podróże

Ochraniałem wojskową bazę arktyczną przed niedźwiedziami polarnymi

Sieć stacji wczesnego ostrzegania na dalekiej północy powstała w latach 50. w celu wykrywania ataków ze strony ZSRR. Dziś główne zagrożenie dla ich załóg stanowią białe niedźwiedzie

tekst Duncan Ferguson; tłumaczenie Zuzanna Krasowska
02 Październik 2017, 11:30pm

Autor artykułu. Fot. Dan Kelly

Artykuł pierwotnie ukazał się na MOTHERBOARD

W połowie sierpnia leciałem w helikopterze, który pamiętał jeszcze czasy zimnej wojny, nad jałowymi terenami Ziemi Baffina znajdującej się w Nunavut, kanadyjskim terytorium zamieszkałym głównie przez Inuitów. Razem z sześcioma technikami zmierzaliśmy do jednej ze stacji radiowych Północnego Systemu Ostrzegania wchodzących w skład Linii DEW (Distant Early Warning Line), czyli sieci systemów wczesnego ostrzegania rozciągających się od północnych terenów Alaski do Ziemi Baffina. Przez lata stanowiła ona pierwszą linię obrony przed radzieckim atakiem. To właśnie stamtąd miał nadejść sygnał, jeśli pojawiłby się zwiastun apokalipsy.

Linia DEW została zbudowana wspólnymi siłami Kanady i USA w 1957 roku i do dzisiaj pozostaje własnością organizacji NORAD (North American Aerospace Defense Command; Dowództwo Obrony Północnoamerykańskiej Przestrzeni Powietrznej i Kosmicznej). Chociaż DEW Line pierwotnie została zbudowana po to, aby chronić Północną Amerykę przed „rosyjskim niedźwiedziem", ja leciałem tam w zupełnie innym celu – miałem bronić pracujących tam techników przed niedźwiedziami polarnymi.

Niedźwiedź polarny, który zbliżył się do stacji. Fot. Duncan Ferguson

Niedźwiedzie to bardzo zdolne, cierpliwe i inteligentne drapieżniki. Jeśli postanowią na ciebie zapolować, będą cię obserwować z oddali nawet przez kilka dni, zapamiętując w tym czasie twoje zwyczaje, by wiedzieć, w którym momencie będziesz najbardziej odsłonięty. Co więcej, jeśli zdecydują się przepuścić atak, możesz znaleźć się w kropce, bo naprawdę nie tak łatwo je zabić. Strzelby sprawdzają się tylko wtedy, kiedy niedźwiedź znajdzie się bardzo blisko, a i tak znane są przypadki, kiedy naboje odbijały się od ich grubych czaszek. Należy dodać, że w Kanadzie można polować na niedźwiedzie polarne, chociaż ich gatunek pozostaje pod stałą obserwacją naukowców.

W przypadku starcia z niedźwiedziem obie strony dużo ryzykują. Nawet jeśli wyjdziesz z niego zwycięsko, zabicie jednego z nich automatycznie sprawia, że policja wszczyna śledztwo. I chociaż jestem raczej dobrym strzelcem, przed przyjęciem tej pracy jeszcze nigdy nie zastrzeliłem żadnego zwierzęcia. Poza tym, kto w ogóle chciałby kropnąć niedźwiedzia polarnego?

Autor strzela w powietrze, by odstraszyć niedźwiedzia polarnego

Zostałem wynajęty przez podwykonawców zatrudnionych przez Raytheon, jednego z głównych dostawców sprzętu i usług dla amerykańskiego wojska. W mojej pracy czuję się trochę jak Doktor Strangelove, a trochę jak szef ochrony rezerwatu z Parku Jurajskiego.

W przeszłości spędziłem całe lata na sadzeniu drzew na północy Kanady, gdzie spotkania z niedźwiedziami są czymś zupełnie normalnym. Właśnie dzięki temu mam odpowiednie kwalifikacje do tej pracy i dlatego w połowie sierpnia znalazłem się w helikopterze z 30-letnią strzelbą Winchester, którą zmodyfikowałem tak, aby zmieściło się w niej więcej nabojów. Kupiłem ją tuż przed rozpoczęciem pracy. Możecie sobie wyobrazić rekcję gości ze sklepu z bronią, kiedy im powiedziałem, do czego jej potrzebuję.

Pies w pobliżu lotniska w Iqaluit. Fot. Duncan Ferguson

Stacja bezzałogowa składa się z trzech wielkich kopuł radarowych, lądowiska dla helikopterów i małego budynku. Wszystkie z nich stoją na dwu i półmetrowych palach. Przez dwa tygodnie, które tam stacjonowałem, razem z pozostałymi sześcioma pracownikami zasypialiśmy przy akompaniamencie ogłuszającego szumu trzech agregatów prądotwórczych. Załatwialiśmy się do elektrycznej toalety spalającej, która stała za zasłoną, a myliśmy się chusteczkami dla niemowląt – nie było prawdziwego prysznica. Zamiast kuchni mieliśmy szałas zrobiony z wiaty dla samochodów, a nasz jadłospis składał się głównie z podsmażanej mortadeli i zup z puszek.

Spodziewałem się płaskiego terenu i widoku na dobre kilka kilometrów z każdej strony, dzięki czemu dostatecznie wcześniej mógłbym zauważyć zbliżające się niedźwiedzie. Jak się jednak okazało, stacja znajdowała się na górskim wierzchołku. Z jednej strony było widać ocean, a z pozostałych trzech góry. Oznaczało to, że każdy nadchodzący niedźwiedź pozostawał niewidoczny, dopóki nie znalazł się na samym szczycie, czyli w niebezpiecznej odległości 70 metrów od nas.

Moja codzienne zadania polegały na wstawaniu o 7 rano, analizowaniu warunków pogodowych oraz ochranianiu innych pracowników, podczas gdy oni szli na śniadanie do szałasu. Niedźwiedzie mogłem zauważyć tylko przy dobrej widoczności, więc kiedy chmury były wyjątkowo nisko lub pojawiała się mgła, musieliśmy siedzieć w budynku.

Lokalna przyroda. Fot. Duncan Ferguson

Pogoda w Arktyce jest nieprzewidywalna – na samo pozwolenie na przelot z Iqaluit do stacji radiowej czekaliśmy trzy dni. Do tego kazano nam się przygotować na możliwość, że z powodu warunków pogodowych utkniemy tam nawet na dwa miesiące. Niektórzy z techników opowiedzieli mi, że któregoś razu wrócili do domu dopiero trzy tygodnie po zakończeniu projektu. Spędzili ten czas zamknięci w budynkach, czytając wszystkie magazyny, jakie wpadły im w ręce.

Większość dni była słoneczna, ale jednocześnie wiał chłodny wiatr, który przenikał człowieka aż do kości. Codziennie chodziłem w kominiarce, grubych rękawiczkach bez palców i ubraniach z czystej wełny. Do paska miałem przypiętą lornetkę i duży nóż, który oczywiście byłby zupełnie bezużyteczny podczas starcia z niedźwiedziem, ale dodawał mi otuchy. Podczas niezliczonych okrążeń wokół kopuł radarowych wypróbowałem chyba wszystkie możliwe metody noszenia broni. Jednak w tyle głowy cały czas się zastanawiałem, czy na pewno będę umiał odpowiednio zareagować pod presją i w przypadku niespodziewanego ataku strzelę w dobrym momencie.


Tylko ciekawe historie. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Brakuje mi słów, żeby opisać, jak bardzo ta praca potrafi być jednocześnie niezwykle niebezpieczna i śmiertelnie nudna. Albo czekałem na konfrontację z największym lądowym drapieżnikiem na świecie, albo nie robiłem absolutnie nic.

Spędziłem tyle czasu na wypatrywaniu niedźwiedzi na odległych grzbietach górskich, że prawie zacząłem mieć przewidzenia. Jeden z facetów uwielbiał spać przy otwartych drzwiach, co oznaczało, że od tych białych potworów oddzielały nas jedynie schody z metalowej kraty, której niedźwiedzie podobno „nie lubią". Niedźwiedzie prześladowały mnie nawet w snach.

Powiedziano mi, że podczas długich okresów izolacji to właśnie osoba odpowiedzialna za obserwowanie niedźwiedzi zazwyczaj wymięka jako pierwsza. Po tygodniu byłem w stanie zrozumieć dlaczego. Zrobiłbym naprawę wiele, żeby zobaczyć chociaż jednego z nich.

Dopiero w ostatni poranek, po dwóch nudnych tygodniach, w końcu dostałem to, czego chciałem.

Autor wyciąga z kieszeni nowy nabój, aby odstraszyć dużego niedźwiedzia polarnego. Fot. Randy Weber

Kiedy go zauważyłem, myłem zęby podczas wschodu słońca. Obserwowałem, jak olbrzymia biała masa wchodziła na górski grzbiet, gdzie jeszcze niedawno ćwiczyłem strzelanie do celu. Z jego otwartych ust wydobywały się obłoczki pary. Pewny siebie zwierz bez najmniejszego problemu wspinał się na stromych głazach, w ogóle nie zwracając na mnie uwagi. Najwyraźniej miał jakieś własne plany, bo zbliżał się do stacji bez najmniejszego lęku.

Obserwując jego ciężkie kroki, w końcu pojąłem wielkość i siłę zwierzęcia, do którego odstraszania zostałem zatrudniony. Zrobiłem mu zdjęcie, które oczywiście nie oddaje pełni jego majestatu, po czym odłożyłem aparat i chwyciłem za broń.

Niedźwiedzie polarne są niezwykle ciekawskie, co bardzo często obraca się przeciwko nim. Mimo swojej inteligencji potrafią znaleźć się w śmiertelnym niebezpieczeństwie tylko dlatego, że znalazły się w miejscu, w którym nie powinno ich być. Każda osoba, której zadaniem jest odstraszanie niedźwiedzi, musi zdawać sobie z tego sprawę i zawsze w pierwszej kolejności starać się je przegonić – zazwyczaj wcale nie mają złych zamiarów. Po tym, jak przyjrzałem się jego ostrym żółtym zębom, olbrzymim czarnym pazurom wystających z jego łap i w końcu samym oczom, odległość między nami stała się już bardzo mała. Dzieliły nas tylko schody.

Wystrzeliłem serię w niebo, ale odsunął się od nas o zaledwie kilkanaście metrów, po czym znowu zaczął nieśpiesznie spacerować po naszym terenie – zupełnie, jakby to on był tutaj szefem.

Helikopter wylądował godzinę później i zabrał nas do domu.


Więcej na VICE: