszystko zaczęło.

Hansa znaturalizowano, a później zdemobilizowano w 1949, postanowiliśmy się pobrać i przeprowadzić do Anglii. Z początku mieszkaliśmy w bursie pani Beasley, a wycinki trzymaliśmy w kartonowych pudłach pod łóżkiem. Gdy dorobiliśmy się własnego, umeblowanego mieszkania, kolekcja tylko się rozrastała.

Wtedy zaczęliście prowadzić archiwum?
Hans pracował w sekcji niemieckiej Biura Spraw Zagranicznych, gdzie zajmował się pisaniem tekstów promocyjnych. Swoje wycinki wypożyczał magazynom, czym szybko zyskał sobie rozgłos wśród dziennikarzy. W pewnym momencie zaczął pobierać za to opłaty.

Ja również przez jakiś czas pracowałam jako dziennikarka, choć zanim poznałam Hansa zajmowałam się inżynierią lądową, byłam kreślarką techniczną. Wspólnie pielęgnowaliśmy archiwum, aż w którymś momencie porzuciłam pracę dziennikarki i w pełni oddałam się naszej bibliotece wycinków.

W latach sześćdziesiątych musieliśmy przeprowadzić się do Golders Green, bo brakowało nam już miejsca. Wynajmujemy też mały magazyn, pełen teczek, które nazywam zwłokami. Są o ludziach, których data przydatności już minęła.

Jak działa wasz system archiwizacji? Jest tu tak dużo... wszystkiego.
Katalogujemy każdego, o kim dużo pisze się w gazetach. Wszystkie archiwa ułożone są alfabetycznie, a gdy któraś z teczek robi się zbyt opasła, to dzielimy ją na osobne, poświęcone konkretnym hasłom. Mieliśmy pięknie zorganizowane pokoje, ale teraz wszystkiego jest za dużo!

Ludzie poszukują starych wycinków, bo wszystkie nowe informacje znaleźć można w internecie. Mamy nawet takie, które sięgają czasów wiktoriańskich. Lata temu w antykwariacie na południu Londynu kupiłam stertę The Illustrated London News, tak ciężką, że ledwie ją uniosłam. Zalegały im w piwnicy. Wciąż muszę niektóre powycinać!

O co najczęściej dostajecie prośby?
Chyba o znanych Brytyjczyków. Wszyscy interesują się show-biznesem. „OK", „HELLO", „Tatler" i wszystkie dzienniki – „Daily Mail", „Daily Express", „The Telegraph", „The Times", „The Guardian", wszystko. Dziś około połowa naszych klientów poszukuje magazynów, bo nie można znaleźć ich w internecie.

Pewien niemiecki dziennikarz pytał o braci Kray, mamy o nich dwie ogromne teczki. Pamiętam jak pisano o nich na okrągło w gazetach, mieli całe rozkładówki w „The News of the World" czy „The Sunday Peopleł. Byli prawdziwymi kryminalistami, notorycznymi gangsterami. Rządzili całym East Endem, a ludzie przeraźliwie się ich bali.

Jakie są dalsze losy archiwum? Wiem, że kilka lat temu poszukiwaliście nabywcy.
Sama chciałabym to wiedzieć. Robert Maxwell [zmarły w 1991 brytyjski wydawca i poseł] wyraził kiedyś zainteresowanie, choć nigdy nie doszło do negocjacji. Nie chciałam go wtedy sprzedawać. Teraz jestem na to gotowa, ale nie wydaje mi się, żeby na świecie był ktoś tak głupi jak ja! Musiałabym też sprzedać wszystko na raz. Gdybyśmy mieli podzielić całe archiwum, to straciłoby ono swoją wartość. Ludzie pytaliby czemu brakuje pewnych działów i dlaczego akurat tych. Wiem, że jeśli kiedyś do tego dojdzie, pozbędę się go z wielkim bólem serca.