Dźwięki, które ranią: historia broni sonicznej

Od szalonych wynalazków III Rzeszy, przez dżungle Wietnamu, po ulice Iraku i pacyfikacje demonstracji w USA i Polsce – broń dźwiękowa była i jest obecna we współczesnym świecie

|
sie 5 2016, 3:10am

Radiowóz z zamontowanym urządzeniem LRAD na Marszu Niepodległości, Warszawa, 2011 rok. Zdjęcie Adam Kliczek/Wikimedia Commons

Artykuł pierwotnie ukazał się na MOTHERBOARD.

Pod koniec lipca projekt badawczy pod nazwą AUDiNT (skrót od Audio Intelligence – Wywiad Dźwiękowy) wydał Martial Hauntology. To box, w skład którego wchodzą płyty winylowe i książki pozwalające dowiedzieć się więcej o mroczniejszej stronie dźwięku – niezwykła wyprawa do świata broni sonicznej.

Szczegółowe badania zostały przeprowadzone przez pochodzącego z Glasgow producenta muzyki elektronicznej Steve'a Goodmana (znanego lepiej jako Kode9, właściciela wytwórni Hyperdub) i naukowca z Uniwersytetu z Manchester Toby'ego Heysa. Ten drugi opisuje AUDiINT jako „komórkę badawczą, przyglądającą się zastosowaniu drgań akustycznych, w tym ultra- i infradźwięków, przy wyznaczaniu granic w krajobrazie dźwiękowym oraz wpływowi wojskowych i cywilnych zastosowań tej technologii na psychikę, fizjologię i architekturę".

Użycie dźwięku jako broni może wydawać się stosunkowo nowym pomysłem, jednak eksperymentowano z nim od dawna. W roku 1944, gdy Trzecia Rzesza zaczęła przegrywać na wszystkich frontach, architekt i współpracownik Hitlera, Albert Speer, rozpoczął badania nad dźwiękową maszyną zagłady. W jednym z odcinków Dziwacznych Broni, programu emitowanego na History Channel, pojawia się opis tej broni, ochrzczonej mianem akustycznej armaty. W komorze rezonującej miało dochodzić do spalania mieszanki metanu i tlenu, wybuchającej ponad 1000 razy na sekundę.

Ogłuszający sygnał dźwiękowy był wzmacniany talerzami parabolicznymi. Prawdopodobnie urządzenie miało za zadanie cyklicznie sprężać i rozprężać narządy wewnętrzne, co potencjalnie mogłoby w pół minuty zabić każdego, kto znalazłby się w stumetrowym polu rażenia. Na szczęście jednak akustycznej armaty nigdy nie wykorzystano na polu bitwy.

Sama głośność nie jest jedyną cechą dźwięku, którą można wykorzystać w czasie wojny. W wydanej w 2009 roku książce Sonic Warfare, obowiązkowej pozycji dla każdego, kto chciałby zrozumieć współczesny sposób postrzegania dźwięku, Goodman zawarł rozdział pod tytułem „Project Jericho", poświęcony amerykańskim operacjom psychologicznym podczas wojny w Wietnamie.

Goodman opisuje tam kampanię pod kryptonimem Operation Wandering Soul (Operacja Zbłąkana Dusza). Aparat zwany The Curdler („Zmrażacz krwi") składający się z potężnych głośników zamontowanych na helikopterze wydawał z siebie „potworne odgłosy, które miały symbolizować jęki błądzących po świecie dusz poległych, by wyprowadzić z równowagi przesądnych snajperów wroga, którzy wiedzieli, skąd dochodzą upiorne zawodzenia, ale nie potrafili odpędzić od siebie myśli, że po swojej śmierci sami mogą zacząć brzmieć podobnie".

Zdaniem Goodmana to właśnie takie operacje stanowiły bezpośrednią inspirację dla słynnej sceny z „Czasu Apokalipsy" Francisa Forda Coppoli, w której widzimy podniebną flotyllę helikopterów zbliżającą się do celu w akompaniamencie ogłuszającego „Lotu Walkirii" Ryszarda Wagnera.

Wprawdzie dzieła Wagnera nie stanowią idealnych narzędzi tortur, jednak wykorzystanie popularnej muzyki zdało egzamin nie tylko na srebrnym ekranie. W 2003 roku BBC donosiło, że służby wywiadowcze USA łamały jeńców schwytanych podczas wojny w Iraku za pomocą piosenek Metalliki, Skinny Puppy i, cóż, Dinozaura Barneya. Sierżant Mark Hadsell powiedział wtedy Newsweekowi: „Ci ludzie nigdy nie słyszeli heavy metalu. Nie mogli go znieść. Po dobie ich mózgi i ciała odmawiały współpracy, myśli spowalniały i zaczynali się załamywać. Wtedy zaczynaliśmy z nimi rozmawiać".

Rozgorzał wtedy dość kuriozalny spór o to, czy wykonawcom, których utwory wykorzystywano jako narzędzia tortur, należą się tantiemy. W jego ramach grupa Skinny Puppy pozwała amerykańskiemu departament obrony o sowite odszkodowanie opiewające na kwotę 666 tysięcy dolarów.

13 czerwca 2005 roku prezydent Izraela Ariel Sharon wydał decyzję o jednostronnym wycofaniu sił ze Strefy Gazy. Jedną z części tej operacji było przeniesienie wszystkich osiedli z Zachodniego Brzegu. Niedługo później gazety zaczęły donosić, że Armia Obrony Izraela wyszła na ulice z nową bronią. „Trzęsą się kolana, boli głowa, coś wwierca się w brzuch i po paru chwilach wszystkim odechciewa się protestowania" – czytamy w Informacjach z Bliskiego Wschodu w gazecie „The Toronto Star".

„Obecny na miejscu fotograf Associated Press twierdzi, że nawet gdy zatkał sobie uszy, ten okropny dźwięk wciąż rezonował mu w czaszce" napisała dla Associated Press Amy Teibel. Tak właśnie działają LRAD-y (skrót od long range acoustic device, czyli urządzenie akustyczne dalekiego zasięgu). Zwykle używa się ich na morzu jako formę ochrony przed piratami. Mogą wydawać z siebie wiązki dźwięku o mocy 150 decybeli.

Jednak ludzie, którzy zostali nim zaatakowani na ulicy, znaleźli dla niego inne imię: „Krzyk".

LRAD na statku. Zdjęcie: Wikimedia Commons/Tucker M. Yates

Palestyńczycy mieli paść ofiarą również innych form przemocy audialnej, takimi jak przekraczanie granicy dźwięku przez samoloty przelatujące tuż nad ich osiedlami. „The Guardian" nazwał tę taktykę „bombą dźwiękową".

Broń soniczna nie była w tamtym czasie wykorzystywana wyłącznie na Bliskim Wschodzie. W roku 2004 American Technology Corporation podpisała wart niemal 5 milionów dolarów kontrakt na zaopatrzenie w LRAD-y amerykańskich wojsk w Iraku.

W roku 2011 i 2012 LRAD-ów zaczęły używać służby porządkowe na terenie Stanów Zjednoczonych. Najgłośniejszymi sprawami było wykorzystanie ich przeciwko akcji Occupy Wall Street oraz protestującym w czasie szczytu G20. Siedem miesięcy temu amerykańscy producenci broni dźwiękowej podpisali kontrakt o wysokości 4 milionów dolarów na dostarczenie „jednemu z krajów Środkowego Wschodu" ich najpotężniejszej maszyny: LRAD 2000X. Przewyższa ona poprzednie modele w kwestii zasięgu – wynosi on ponad 3,5 kilometra.


Polub nasz fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Tego typu urządzenia można jednak napotkać nie tylko w Ameryce i na Bliskim Wschodzie – również polska policja ma broń soniczną w swoim arsenale. Na zdjęciach z Marszu Niepodległości z 2011 roku w Warszawie widać radiowóz z charakterystycznym płaskim głośnikiem na dachu. Nie oznacza to jednak, że mundurowi mogą ogłuszać Polaków decybelami na prawo i lewo. Zakupiony przed piłkarskimi mistrzostwami EURO 2012 sprzęt kosztował 900 tys. złotych, ale okazał się niezgodny z obowiązującym prawem i musiał być częściowo zdezaktywowany, a sam przetarg trafił pod lupę NIK. W rezultacie polska policja de facto nie posiada działających LRAD-ów, za to może się poszczycić najdroższym soundsystemem w tej części Europy.

Chociaż z LRAD-ów korzysta przeważnie wojsko i siły porządkowe, czasem trafiają też w ręce prywatne. W 2012 roku zatroskany użytkownik Twittera sfotografował broń dźwiękową pozostawioną bez nadzoru pod londyńską siedzibą firmy Anschutz Entertainment Group, szerzej znanej jako O2. Koncern medialny zaprzeczył, jakoby urządzenie mogło być użyte w niewłaściwym celu.

Broń soniczna jest coraz częściej wykorzystywana przez wojsko i służby mundurowe na całym świecie, a LRAD Corporation wciąż przynosi zyski na giełdzie. Dowodzi to, że zainteresowanie dźwiękowymi zbrojeniami stale rośnie, a publikacje takie jak Martial Hauntology pozwalają nam bliżej przyjrzeć się temu zjawisku, jego historii oraz roli, jaką odgrywa we współczesnym świecie.

Więcej VICE
Kanały VICE